Platonki z Ameryki

9 sierpnia 2010
By

Ostatnio zainteresowany jestem, jak nigdy dotąd, hm, zbieractwem. Zbieractwem próbek. Dostaję ich sporo – od przyjaciół prawdziwe cuda, które palę w najmniejszych fajeczkach i w kilkudniowych odstępach. Trafiają do mnie jednak również próbki tytoni amerykańskich. W trafikach bowiem mało znanych „blendów hamerykańskich” pojawiło się mnóstwo… I towarzyszą im próbki.

Amerykańskie Platonki

Ostatnio w branży tytoniowej nagle narodziło się mnóstwo „importerów”, którzy okazyjnie od jakiegoś syndyka masy upadłościowej czy komornika nabyli kontener plajtującej hurtowni najtańszych używek i właśnie „wprowadzają” je na polski rynek.

Handel w Stanach ma inny charakter niż u nas. Od czasu maści na żylaki pułkownika Driffta, które komiwojażerzy rozwozili po Dzikim Zachodzie, rola próbek w marketingu jest ustalona i niezwykle ważna. Kiedy po drogach stanowych mknie jakiś osiemnastokołowiec rozwożący po drugstorach i małomiasteczkowych trafikach tanie blendy, to ćwierć zawartości „paki” stanowią próbki. Niewielkie torebeczki Promotional Use Only, ale wystarczające na kilka fajek, aby można było jakiegoś farmera zaszczepić nowym smakiem, a przyzwyczajenie do starego utrwalić.

Ostatnio powstała w USA cała masa firm specjalizujących się w wyłapywaniu na różnych aukcjach, wyprzedażach całych kontenerów rozmaitego amerykańskiego dobra i wysyłająca je za ocean na jakieś europejskie, afrykańskie, a nawet azjatyckie rubieże. Na tej zasadzie do Polski trafiają zarówno „prawdziwie amerykańskie” ubranka dziecięce, plastikowe zegarki, gry komputerowe, kawy, herbaty a także tytonie – do skrętów, do fajek, do shishy, do żucia czy trzymania pod wargą…

I nieprzytomna ilość amerykańskich próbek. Kiedy ostatnio trafiły do mnie trzy z zaprzyjaźnionego sklepu internetowego, natychmiast poprosiłem moją znajomą, która dwa razy w tygodniu wozi mnie na zabiegi, by przyjechała godzinę wcześniej. Odwiedziliśmy wszystkie trzy zaprzyjaźnione trafiki, gdzie odpytałem właścicieli na okoliczność i, co jest chyba oczywiste, wyłudziłem od nich parę tych promotionali.

Nawet fakt, że po tych spotkaniach z medycyną, przez cały wieczór i pół nocy czuję się jak swój własny trup, nie powstrzymał mnie od rozłożenia na biurku tych wszystkich zdobyczy. I do nacięcia kilku i powąchania, a raczej wpicia się nosem w ich zawartość.

Zanim to zrobiłem, bardzo starannie, niekiedy ze słownikiem, tłumaczyłem sobie nazwy na torebkach. Pola i strumyki, Kapitan Black, Brown, Przyjaciel Unii, Lider Związkowy, Amerykański Twardziel, Myśliwski, Pułkownik Staś i Sierżant Józio… Wpakowałem do jednej z tzw. fajek nieulubionych te Pola i strumyki, siadłem przy komputerze i rzuciłem się podróż po drugstorowych mieszankach.

Tytoń dał się palić, trafiały mi się gorsze kupione drogo w Polsce. Nawet nie będę wymieniał nazwy, bo już podejrzewany jestem o psychozę bez nazwy. Tylko, że ja jestem twardy zawodnik smakowy – przez całe studia dyplomowe i podyplomowe posilałem się winami dobrymi i tanimi. I teraz do nich wracam z przyjaciółmi – z sentymentu i eksperymentu.

Skąd się bierze to pijackie wyznanie w felietonie o tytoniu? To posłuchajcie tych nazw wyszperanych w internecie… Wuj Sam, Wujek Tom, Wujaszek Joe, Siedzący Byk, Moc Apacza, Siła Szamana, Łowca Wizji – zielony, srebrny, czerwony i niebieski… Jak ziemia, powietrze, ogień i woda… Cztery żywioły po 13 dolców za za trzydzieści parę deko… No, paliłem te Strumyki, co i raz wąchałem zawartość naciętych próbek, natknąłem się na tytoń – uwaga – Wielki Manitou za 4,49 USD i już wiedziałem – jestem oto w Krainie Oż… Oż, ty kur…

Przede mną oto amerykańskie Platonki, Plotynki, Arizony, Łzy Sołtysa, Menello, Córki Rybaka, Mamrotki, Turonie… Nie do picia, a do palenia.

Nie wróżę im osadzenia się na stałe na naszym rynku, nawet jeśli pomysłowi polscy „importerzy” dokleją do nich drukowane na laserówce samoprzylepne naklejki z nazwiskiem Stokkebye – bo i na taki zabieg się natknąłem na tytoniach, które w weekend zobaczyłem w drugstorowych ofertach jako rdzennie amerykańskie – jak Algonkin w skórzanych bokserkach z frędzlami. Alpaga pozostanie alpagą i nikt nie zapłaci za nią dwu, trzykrotnie drożej niż po przemnożeniu amerykańskiej ceny przez  kurs prezesa Belki. Za te pieniądze mamy wszak tanie win…, przepraszam, tanie tytonie z Europy, do których już się przyzwyczailiśmy i wmawiamy wszystkim, że są tanie i dobre, bo są dobre i tanie…

Tags: , , ,

5 Responses to Platonki z Ameryki

  1. jalens
    11 sierpnia 2010 at 12:36

    Odszczekuję: TNN jest lepszy od niektórych Platonków!

    • jazz59
      11 sierpnia 2010 at 13:06

      :) :) :) :) :) :) :) :)

      • jalens
        11 sierpnia 2010 at 13:24

        Rzuć mi adres na PM – zrozumiesz, że to nie taki znów komplement.

  2. 16 sierpnia 2010 at 10:17

    Jalens, fajny tekst, ale….Jakoś bez (happy) endu.

    Chętnie dowiedział bym się więcej o tych próbkach. Czy można to gdzieś normalnie zdobyć?
    Ogólnie ciakwą sprawą było by otwarcie regularnego kanału dystrybucji takich próbek, gdyż na pewno wiele osób było by zainteresowane nawet kupnem takiej próbki za 1-5 złotych.

    • jalens
      16 sierpnia 2010 at 10:28

      Było by ciekawe.Ale przebijanie się przez ustawy akcyzowe i antynikotynowe sprawia, że rzecz jest bez sensu.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *


*