Pandemiczne recenzje wirginii wszelakich

12 maja 2020
By


Ponieważ portal i tak nie żyje, nie licząc linków do Grimarowych (znakomitych i godnych polecenia jak najbardziej!) filmików, zatem mini-recenzja, a właściwie recenzje trzech tytoni na raz (taka, toutes proportions gardées, metarecenzja). Tutaj, gdyż pomimo tego, że oswoiłem się z mediami społecznościowymi wrzucanie nań czegokolwiek więcej niż zdjęcia z trzema zdaniami opisu uważam za marnowanie czasu – ginie w pomroce dziejów szybciej, niż pojawią się sensowne komentarze.

Zacznijmy zatem od tego, że (znowu!) zmienił mi się gust tytoniowy. Nie o sto osiemdziesiąt stopni, ale jednak. Ciekawa rzecz, taka ewolucja gustów, pozwolę sobie uczynić dygresję (bo kto zabroni). Otóż w partykularnym przypadku wygląda to tak, że nie są to ostre zmiany. Bardziej fazy. Stadia. Miałem fazę na czyste wirginie, ze wskazaniem na mocne i intensywne. Miałem na mieszanki angielskie. Miałem na scentedy, miałem na orientale. Nie były one – w sensie te wspomniane fazy – jednorodnie monotematyczne, w sensie nie paliłem tylko i li jednego typu tytoni, zwykle przeplatałem je innymi, pojawiały się też trendy sezonowe (obowiązkowa latakia wczesną jesienią, jaśniejsze Va latem), ale dawały się wyróżnić. Za każdą praktycznie zmianą dochodziło do sytuacji, kiedy zaczynałem próbować nowy typ tytoniu i akceptować go w większym niż wcześniej stopniu. Odbieram ten proces jako pozytywny, bo daje mi szansę poszerzenia smakowych horyzontów. 

W tym sezonie punktem wyjścia był Dunhill Flake. Jako osobnik z niezrównanym refleksem stwierdziłem, że go bardzo lubię, jak zdążyli wycofać go (znowu!) z produkcji. A zorientowałem się po otwarciu ostatniej posiadanej przeze mnie puszki. Co ciekawe, pierwsze palenie było zaskakująco słabe i gdyby nie to, że pamiętałem, że kiedyś mi smakował pewnie wzgardziłbym nim na dłuższy czas. Okazało się, że musiał chwilę „odetchnąć” – po przełożeniu do słoika i kilku dniach był już tym tytoniem, który pamiętałem i lubiłem. 

A po jakimś czasie okazało się, że z uwagi na jego wybitną wręcz łatwość w przygotowaniu i powtarzalny smak sięgam do tego słoika z zaskakującą jak na mnie regularnością (tu nałogowi palacze ocierają łzy ze śmiechu). I zacząłem myśleć nad następcą – zamiennikiem, jak zapasik się skończy. Popaliłem Stokkebaye Luxury Navy Flake – wiem, z Perique, zaznaczam, że nie szukałem „perfect match”, tylko czegoś w podobnym stylu – ale jakoś nie weszło. Otworzyłem zakitrany słoik z GH Brown Flake, z zamysłem powrotu do ciemniejszych Va – i okazało się, że nie ma to większego sensu, mało tego, jakoś nie potrafię wyciągnąć z tego tytoniu czegoś, co w nim kiedyś lubiłem. Być może dlatego, że tryb palenia mi się też zmienił – kiedyś były to jednak dedykowane sesje balkonowe, obecnie raczej outdoroowe palenia, trochę niedbałe, często wręcz spacerowe. Balkon, niestety, odpadł, bo mam ma nim sąsiadów i póki nie opuszczą budki lęgowej nie będę ich przyprawiać o zawał.

Czytanie ma, jak wiadomo, szereg zalet. Poszerza horyzonty, skutecznie drenuje portfel (kto kompulsywnie nie wyklikał iluś tytułów ebooków w internetowym sklepie, bo była promocja ma prawo rzucać kamieniem, pozostali mam nadzieję pokiwają współczująco głową). Czytanie TobaccoReviews daje właśnie ten ostatni efekt (znaczy drenażu portfela, a nie kiwania głową jak perszeron ciągnący pod górę wóz z beczkami z piwem).

