St. Bruno – Ready Rubbed

3 lipca 2012
By

Jak parę osób wie – z nikotyną jestem „na ty”, przez co niestraszne mi rozmaite wyroby, w których – można by rzec – więcej nikotyny niż tytoniu. FVF to mocny średniak, petersonowski Irish Flake o apokaliptycznych opiniach Emila (@Rheged) i Jacka (@jalens) był niewiele mocniejszy, choć pewna szorstkość mogła to wrażenie intensyfikować. SG Brown 4 Twist szybko ujarzmiłem, choć  z początku zatelepał mną po średniej fajce palonej na czczo (dzieci, nie róbcie tego w domu, a tym bardziej poza). Liczyłem na większego kopa po jego czarnych braciach: Black XX i Black Pigtail, ale różnica była jedynie w smaku. Czysty Perique też dużego wrażenia pod tym względem nie zrobił, bo – prawdę mówiąc – jego nachalność zasłania wszystko.

We wrześniu ubiegłego roku sprawy rodzinne zesłały mnie do Torremolinos – małego miasteczka typowo turystycznego leżącego tuż obok Malagi. Po rekonesansie napotkałem trzy lub cztery trafiki, każda świetnie zaopatrzona w dział papierosowy, całkiem nieźle w cygarowy, gorzej z fajkowym. Z tym ostatnim niemalże jak w Polsce, choć z drobną różnicą – u nas za standard uchodzi Alsbo, Poniatowski, Tillbury i Amphora. Tam – Borkum Riff i Amphora. Można było to dostać niemal w każdym większym kiosku, a na pewno w sklepie tytoniowym. Podobnież w Maladze, choć tam zerknąłem jedynie przez szybę i do raczej mało reprezentatywnych miejsc.

Sytuacja nieco mnie rozczarowała – gdzie Dunhille, mniszki (te zapuszkowane, dla sprostowania), Gawithy, Hoggarthy? Wiarę przywrócił mi dość okazały sklepik, w którym obok wspomnianego standardu spostrzegłem nieznaną mi żółtą kopertę z już znaną nazwą. Santo Bruno por favor i wyszedłem.

I w końcu trafiłem na killera, choć nie było to celem samym w sobie. Ciemny kolor Virginii i „other fine leaf” (jak mniemam, Kentucky), wytrawny zapach zapowiadał, że słabiak z niego nie jest. Miałem już przygotowanego starego i pojemnego Vauena, z którego nie miałem zamiaru rezygnować, więc chociaż przygotowałem solidną zagrychę do fajkowej sesji.

Chwila podsuszania w hiszpańskim słońcu (nawiasem: to jest plus wysokich temperatur – Grousemoor Pluga suszyłem przynajmniej godzinę w domowych warunkach, na tamtejszym tarasie zajęło to 5 minut) i do komina. I tu niespodzianka, choć na chłopski rozum nieuzasadniona – absolutny brak słodyczy. Gęsty, mocno nasycony dym, nieco pieprzny (pewnie to Kentucky) i zapowiadający swoją moc. Tutaj jeszcze uwaga – St Bruno to angielski aromat, czyli scented. Tak, scented. I wprawdzie nie chciałem uwierzyć w takowe deklaracje (bo do tej pory scentedy kojarzyły mi się z kwiatowymi aromatami), to jednak czymś musiałem wytłumaczyć sobie te wszystkie smaczki kojarzące mi się z czerwonym winem. To wcale nie minus – tu naprawdę czuć porządnie przefermentowaną Va, której aromat nie jest w stanie całkowicie stłumić. Bo tak miało być.

Pół fajki za mną i przy wstawaniu mną zachwiało. Spodziewałem się, że to tylko przy pierwszej fajce tak będzie. Nie, nie było. Każda większa fajka poniewierała mną jak chciała. Owszem, upały (bo to jednak Hiszpania i wciąż w sezonie), ale po powrocie do kraju, gdzie spopielałem trzecią saszetkę, było tak samo, nawet w Royal Falconie, mojej fajce na mocnych zawodników. Zostawiłem pół paczki na kilka miesięcy, po czym zapaliłem. Wciąż mocny, ale bez tworzenia stawów rzekomych, jak mawia Bałtroczyk. Czyli kwestia otrzaskania gardzieli.

