Fajkowy under-grunt

4 grudnia 2010
By

Palący dzisiaj nie mają lekko – to stwierdzenie padało na tym portalu nie raz. Tyle dobrego, że kiedy racjonalny prawodawca walcuje nas – fajczarzy – razem, równo i do jednego poziomu, możemy przynajmniej trwać solidarnie w cierpieniu, spiskować w podziemiu,  psioczyć i wylewać żale na fajka-necie. Kiedy jednak wraz ze swoją pasją/nałogiem/rozrywką stajemy oko w oko naprzeciw dzieci, wrednej teściowej czy kochającej żony, reakcje mogą być różne. Czasem nawet dobry Boże ani wujek Jalens nie pomoże…

Jedni mają naprawdę z górki: rising star polskiego fajkarstwa jest wspierany przez żonę (ta Pani nawet przyłożyła rękę do kupna pewnej baaardzo zacnej brujerki), mama szesnastoletniego JSG bez oporów degustowała dym z synowskiego rumroyala, Jacek ma osobistego room-note tastera i w ogóle jest w czepku (fajkowym) urodzony. Jednak niektórzy z nas ze swoim hobby muszą zejść do podziemia. Ja tkwię w nim już od prawie roku.

Dopóki mieszkałem sam czy z innymi studentami, było ok. Jednak od tego semestru, ze względu na małą ilość zajęć i nadzwyczajne zdolności organizatorskie sprowadziłem się z powrotem do domu i jedynie raz w tygodniu dojeżdżam na seminarium i poradnię prawną. Uczę się i pracuję w domu. Domu moich rodziców. Domu, w którym obowiązują kategoryczne zasady. Domu w którym się nie pali. Nie pali się do tego stopnia, że pan tego domu kurzy papierosa na dwudziestostopniowym mrozie. I nie chodzi tylko o zmianę miejsca palenia, palący pan domu jest wyjątkiem potwierdzającym regułę. W tym domu nie pali się w ogóle, bo palenie to ZUO, a sziszę w kręgu znajomych trzeba zapowiedzieć z miesięcznym wyprzedzeniem i tłumaczyć się z niej kolejny miesiąc. Gdybym powiedział wprost pani domu: „mamo palę fajkę”, usłyszałbym krótkie, lakoniczne, zimne i dźwięczące jak stal: „wyprowadzaj się”. I naprawdę nie ma znaczenia to, że „ja na tę fajkę zarabiam”, „nie zaciągam się” i „mniej szkodzi”.

Pewnie przesadzam, ale powiem wam szczerze, że ta kategoryczność wyprowadziła mnie na ludzi i, patrząc na to z drugiej strony, mój „coming out” to byłby dla mojej mamy wielki cios. Dlatego też przez kilka ostatnich miesięcy opracowałem szereg manewrów maskująco-okrążających, którymi chciałbym się z wami podzielić. Oczywiście nie łudźcie się, że chodząc po domu w przebraniu pirata szykowanym na sylwestrowy bal, z fajką w paszczu jako elementem wystroju, pozostaniecie niezauważeni…  Jednak przy odrobinie dobrej woli i ostrożności uda się zachować waszą fajeczkę w słodkiej jak czysta Va tajemnicy.

Metoda pierwsza: budda, zen i tajniki feng-shui.

„Mamo, nic tak nie usuwa negatywnej energii z otoczenia, jak indyjskie kadzidełka” – powiedział pierworodny. „To pal sobie w pokoju przy zamkniętych drzwiach” – odpowiedziała rodzicielka. Metoda sprawdzona, przetestowana i… niestety zawodna. Dlaczego? DYM +DYM = ZA-DYMA. Paląc jednocześnie fajkę i kadzidełko, ryzykujecie utratę kontaktu wzrokowego z monitorem stojącym metr przed wami. Poza tym w pomieszczeniu robi się naprawdę gęsta atmosfera… chyba, że zamiast kratki wentylacyjnej macie w ścianie śmigło od Spitfire’a. Metoda nadaje się jedynie do dużych, przestronnych pomieszczeń. Kadzidełko naprawdę dobrze zagłusza zapach fajki. Palimy oczywiście wtedy, gdy nie ma nikogo w pobliżu.

Metoda druga: na starszego kotłowego Zenona B.

