Cherry Ambrozja… zaryzykowałem i już!

13 grudnia 2013
By

http://www.fajkowo.pl/userdata/gfx/bf5d31e642cffd94e050a2a6bdaf04d0.jpgNo cóż… wyznam to wreszcie: lubię Mac Barena! A żeby już całkowicie i nieodwołalnie mieć już za sobą ten moment prawdy i obnażenia, to dodam jeszcze że lubię sobie czasami zapalić aromatyczny tytoń. Tak po prosu – żeby pachniało i smakowało.  Żeby miło było. I tak zwyczajnie, żebym nie musiał tropić smaczków gdzieś na krawędzi percepcji smakowej jako cienia cieni, tylko żeby było wyraźnie, soczyście i jednoznacznie. Żebym nie musiał umykać z fajką na balkon, do piwnicy, na taras, bo Żona zaczyna kaszleć znacząco, a synowie demonstracyjnie zatrzaskują drzwi do swojego pokoju.

Ale wiem już, że palenie aromatycznych tytoni też nie jest łatwe i różami usłane. I nie mam tu na myśli problemów związanych z techniką spopielania takowych, bo tą już (z pomocą tego portalu) pomału zaczynam opanowywać. Nie, nie o to chodzi! Otóż… aromaty mają dziwną cechę-przynajmniej dla mnie. Albo od pierwszej fajki zniechęcają do kontynuowania znajomości, albo w miarę spalania puszki/saszetki ich urok gdzieś wyparowuje, albo też ich bogactwo zapachowo-smakowe coraz bardziej demaskuje się jako efekt pracy laboranta w białym fartuchu gdzieś w sterylnym laboratorium. „I kicha jest” (jak mawiali moi synowie po kolejnej porażce w Quake II czy innej batalii rozgrywanej na ekranie komputera).

Oj, naprzerabiałem ja się tych „aromatów”, naprzerabiałem co niemiara. Tych, które były jednorazowym i tragicznym w skutkach  eksperymentem, nie będę wymieniał bo i po co? Napiszę oględnie jakoś może: wanilii mam już dość! Marcepan mi się odbija niesympatycznie. Na toffi nie spojrzę za żadne skarby. Mango wywołuje u mnie wysypkę na lewym przedramieniu. Gruszki nie próbowałem jeszcze.

Ale wiśnie lubię. I w naturze, i w kompocie, i w placku mojej Żony… nooo, lubię i kwita! Więc połączywszy fakt słabości do wiśni ze słabością do MacBarena i dodawszy do tego wspomnienia z czytanych w młodości z zapałem  „Mitów Greckich” postanowiłem „zaszaleć”. Ma być i tytoniowo, i wiśniowo, i bosko! Więc „Cherry Ambrozja” rulez!

Nie będę rozkładał składu tytoniu, jaki otrzymałem, na czynniki składowe bo każdy chętny znajdzie na stronie producenta. Znawca ze mnie niewielki (i w sumie dobrze mi z tym!) więc nie będę usiłował nawet tropić składu procentowego produktu, który przybył do mnie w zgrabnej, okrągłej puszce z ciemnowiśniowym wieczkiem. Jakość cięcia i wilgotność standardowo MacBarenowskie czyli „jak chcesz to podsusz, jak nie chcesz to nie podsuszaj; jak chcesz to rozdrobnij, jak nie chcesz to nie rozdrabniaj”.

Po otworzeniu wieczka (to cudowne „psttt” zawsze mnie rozczula, nie wiem czemu?), po rozchyleniu tej ślicznej harmonijki papierowej i po oddzieleniu okrągłej tekturki mam, co chciałem! Nos do płaszczyzny i głęboki wdech… jest!!! Jest wiśnia!!! Jeszcze jeden wdech… i jeszcze jeden… wiśniowo jest!