Przy okazji jakiegoś sprawdzania poleconej na internecie mieszanki przeklikałem się do recenzji English Summer Flake od SG. A tam, jak byk w co drugiej opinii stało „Similar blends: Dunhill Flake”. Przyznam, że trochę mi systemy alarmowe zapikały. Po pierwsze dlatego, że pomimo moich starań, żeby być w odpowiednim momencie* na bieżąco z krajowym rynkiem przegapiłem potencjalnie ciekawą mieszankę. Po drugie dlatego, że przypomniałem sobie, dlaczego właściwie jej nie próbowałem. Otóż powodem był fakt, że seria „Four Seasons” była sygnowana przez Stanislawa, którego postrzegałem (być może niesłusznie, bo koledzy chwalili), jako raczej budżetowy brand i w natłoku pojawiających się podówczas ciekawszych mieszanek (jak to w ogóle brzmi z perspektywy czasu…) machnąłem nań ręką. Po trzecie wreszcie dlatego, że skonstatowałem, że cała ta seria – do której poza wyżej wymienionym należą Irish Spring Time Flake, Scottish Autumn Flake i Winter Time Flake – jest kooperacją SG z DTM, które akurat jasne Va produkuje często, chętnie i udatnie. 

Na szczęście akurat moja lektura zbiegła się w czasie ze post/śródpandemijnym otwarciem warszawskiego Sherlocka, gdzie pognałem byłem kurcgalopkiem i gdzie szczęśliwie były dostępne wszystkie mieszanki z ww. serii. Kupiłem komplet, wzgardziwszy jednakowoż Winter Time Flake, bo chwilowo moje kubki latakiowe znajdują się w fazie anabiozy (ale jak mnie ktoś przekona, że warto, to oczywiście kupię). Kupiłem za to Cabbies Mixture, bo zdążyłem zapomnieć, że kiedyś go próbowałem (o czym przekonałem się już po zapaleniu tu na portalu – skleroza to przerażająca rzecz). Po rozpakowaniu kopert w domu okazało się, że średni czas zalegania towaru w specjalizowanych sklepach tytoniowych w PL wynosi trzy lata (datowanie przeprowadzono za pomocą metody badania warstw nalepek z akcyzą), co dla palacza jest wiadomością raczej, nie oszukujmy się, sympatyczną.
Tytonie z kopert powędrowały w słoiki, puszkowy Scottish Autumn Flake – na półkę. A Cabbie’s Mixture dodatkowo do fajki – bardzo porządnego, terenowego reverse calabasha od czeskiego Seawolf Pipes, który przekonał mnie do tego wynalazku.

Cabbie’s Mixture
Zaczarowana dorożka, zaczarowany dorożkarz, zaczarowany koń… Ciekawe, co też londyński sałata** palił na postoju (a może i w trakcie jazdy  – wszak wszyscy wtedy palili, więc pasażer pewnie sam palił, a co najmniej nie narzekał). 
Tytoń w formie monetek. Nie takich eleganckich, jak dunhillowe Rolki, czy stokkebayowe Bycze Oczka, raczej takie w stylu Three Nuns, czy – najbliżej – hoggartowskiego Curly Cut Deluxe, czyli rozpadających się, nieforemnych krążków. Ale, jak wiadomo, nie za formę cenimy produkcje z Kendal. Zapach fajny. Pachnie Va, pachnie Pq. Słodko i sympatycznie. Wilgotność, o dziwo praktycznie „do palenia”, very unlike Samuel Gawith, cytując jedną z recenzji na TR – może dlatego, że tytoń pochodził z koperty. 
Ponieważ wspomniana fajka, pomimo tego, że z nazwy i kształtu jest potem, komin ma zdecydowanie biliardowy (klasyczne 19mm średnicy) w zasadzie tytoń powinien zostać rozdrobniony, ale postanowiłem zaryzykować i wpakowałem doń płatki w całości, ugniatając je lekko i dopełniając drobnicą i udałem się w teren na testy.