„Czy ja palę? Pani kierowniczko, ja palę przez cały czas!” Metoda opracowana i sprawdzona przez mojego wuja, namiętnego palacza papierosów (nie zdemaskowany przez prawie dwa lata). Palił zawsze wtedy, kiedy rozpalał piec od centralnego ogrzewania. Doszedł do takiej wprawy, że spalał szlugę, nawet kiedy szedł podłożyć łopatkę węgla. Paląc w takim piecu, szczególnie starszego typu, siłą rzeczy trochę się okopcisz, osmalisz, popiołem przybrudzisz. No i wali od ciebie spalenizną. Grzech nie skorzystać z takiej okazji. Wada: nie znam kotłowego, który by rozpalał domowy piec półtorej godziny, a tyle – niestety – niektórym zajmuje spalanie fajki. Metoda raczej dla sprinterów.

Metoda trzecia: „Niebo gwiaździste nade mną (…)”

Własny pokój z balkonem jest błogosławieństwem. Późnym, letnim wieczorem (a nawet wiosną i ciepłą jesienią) siadam oparty pod parapetem albo w futrynie drzwi  i kurzę…  mieszkam na przedmieściach Radomia powstałych z podradomskich kolonii i terenów rolniczych, tutaj powszechnie uprawia się ziemię i zbiera siano. Czasem ten zapach ciągnie z pól… jest pięknie. Muszę w tych okolicznościach przyrody zakosztować tak często zachwalanego przez JSG Grousemoora. Podsumowując: w domu nie czuć fajki, domownicy śpią, my odpoczywamy po ciężkim dniu zażywając tytuń… Minusów nie stwierdzono.

Metoda czwarta: najlepsza.

Jakiś czas temu dostałem w prezencie „zestaw do aromaterapii”, jak go nazwała moja luba. Składa się z: kominka, olejków zapachowych, świeczek – podgrzewaczy (tzw. tealight’ów) i  wody z kranu. Wlewamy wodę do kominka, zakraplamy olejek, podpalamy świeczkę i po chwili cieszymy nozdrza dowolnie wybranym zapachem. Zupełnym przypadkiem (bo nie paliłem wtedy jeszcze fajki) jednym z prezentowych aromatów był… „anti-tobacco”, do nabycia w sieciach Carrefour i Real po ok. 5 zł. Działa całkiem nieźle, ale najlepsze efekty zabijania zapachu palonego tytoniu uzyskałem używając olejków kupionych w Rossmanie (po 9 zł, szukajcie na regałach ze świeczkami). „Tropical” to istny killer, paliłem go w zamkniętym pokoju, a było czuć w całym domu. Jest aż zbyt nachalny, ale sprawdza się świetnie. Dodam, że w pokoju nie mam wyprowadzonej wentylacji (nie mam czasu tego zrobić, dotychczas nie była potrzebna) i kiedy kilka dni temu jedna z domowniczek wróciła ze szkoły 15 minut po skończonej przeze mnie fajeczce… null, zero, nic nie poczuła (a okna pozamykane bo zima).

Aromaterapia ma tą przewagę nad kadzidełkami, że nie dymi, nie utrzymuję się długo, nie czepia się firanek, jest po prostu całkowicie nieinwazyjna i nie zanieczyszcza powietrza. Zapodana bez ostrzeżenia z reguły wzbudza reakcję: a co tak łaaadnieee pachnieee…? Kominek kupicie za grosze w sklepiku „wszystko po 4 zł.” a olejki wystarczają na długi czas. Na rynku najpopularniejsze są takie w zielonych kartonowych pudełeczkach, osobiście ich nie testowałem, ale podchodzę do nich sceptycznie. Zapachy typu „koper włoski”, „żeń-szeń” czy „cedr” (pachnie ordynarnie kostką klozetową) do mnie nie przemawiają, raczej nie zabiją zapachu tytoniu i mogą nie spodobać się domownikom. Osobiście sprawdziłem „strawberry”, „anti-tobacco”, „tropical”. Ze wstępnych oględzin wynika, że nada się też „french vanilla” i „pineapple”. Ten patent niech w ciemno wypróbują ci, którzy co prawda ze swoim paleniem nie muszą się ukrywać, ale komuś z ich otoczenia przeszkadza zapach fajki…