No a niby jak miało być? Toż wiśni się spodziewałem, wiśni pożądałem, wiśni chciałem do wypalenia tej jednej fajeczki dziennie… Ale wiśnia wiśni nie równa – kto spalił kiedyś Albso ten wie! Nie wszystko wiśnia, co „cherry” ma w herbie, że tak powiem.

A tutaj ta wiśnia pięknie się prezentuje mojemu nochalowi, tak jakoś naturalnie i spokojnie. Nie chwyta brutalnie za zmysł powonienia, ale też nie każe się domyślać swojej obecności. Nie wabi subtelnościami, ale jednocześnie nie pozostawia złudzenia: „Jestem tu, Wiśnia się nazywam i dumna jestem z tego!”

A już pod spodem delikatnie pojawia się cień tego „miodku” za który tak lubię Mac Barena. Pojawia się i pięknie splata z tą wisienką. I już mam duet. I dobrze mi on wróży na wieczór…

Moc jak to u Mac Barena – głowy nie urwie, oczu nie zamgli, błędnika nie rozhuśta. Można spokojnie palić w większych zbiornikach. Byleby spokojnie, nieśpiesznie, bo zabulgotać może i sparzyć gotów – ale powolutku spopielany daje słodycz i spokój jakiś taki… smaczna ta ambrozja i pożywna. I, o dziwo, nie nudzi się tak szybko i nie zasładza, bo (jak na wiśnię przystało) od czasu do czasu kwaskiem delikatnym skontrapunktuje . I dobrze jest.

Room note też miły, nienachalny, lecz wyraźny i ciepły (czy room note może być ciepły? A tak mi się jakoś kojarzy). Nie szarogęsi się w pomieszczeniu, nie powoduje zmarszczeń brwi u współlokatorów, ładnie stroi klimat zbliżających się Świąt… cóż chcieć więcej?

Solidny, po prostu solidny i miły aromatyczny tytoń bez zadęcia, ale świadom swojej wartości. Już wiem, że będę go używał częściej. Bo i mnie smakuje, i innym nie wadzi…. i nie udaje czegoś lepszego niż jest. A to lubię ponad wszystko.

Pozdrawiam serdecznie!

Tags: ,

10 Responses to Cherry Ambrozja… zaryzykowałem i już!

  1. kusznik
    kusznik
    13 grudnia 2013 at 22:33

    O żesz,zróbcież coś z tym nieszczęściem,proszę! Komputer zawsze bedzie mnie jednak zaskakiwał.

  2. KrzysT
    KrzysT
    14 grudnia 2013 at 10:09

    Zrobiłem wstępne poprawki. Resztę poprawię po południu ;)
    Jakkolwiek pozwolę sobie ciut poprzycinać twój ulubiony znak interpunkcyjny ;)

    • kusznik
      kusznik
      14 grudnia 2013 at 13:04

      Dzięki.Obiecuję że jeśli będzie następny raz, to 10 razy sprawdzę zanim wrzucę.

      • KrzysT
        KrzysT
        14 grudnia 2013 at 13:58

        Daj spokój, przecież to żadna zbrodnia.
        Mnie cieszy, że pojawiają się takie teksty i wyznania jak twój tekst. Bo one są potrzebne. Pytania o „aromat z klasą” są evergreenem na fajczarskich forach. I twój tekst idealnie nadaje się do linkowania w odpowiedzi na takie pytanie.
        Jeśli można pociągnąć za język, to zapytam od razu, jak ów MacBaren wypada w porównaniu z innymi produktami „z wiśnią w tle” – bo jest ich trochę, od Aalsbo Cherry poczynając, a na – choćby – gawihowskim Black Cherry skończywszy.

        • kusznik
          kusznik
          8 stycznia 2014 at 21:06

          Właśnie jestem w trakcie spopielania McLintock Black Cherry i…wynik 10-0 dla McBarenowej „Cherry Ambrosia”! Ku przestrodze oznajmiam…unikajcie tego McLintock`a!!! Poziom Albso z wyraźnym posmakiem zmielonych myszy!