Akurat złożyło się tak, że paliłem stojąc w miejscu, nie w marszu, więc komfortowo. I przeżywałem kolejne zaskoczenia. Zaskoczenie pierwsze – słodycz. Nie ulepkowa, delikatna. Ale stała. Sympatyczna. To zdecydowanie słodki tytoń. Skojarzenie wizualne z CCDL, który pamiętałem jako wytrawny było prawdopodobnie odpowiedzialne za tę pierwszą niespodziankę. 
Zaskoczenie drugie, to kultura palenia. Zdecydowanie wysoka, równiutko, raczej bez kondensatu. Typowa dla GH, ale dla SG to już niekoniecznie – widać poprawiło im się po zjednoczeniu.
No i zaskoczenie numer trzy – moc. Jakoś mi się ubzdurało, że tytoń będzie z tych mocniejszych, a tymczasem jest to średniak z pretensjami do bycia twardzielem co najwyżej. 

Wszystkie te trzy cechy powodują, że można zrozumieć tych, którzy piszą, że jest to kandydat na tzw. all-day smoke, czyli tytoń, który można palić cały dzień. Nie jestem nałogowcem, fajka to dla mnie święto, nie codzienność, ale rozumiem ideę stojącą za tym wyróżnieniem. Niektóre tytonie, żeby nie wiem, jak wysokiej klasy, nie mają szans spełnić podobnego kryterium. Są zbyt dominujące, za krzykliwe, za wyraziste, wymagają zbyt wiele uwagi od palacza. Doskonały „all-day smoke”powinien być przyjazny w paleniu, nie za mocny (choć to sprawa indywidualna) przewidywalny i równy w smaku. No właśnie, a jak z tym ostatnim elementem w wypadku naszego bohatera?
Smakowo nie można narzekać na dorożkarski gust. Jest tego smaku sporo, są wirginie, Perique jest wyczuwalny, ale nie dominujący, zwłaszcza w pierwszej 1/3 fajki, co może dziwić, bo jest go tam podobno 25%. „Lighter then expected” – to znowu cytat z TR i faktycznie pierwsza 1/3 tak właśnie wygląda. Nienachalnie, acz satysfakcjonująco. Potem całość się zagęszcza i jest nieco bardziej ziemisto i duszno, ale nadal słodko. Końcówka… wstyd przyznać, ale mam tendencje nie dopalania w terenie do końca. Po prostu zazwyczaj kończy mi się czas. I oba razy, kiedy paliłem Cabbie’s (ostatni zaledwie wczoraj) do samego końca nie dopaliłem. Ale – i to jest w tym wypadku raczej zaleta, niż wada – nie jest to chyba tytoń z ogromną ilością niuansów. Piszę „chyba”, bo paliłem go dwa razy, w terenowych fajkach do Va – i w obu wypadł naprawdę dobrze. A ujął mnie na tyle, że raczej potestuję go w jeszcze paru, a finalnie raczej zadedykuję mu jedną konkretną. 

Podsumowując – świetny tytoń. Dla miłośników VaPer must try, dla tych, którzy, uwaga, nie lubią St. James Flake czy innych mieszanek od SG – tu powinni zrobić wyjątek i spróbować. Bo to jest kompletnie inne podejście do Perique, niż w innych mieszaninach od Samuela.
Dla tych, którzy wszędzie wietrzą teorie spiskowe dotyczące tytoni z Kendal – Lakeland, czyli „jak mówią nieżyczliwi „perfuma” nie jest w  Cabbie’s Mixture obecna, ani duchem, ani ciałem.

English Summer Flake
Tu obiecywałem sobie dużo, głównie w zakresie spodziewanego podobieństwa do dunhillowych płatków. Czysta Virginia, bez dodatków, prosto z koperty ciut sucha (już po zapaleniu nawilżyłem, zapach zmienił się na cięższy, po otwarciu był… po prostu wirginiowy), pokrojona na cienkie płatki, raczej rozpadające się – trochę jak Medium Va Flake (niektórzy mogą kojarzyć pod nazwą Golden Glow). 