To co powyżej, to oczywiście studium konkretnego – mojego – przypadku. Z reguły palę, kiedy nikogo nie ma w domu – domownicy są w pracy i w szkole. Do tego dochodzi kwestia miejsca, gdzie mogę bezpiecznie trzymać cały fajkowy arsenał, a przy dwóch wścibskich domowych szperaczach nie jest to łatwe. Ze względu na moje wyjazdy odpadają zakupy przez internet, chyba że precyzyjnie wyliczę sobie dzień, w którym przyjdzie paczka, co nie jest łatwe bo sprzedawcy są różni, a Poczta Polska wiadomo – Amba Fatima, było i ni ma… (tu wielkie dzięki dla Pana Piotra z fajkowa, konspiracja się udała, paczka nadana w środę doszła w piątek! Nie ma mowy o wyrzucaniu wyciorów czy popiołu do kosza. Przy segregacji śmieci mogłoby to wzbudzić niepotrzebne podejrzenia i pytania. Wszystko odbywa się z użyciem kartki papieru (w której lądują uboczne produkty spalania) i taśmy klejącej.  Przy wyjściu na miasto, paczuszki lądują w publicznym śmietniku. Czysto, sterylnie, bez świadków… Czy ja już mówiłem, że pisze magisterkę z prawa dowodowego i kryminalistyki, a moim ulubionym serialem jest Dexter?!

Pora kończyć ten samoistnie rozwlekający się pod piórem debiut… Cóż, być może nie macie podobnych problemów, pewnie macie inne. Podzielcie się.

Tags: ,

26 Responses to Fajkowy under-grunt

  1. Perry
    Perry
    4 grudnia 2010 at 11:58

    Bardzo fajny artykuł. Ciężko mi się jednak ustosunkować gdyż jedyne metody konspiracyjne jakie znam to palenie szlugów w liceum w różnych dzinwych miejscach :D Obecnie mieszam sam na poddaszu i pale kiedy tylko chce i nie prędko zmieni się miejsce mojego zamieszkania. Żadnych ograniczeń nie mam.

    Nie pale jedynie cygar w domu bo to dość mocno zostaje w powietrzu i potem sam mam problem z tym smrodem. Fajka jest neutralna niezależnie od tego czym nabije ją :)

    • je2bnik
      4 grudnia 2010 at 12:16

      Cygar nie palę, ale spróbować z aromaterapią możesz, ona wywabia zapachy wszelkie, nawet zapach smażonego dorsza :) A jak będziesz redukował soją kolekcję fajek, to możesz coś znaleźć dla biednego studenta. :)

  2. jalens
    4 grudnia 2010 at 11:59

    No, jak się starym fajkowym repom nie chce pisać, to muszą ich zastępować młodzi fajczarze, ale za to znakomicie piszący. I łaski bez (to do repów). I dziękuję pięknie (to do młodych). Świetny tekst i inteligentne sposoby :)

    • je2bnik
      4 grudnia 2010 at 12:48

      :) Dzięki.

  3. JSG
    JSG
    4 grudnia 2010 at 13:14

    O szesz w morde… Zbuduj szalas w lesie i uciekaj z. Tamtad czem predzej..

    • je2bnik
      4 grudnia 2010 at 13:32

      Dawno mnie tak żaden komentarz nie rozbawił :)

  4. Wojtek
    Wojtek
    4 grudnia 2010 at 14:57

    Ja miałem podobny problem – matka podobnie podchodzi do palenia, a ojciec jak palić szlugi to poza domem ;)

    Mój sposób był taki: zamówiłem fajkę na fajkowie, dostałem paczkę i pochwaliłem sie mamie :D na początku coś pobąkiwała pod nosem, ale się w końcu przyzwyczaiła. A palę raz dziennie w swoim pokoju ;)

  5. Rodent
    Rodent
    4 grudnia 2010 at 17:26

    I cóż tu rzec…? Serce rośnie gdy się czyta o zacięciu młodych fajczarzy o ich pomysłowości… „per aspera ad astra” chciałoby się rzec :)
    Choć z drugiej strony to smutne troche gdy najbliżsi rzucają nam kłody pod nogi… Oby udało Ci się zachować taką pogodę ducha jak najdłużej :)