Przy pierwszym paleniu nie czułem słodyczy, jednak im głębiej tytoń wchodził w fajkę, tym bardziej dało się wyczuć lekką słodycz. Jednak nie oszukujmy się – to tytoń bardziej wytrawny niż virginiowo-cukierkowaty.

Spalanie wzorcowe. Potrafi dać dużo kondensatu i zrobić korek na dnie, jednak bez tego smakuje do końca, nie zwiększając mocy.

Room note – podobno czuć, że pali się mocną rzecz, choć zapach jest mimo wszystko słodki. I zawiesisty.

Właściwie to tytoń-legenda, tytoń dla wielbicieli angielskich aromatów – mocno tytoniowy, mocny nikotyną, inny smak aromatyzacji. Jak ktoś się zraził scentedami typu GH Ennerdale Flake czy SG RB Plug, powinien spróbować ze świętym Bruno. Inny smak, inny aromat, choć rodzina ta sama.

Tags: , , , , ,

16 Responses to St. Bruno – Ready Rubbed

  1. Julian
    Julian
    3 lipca 2012 at 00:46

    Próbowałem. Interesujący, warto przynajmniej się zapoznać. Tak wygląda masowy standard brytyjski sprzed 50-100 lat. Skierowany do ludzi, którzy tradycyjnie palą tytoń, a nie słodkie zmiotki.

  2. Jacek A. Rochacki
    3 lipca 2012 at 00:51

    – i po raz kolejny widać, iż ten sam tytoń bywa różnie odbierany. I to jest bardzo normalne. St Bruno, należący kiedyś ( a może i dziś) do najpopularniejszych tytoni fajkowych na Wyspach owszem, bywał uznawany za mocny, ale – bez przesady. Jest uzpachowiony, ale nie w kierunku słusznie opisywanym jako scenty „kwiatowe” Gawith & Hoggarth’a, tylko takie jak np. z dziś dostępnych czy istniejących Dunhillowy Royal Yacht, może trochę Elizabethan Mixture (ten ostatni u nas jakoś nie znalazł uznania, sądząc z kilku dawniejszych wypowiedzi). W moim odbiorze najbliższy St Bruno jest Condor – też dziś mało znany poza G,r ongiś bardzo na Wyspach popularny.
    Znam wszakże Osoby, których pierwsze spotkania z St Bruno bywały opisywane tak, jak to uczynił Autor powyższej relacji. Aliści z czasem te Osoby niejako „wzrastały” fajkowo z tym tytoniem, i po latach St Bruno był po prostu miłym blendem w typie straoangielskim, o średniej mocy, o miłej acz dyskretnej słodyczy Virginii, wyraźnie idczuwalnej do połowy czy 2/3 palenia.
    Na zakończenie: niestety w znanych mi obecnie miejscach najpopularniejszy jest St Bruno w formie Ready Rubbed. Dla mnie to swoista „nowinka”; kilkadziesiąt lat temu bez mała synonimem St Bruno była forma Flakes; St Bruno=St Bruno Flakes. Takie znałem i paliłem z ukontentowaniem. Ok. 2 lat temu pozyskałem nieco współcześnie robionych St Bruno Flakes, i mimo że nie są one takie jak te, które paliłem jakoś do lat ’80, nadal są one w moim odbiorze lepszym tytoniem niż ten oferowany w formie Ready Rubbed.

    • Julian
      Julian
      3 lipca 2012 at 21:12

      „tylko takie jak np. z dziś dostępnych czy istniejących Dunhillowy Royal Yacht, może trochę Elizabethan Mixture”

      Święte słowa. Podobny do RY, ale mniej słodki, ostrzejszy. Zapaliłbym sobie , ostatnio z 10 lat temu mi się przydarzył.