Smakowo – dobrej jakości lekki wirginiowy tytoń. Faktycznie gdzieś w tle jest smak przypominający produkt Dunhilla. Na TR mówią, że bliżej produkcji Murray’s, ale tę orlikową, która znam też. Gdzieś delikatnie w tle są smaki wina (to bardzo fajna cecha), ale co do zasady, jest poprawna, ładnie się spadająca i smaczna i delikatna wirginia.  Recenzenci wskazują na jej podobieństwo – poza DF – do orlikowych Golden Slices, moim zdaniem nie do końca słusznie, bo nie jest niczym podczarowana. Bardziej przemawia do mnie lapidarny wpis „any old premium virgin” w pozycji „similar blends”.

Dla kogo jest to blend? Dla tych, którzy lubią niezbyt mocne, lekko sianowate, cytrusowe Va.  Moim zdaniem smak idzie ciut w kierunku RedVa (wino…). Dla tych, którzy chcą mocniej intensywniej, albo mniej wymagającej mieszanki – poszukajcie gdzie indziej. Sam zamierzam pouczyć się jej dłużej, wydaje mi się tego warta. 

Irish Spring Flake
Kupiony trochę rzutem na taśmę, bo przejrzane na szybko w sklepie opinie wydawały się takie raczej z rezerwą niż entuzjastyczne. Skusiło mnie to, że na zdjęciu wyglądał jasno, a mimo wszystko zawierał Perique. Testowany w tym samym reverse Calabashu co Cabbie’s (oczywiście po kilkudniowej przerwie), w najcieplejszy chyba póki co dzień w tym roku, na dodatek w okolicach południa (ale stałem w cieniu). Wizualnie – cienkie, pokruszone w znacznej mierze na drobnicę płatki, jaśniejsze niż w poprzednim wypadku, za to skontrastowane ciemnymi wkładkami (pewnie Pq). Zapachowo – więcej cytrusów. 

Pali się kulturalnie, choć musiałem odpalać kilka razy. Ale generalnie nie jest to trudny technicznie tytoń; kondensat też wydziela umiarkowanie. Jestem bardzo ciekaw, jak wypadnie w większej fajce; wydaje się, że można zaryzykować jego palenie w szerszym kominie bez rozdrabniania.
Już po paleniu przeczytałem, że Perique było dojrzewane w beczkach po sherry, ale nie zrobiło to na mnie wrażenia, bo chyba nigdy nie piłem sherry i nawet nie wiedziałbym, czego szukać. Recenzenci mówią, że czuć.
Generalnie – bardzo pozytywne wrażenia. VaPer podany na delikatnie i lekko, jeszcze na coś podobnego nie trafiłem; zwykle są w najlepszym wypadku zbalansowane (LuFa, LNF), albo pełniejsze w smaku i body. W recenzjach na tę brak intensywności narzekano; mnie się ona podoba. Możecie za to winić wspomnianą jasnolekkowirginiową fazę.

Ostatniej z kupionych mieszanek, Autumn Flake jeszcze nie paliłem. Jak otworzę, to może znowu coś napiszę – jak widać, ostatnio zbiera mi się na to raz na przysłowiowy ruski rok.

*oczywiście mówimy o czasach sprzed ograniczenia sprzedaży przez internet. W tej chwili bycie na bieżąco z rynkiem to nie jest duża sztuka, o ile nie sprowadza się tytoniu z zagranicy przez prywatny import.

** W gwarze warszawskiej, mianem sałaty określało się dorożkarza. Jako człowiek wychowany na warszawskiej Pradze staram się kultywować tradycje językowe.

22 Responses to Pandemiczne recenzje wirginii wszelakich

  1. frm
    12 maja 2020 at 18:04

    English Summer i raszta serii firmowana jest przez Stanislawa . Gdzieś przeczytałem że to produkt Dan Tabacco . I faktycznie i w English Summer i w Irish Spring wyczuwam irytujące smaczki znane z virginiowych mieszanek Dan tabbaco .
    Generalnie jak nie polubiłem tytoni Dan T tak i trudno mi się przekonać do Stanislawów choć tych wspomnianych wyżej po kilak puszek wypaliłem . Wypaliłem bo GG , BBF czy medium VF chyba na dobre zniknęły z naszego rynku .