  6. maciej_faja
    4 grudnia 2010 at 19:28

    Miło mieć w domu tak wyrozumiałą żonę jak moja Pani. Pozwala mi palić kiedy chcę, ile chcę (czasem wspomni tylko o zbliżającej się wizycie u kardiologa), jeździ ze mną w Polskę na spotkania przy fajce, ma fajowe znajome i znajomych, jakby tego było mało, będąc jedynie sympatykiem fajczarstwa (gdyż sama pali tylko w piecu), została Sekretarzem KOKF2010.
    Ze swojej strony życzę wszystkim, by znaleźli zrozumienie w rodzinie i przyjaciołach, skoro żyjemy w kraju, w którym teoretyczna większość jest przeciwko nam :)

    • jalens
      4 grudnia 2010 at 20:18

      No to jeszcze sat66 czyi Sławek ma takiego anioła, czym się chwali w Galerii na zdjęciu szafkowym.

      • Rodent
        Rodent
        4 grudnia 2010 at 22:43

        I ja! I ja! Ja też mam anioła! :)
        (tylko nie mogę wydmuchiwać dymu w Jej stronę bo ją dusi ;) )

      • sat666sat
        sat666sat
        6 grudnia 2010 at 18:00

        Aniołem jest – to fakt, tylko czasami jak przesadzę to mnie zgani – sama pali papierosy to wie jaki to ból niemocy palenia)

      • Fidel
        6 grudnia 2010 at 21:51

        Moje Słoneczko nie tylko porzuciło paskudne szlugi, ale wraz ze mną zapisało się do PC Warszawa i nawet w zeszłorocznym naszym klubowym turnieju urodzinowym zajęła drugie miejsce (56′)! W domu palimy raczej rzadko, bo wentylacja słaba a kubatura niewielka.

  7. Podrozniczka
    Podrozniczka
    5 grudnia 2010 at 00:32

    Moja ciocia ukrywała przed swoimi rodzicami ponad 20 lat ze pali papierosy :) Nigdy nic nie zauważyli, nigdy nie podejrzewali. Wszyscy wiedzieli, tylko nie oni :)

    • jalens
      5 grudnia 2010 at 10:06

      To jest możliwe – moi teściowie przez lata nie wiedzieli, że oboje palimy. Oni nie przychodzili do na bez zapowiedzi. A my, kiedy byli u nas, czy my u nich, stawaliśmy na rancie wanny i wdmuchiwaliśmy dym prosto w wywietrznik. Teść nie mógł się też nadziwić, że oboje nałogowo pożeramy miętówki.

  8. JSG
    JSG
    6 grudnia 2010 at 09:50

    Koledzy odebrali moją informację o początkach mojego palenia jako przejaw niezwykłej tolerancji, ale to nie jest dobre słowo- zdecydowanie lepszym jest tabu.
    Co ciekawe tabu to funkcjonuje do dziś, choć jest znacząco osłabione. W domu mojej mamy nie palę- nie palę jak są w domu domowinicy, bo kiedy jadę tam na tydzień doglądać gołębi to czemu miał bym nie palić, palę w ogrodzie, w warsztacie, w grażu, na kominie. Zasadniczo wszyscy wiedzą a nikt wiedzieć nie chce.
    Tabu to- choć pozbawione sakrum, jest wręcz modelowym przykładem takiego tabu jakie znamy z podręczników antropologii czy etnlogii. I owszem jestem hipokrytą- w zasadzie nie toleruje niemówienia o czymś w prost, nie nawidzę omijania niewygodnych tematów- tworzenia tabu, a sam z takim brzemieniem żyję i jest mi z tym dobrze. Znam korzenie takiego stanu rzeczy i dlatego nie chcę tego zmieniać, ponieważ ważąc zyski i straty szala jednoznacznie wskazuje straty.
    Cała ta sytuacja prowadzi do komicznych przypadków, bo od lat kiedy ktoś do mnie podchodzi błyskawiznie chowam fajkę w kieszeni i odwracając się wypuszczam dym nosem… w grunicie rzeczy śmieszne.