  3. Le Satyre
    14 grudnia 2013 at 16:52

    Fajna recenzja Ci wyszła. Problemami technicznymi nie ma co się przejmować. Po prostu kolejnym razem użyj przycisku „podejrzyj” przed opublikowaniem. Co zaś się tyczy „tragicznych eksperymentów” to może właśnie jest to temat na zbiorczą recenzję pt. „uwaga mina”?

  4. wulf
    wulf
    16 grudnia 2013 at 12:46

    Jako, że tytoń ten od żony dostałem swego czasu, to mam do niego sentyment bardzo, bardzo duży.

    Sam tytoń smaczny, jak dla mnie, jako początkującego, zadziwiająco bezproblemowy – nie za bardzo mnie w język ugryzł, a nie powiem bym palił go zawsze z wielką atencją – czasem bardziej byłem skupiony nad fajką, czasem mniej. Dobrze sprawdził się w warunkach bardziej polowych, gdzie paliłem zaaferowany różnymi sprawami, a wiaterek dmuchał.

    Z uwagi na to, że to wiśnia, to porównałbym go do piwa kriek. Dla mnie Cherry Ambrosia to kriek z belgijskiego browaru Lindemanns. Czyli dobra, smaczna wiśnia, jednak bardziej słodka niż wytrawna. Jako, że piwa belgijskie uwielbiam, to pewnie i do piwa i do Cherry Ambrosia wrócę. Chociaż chętnie bym znalazł coś bardziej w typie wiśnia, ale w doznaniach smakowych a la Kriek Boon – bardziej wytrawne (ponoć dlatego, że robione z pestkami, które trochę mniej słodyczy dają, a więcej gorzkiego smaku). To wtedy zamiast Cherry Ambrosia pójdzie coś innego do spopielenia.

    Ostatnia sprawa to room note – ten żonie swego czasu bardzo pasował (ciekawe czy zweryfikuje swoje poglądy) i nawet parę razy zachęciła bym dokonał okadzenia salonu.

  5. lgatto
    lgatto
    23 grudnia 2013 at 15:22

    Witam po dłuższej nieobecności :)

    Co do tego aromatu, również posiadam do niego nielichy sentyment. Gdy ostatnio go spożywałem, był mocno podsuszony, aromat pięknie się wtapiał w fajkę i otoczenie, idealny był na spacer. Ale niedawno kupiłem sobie kopertę właśnie z racji palenia w domu do komputera i jest… coś innego. Forma raczej broken flake niż mixture, bardziej wytrawny… Też dobry, ale jeśli tamto przeżycie porównałbym do słodkiej nalewki na wiśniach (takiej kupnej, dla Pań), tak teraz porównuję to do wytrawnej samorobnej nalewki z dużą ilością pestek, bardzo wytrawnej, ale dającą jakiś rodzaj słodyczy. MacBaren kolejny raz przekonuje mnie, że jest po prostu nierówny i trafiają się najrozmaitsze niespodzianki (vide recenzja McB Plumcake).
    Dodatkowo do recenzji dodam, że to tytoń IMO średniej mocy, można się nim napalić, skład to Virginia, Burley i Cavendish (w tej kolejności), ponoć z odrobiną rumu jeszcze toto jest.
    Pozdrawiam

    • KrzysT
      KrzysT
      23 grudnia 2013 at 15:25

      Oooo, jak miło! Myślałem, że przepadłeś, tak jak wielu z tych, co tu kiedyś pisali. Zaglądaj (i pisz) częściej!

      • lgatto
        lgatto
        23 grudnia 2013 at 15:31

        Zamierzam tylko widzę, że tu mnie ubiegają wszyscy :D
        Cherry Ambrosia już opisana, Club Blend (2 letni sądząc po akcyzach) opisany… w prezencie czekają jeszcze SG Palace Gate i koperty McB ;) tak, to nie mam o czym pisać :D :P

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


*