  2. Grimar
    Grimar
    12 maja 2020 at 19:53

    Dzięki Krzyś za multi-recenzję. Może kiedyś w końcu uda mi się spróbować Cabbie’s Mixture.

  3. frm
    12 maja 2020 at 22:13

    Errata . Owszem wypaliłem kilka puszek English S i Irish S , owszem oprócz Stanoslawa było tam logo SG i były to niezłe tytonie . To było kilka lat temu . Rozczarowanie przyszło w ubiegłym roku ale tytonie były już chyba w kopertach . Może trzeba dać im jeszcze jedną szansę .

  4. Radek_Z
    Radek_Z
    12 maja 2020 at 23:53

    Dzięki za tekst KrzysiuTy!

  5. cortezza
    cortezza
    13 maja 2020 at 08:05

    Fajny tekst. A propos Pragi – mieszkałem chwilę na Garwolińskiej i jako nieuleczalny miłośnik Wiecha szukałem przy okazji jego „gwary”. Nie znalazłem wtedy. O dziwo, wiele lat później robiąc zakupy w warzywniaku na Wawrze dla jaj zagadałem „wiechem” do starszego sprzedawcy – a on mi odpowiedział „leguralną wiechowszczyzną”, jak na Poniatowszczaku przed wojną. Byłem niebowzięty. Potem powiedział, że wiechowska Warszawa wyginęła lub wymarła i gdzieniegdzie na prawym brzegu tylko można ją usłyszeć… Smutne.
    Ale znalazłem serię komiksów wg Wiecha na pocieszenie, a według mnie to jedne z najśmieszniejszych książek jakie powstały w Polsce.
    A może i na świecie.

  6. Tadeiro
    Tadeiro
    13 maja 2020 at 15:50

    Fajnie się czytało. Dzięki!

  7. szydlo
    14 maja 2020 at 12:36

    Dzięki za recenzje. Cabbie’s mixture uzyskał u mnie wysokie noty już po pierwszym paleniu. Pali się zdecydowanie lepiej niż większość tytoni SG a i smakowo jest bardzo dobrze zbilansowany. Z serii Four Seasons Stanisława paliłem tylko Scottish autumn flake, i bardzo mi przypominał BBF, tyle, że mniej dojrzałego. Zasłoikowałem go, bo brakowało czegoś, jakby smak był niepełny.

    • KrzysT
      KrzysT
      14 maja 2020 at 12:43

      O, a ten Periqe jak jest tam wkomponowany? Pieprznie-warstwowo jak St. James, czy dyskretnie?
      BTW – palę właśnie raz jeszcze English Summer (stąd dorzuciłem fotkę) i jest mniej dunhillowo niż za pierwszym razem, ale chyba zyskuje w węższym kominie (pierwsze palenie było w szerokim).

      • szydlo
        15 maja 2020 at 13:54

        Ja tam Periqa nie wyczułem chyba wcale. Aż sprawdziłem na wiadomym portalu i piszą że to straight Virginia. Tyle, że taka trochę dojrzewana. Mi w słoju mocno ściemniał. Z wyglądu jest teraz jak BBF. Smakowo muszę spróbować bo takiego dojrzałego go jeszcze nie paliłem

  8. P_iter
    P_iter
    15 maja 2020 at 10:50

    Dzięki1!

  9. ap
    15 maja 2020 at 14:36

    Dzięki za recenzję, zamierzałem właśnie coś od Stanisława kupić – o ile coś w Sherlocku na półkach zostawiłeś 😁 – chociaż wiosną raczej celuję w mieszanki z orientalami, na myśl o Va/per na razie reaguję jak alergik na pyłki.

    • KrzysT
      KrzysT
      17 maja 2020 at 19:04

      Spokojnie, ja biorę skromnie, po puszeczce.

  10. KrzysT
    KrzysT
    18 maja 2020 at 09:03

    Dodam komentarz, bo proces eksploracji trwa: ponieważ uznałem, że Irish Spring Flake jest ciut za suchy w stanie prosto z koperty nawilżyłem go w słoju. Zaczął znacznie intensywniej pachnieć (ładnie, owocowo). W paleniu też zyskał przyjemny, owocowy, delikatnie kwaskowy akcent. Końcówka za to jest lekko duszna i chyba namierzyłem to sherry.