  9. Rheged
    6 grudnia 2010 at 16:38

    Kupiłem kominek – wygląda fajosko, przysiągłbym, że się na mnie patrzy – taki potworek ;). Niestety z podgrzewaczami lipa, musiałem kupić jabłkowe, normalnych nie było. Z olejków były jakieś bzdury, to też poczekam na coś konkretnego. Wypróbuję niedługo :)

    • sat666sat
      sat666sat
      6 grudnia 2010 at 17:57

      Zaiste z kominka druga połowa zadowolona? Czas długich wieczorów milej zleci)

      • Rheged
        6 grudnia 2010 at 21:32

        Połowinka moja jeszcze nie miała okazji wąchać, zresztą tak jak mówię – nie mam całego zestawu. Na razie mam kominek, podgrzewacz jabłkowy (chcę bezzapachowy), a nie mam olejków. Za to ten podgrzewacz jabłkowy w formie małej świeczuszki działa cuda – półtorej godziny palenia Nightcupa w prezentowym Oom Paulu Lorenzo słusznej pojemności plus ten podgrzewacz, pięć minut wietrzenia i zapach neutralizowany bardzo dobrze. Czuć, że było palone, ale różnica jest znaczna. Jeśli ktoś ma wokół siebie niepalących (a ja na wynajemce w Olsztynie mam), to zbawienna sprawa. Zainwestuję w to mocno.

        • Alan
          Alan
          6 grudnia 2010 at 21:39

          Nieco mniejsze podgrzewacze można kupić w Tesco (czy inszym markecie) w paczkach po 100 sztuk. Kosztuje to chyba 7 czy 8zł.

          Generalnie taki kominek to świetna rzecz, kiedyś co wieczór sobie tym kadziłem (teraz tylko okazjonalnie), ale jakoś nigdy nie miałem potrzeby neutralizowania aromatu fajkowego…i oby tak zostało :)

          Co do niepalących – tragedia, jak trafi się taki, który uzna te olejkowe zapachy za zbyt duszące.

          • Rheged
            6 grudnia 2010 at 21:51

            Plusem moich współlokatorów jest fakt ich tolerancji. Nigdy nie powiedzieli złego słowa o fajce, czym dali mi dobry powód, aby pójść im na rękę. Taka niemówiona umowa o nie-wchodzeniu-sobie-w-drogę. Rzadkość w dzisiejszych czasach, tym bardziej trzeba o to dbać. A niewątpliwie to ja jestem ogniwem bardziej „woniącym”, więc na mnie leży obowiązek prób zmiany tego stanu rzeczy. Z fajki oczywiście nie zrezygnuję, ale czemu nie spróbować form neutralizowania zapachu? Tym bardziej, że ten kominek to sama frajda. Kolejna rzecz dodająca klimatu. I ja jestem zadowolony i współlokatorzy.

            Także autorze tego artykułu – DZIĘKUJĘ! :)

            • je2bnik
              7 grudnia 2010 at 00:17

              A proszę! Miło, że się ktoś przekonał :) ja własnie zawarłem odrzwia i okiennice, zakropliłem w kominek co trzeba i robię kolejne podejście do BBF. Niestety palenie flaczków nie idzie mi tak gładko jak tobie oswojenie się z tym pachnidłem :(

        • JSG
          JSG
          6 grudnia 2010 at 23:31

          A ja sobie dziś kupiłem nowy anti tabaco do samochodu- a co w koncu mikołajki, niech i stary rzench coś ma.

    • tatar.tatar
      29 stycznia 2011 at 15:01

      Kupiłem sobie też ten patent – nie żebym musiał się jakoś szczególnie bunkrować z paleniem, ale po co drażnić domowników ;)
      Mam pytanie – myjecie kominki ? W moim, w części „zupnej” po kilkunastu użyciach pojawił się taki brązowy, liptonowski osad i teraz się zastanawiam czy go usunąc czy temat olać.

  10. je2bnik
    29 stycznia 2011 at 16:28

    Tak, zapomniałem o tym napisać fakt, mój błąd. Myję kominek ostrą gąbką i mydłem. Po dłuższym używaniu warto też usunąć kamień, który gromadzi się w kominku. Mój sposób jest prosty: do komina wlewam wrzątek + odrobinę kwasku cytrynowego, zapalam świeczkę, postoi kilka minut, kamień się rozpuszcza, wylewam. Kwasek usuwa kamień zewsząd.

  11. klapuch
    2 grudnia 2011 at 13:55

    „i w ogóle jest w czopku (fajkowym) urodzony” turlałem się po podłodze przez 15 minut. Niby jedna literka, a tyle rozrywki :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *


*