  11. ap
    16 lipca 2020 at 22:18

    Jak idzie palenie Autumn Flake? Poprzednie spróbowałem i Irish Spring Flake zagości na dłużej w menu.

    • KrzysT
      KrzysT
      26 lipca 2020 at 13:45

      No właśnie się w końcu udało (dzięki za komentarz, była motywacja ;)) – piszę komentarz dopalając końcówkę. Krótko, jak to po pierwszym paleniu: warto spróbować. Miłe uzupełnienie tej serii, wpisuje się w jej ogólny charakter. Mam takie przemyślenie, że warto spróbować wszystkich – i prawdopodobnie wybrać sobie któryś jako swój ulubiony.
      AF

      • KrzysT
        KrzysT
        27 lipca 2020 at 21:41

        Dopowiem, bo właśnie kończę drugą fajkę: kurczę, ależ to jest dobre w większym i płytszym kominie (oczywiście, pot). Bardzo zacny tytoń. Cytując opinię z TR: „I can’t see any Virginia lover not liking this flake”. Couldn’t agree more. Kto nie palił – próbować.

        • Grimar
          Grimar
          27 lipca 2020 at 22:23

          Współproducentem jest SG, stąd pytanie: to są typowe płatki a’la Samuel Gawith? Pytam o palność.

          • KrzysT
            KrzysT
            27 lipca 2020 at 22:46

            Nieee. Kulturalnie się pali, to chyba ta kooperacja z DTM im wyszła na zdrowie.

            • Grimar
              Grimar
              29 lipca 2020 at 08:04

              Good news.

  12. ap
    1 sierpnia 2020 at 13:23

    spaliłem Cabbie’s, tak ze dwie fajki, moja paczka zawiera dość wilgotny tytoń, podsuszenie porcji zajęło coś ze 2 godz., nie przesadzam 😁, ale fakt to dobre fajkowe ziele, smakowo Cabbie’s oddaje swój charakter nazwie – chociaż do palenia muszę obrać postawę siedzącą bo jest dość złożony w smaku

    • KrzysT
      KrzysT
      1 sierpnia 2020 at 13:28

      Zawsze mnie bawi i fascynuje, jak różnie ludzie odbierają ten sam tytoń :)
      Mój odbiór jest diametralnie rożny. Cabbie wydaje mi się właśnie bardzo równym w smaku tytoniem. Owszem, ładnie złożonym, ale zasadniczo granym na dwóch nutach ;) Niuanse i wariacje – to kompletnie nie tu. Hence „all-day tobacco” ;)
      A w jakiej fajce paliłeś? Komin, wielkość, przyzwoicie się pali, czy kapryśna sztuka?

      Edycja: oraz dodam jeszcze, dla folkloru, że wczoraj jak raz odświeżyłem udatnie znajomość ze wspomnianym w tekście Brown Flake. Spontanicznie wyjąłem ze słoika, niedbale roztarłem, podsuszyłem ze dwie minuty (zdecydowanie zbyt krótko z pozoru, bo słoik choć ma ze siedem lat trzyma pięknie) i władowałem nie do dedykowanej doń fajki, tylko do 522 BBB Virgin (zgrabny, ale pojemny pot). No i, kurczę, pięknie było… ani żem się tego spodziewał był.

  13. ap
    2 sierpnia 2020 at 10:24

    Cabbie’s zapaliłem we wrzościu bent nr 82 od Bróg’a i w dyżurnej kukurydziance, pierwsze palenie było na spacerze drugie siedzące,lepiej- jak dla mnie- szło na siedząco, może dlatego, że szukałem odniesienia do Louisiana Flake, ponad wszelką wątpliwość zgodzę się, że ilu fajczarzy tyle doznań, pisząc to palę Barbadosa (dzięki uprzejmości Grimara) i towarzystwo twierdzi, że czują chałwę w powietrzu 😁

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


*