  3. mareek
    mareek
    3 lipca 2012 at 06:07

    I moim zdaniem wcale aż taki mocny nie jest. Mocny, ale nie do przesady, w sam raz, żeby się napalić ale nie sponiewierać. Myślę, że można go porównać do Cob Pluga, którego od niedawna ubóstwiam, też aromat, ale mocno tytoniowy. No i Cob mocniejszy, moim zdaniem.

    No ale sam St. Bruno smakował mi bardzo, fajny charakterystyczny smak, szkoda,że nigdzie u nas go nie ma. Jakby jeszcze był w takiej cenie jak w Hiszpanii to byłoby idealnie ;>

    50g odłożyłem do słoja, otworzę za jakiś czas.

    • Julian
      Julian
      3 lipca 2012 at 21:13

      Cob plug uchodzi za bardzo mocny. Dla mnie jest przyjemny, ale podobno ludzie się wywracają.

  4. yopas
    3 lipca 2012 at 08:58

    Dla mnie St. Bruno za mocny (próbowałem jedynie wersji w płatkach). Wytrawny. Choć nie sposób nie zgodzić się z Julianem, że to cały czas jest pozycja „must try”. Klasyk (nawet jeśli mocno plebejski ;)). Nie wiem czy słusznie, ale paląc kojarzył mi się z czymś pomiędzy Three Nuns a Erinmore Flake (niestety oba tytonie znane mi są wyłącznie pobieznie i w wersji współczesnej).

  5. Jacek A. Rochacki
    3 lipca 2012 at 09:16

    Patrząc realistycznie powstrzymuję się od sugerowania spróbowania dla porownania nie łatwo dostępnego Condora. Ale było by interesujące usłyszeć, jak St Bruno o którym tu mowa „wygląda” w porównaniu do dostępnego obecnie Royal Yacht.

    • KrzysT
      KrzysT
      3 lipca 2012 at 09:50

      Mogę porównać jedynie wersję flake, bo wersja RR leży zasłoikowana i czeka na lepsze czasy.
      Brunon jest mniej złożony, bardziej w kierunku wody kolońskiej niż naturalno-kawowo-figowo aromatyzowanego RY. Oraz z wyczuwalną nutką Kentucky, której w RY IMHO brak (chociaż bieżąca edycja bywa podejrzewana o jakiś dodatek burleya?).
      Dla mnie oba są ciut za mocne. Chyba bardziej poniewiera mną RY, bo palę go w niewielkiej panelówce BBB (Brunona w niedużym pocie), a efekt jest podobny – zmęczenie materiału w mniej więcej 3/4 fajki.
      Oba mają pewną nutkę, którą zwykłem przypisywać mocniej „robionym” Va, czyli taki specyficzny olejowy posmaczek (mają go np. Irish Flake Petersona i 1792 SG, jak również skrętki od SG. Co ciekawe, nie ma go np. dunhillowski (Light) Flake, który też jest dla mnie mocny).
      Jeśli miałbym wybierać, to wolałbym chyba St. Bruno, bo jest bardzo równy w smaku – może nie tak złożony, ale właśnie za tę prostotę i pewność go lubię. Taki solidny standard właśnie.
      Nie ukrywam, że zazdroszczę Brytyjczykom takiego standardu.

      I jeszcze: nie wiem, czy się zgadzam z tym, że to jest wytrawny tytoń. Ma ostre nutki, ale jak dla mnie jest jednak w dziale z naturalną słodyczą ;)
      Muszę również napisać, że to jest dobra recenzja. Recenzji St. Bruno brakowało tutaj wyraźnie, co widać po ożywieniu komentujących ;)

      • Alan
        3 lipca 2012 at 12:05

        Ostre nutki, aromatyzacja scented, ale jednak nie dysponuje feerią smaków, kwasków czy innych typowo virginiowych niuansów. Nie odmawiam mu słodkiego smaku, ale osoby które nastawiają się na doznania w typie FVF (która też jest mocno fermentowana, ale i słodsza) mogą się zawieść. To jednak tytoń z, poniekąd, innej epoki. I podoba mi się nawiązanie do Royal Yacht, chociaż Brunon widzi mi się lepszy, bardziej okiełznany i „dostojny”.

  6. Jacek A. Rochacki
    3 lipca 2012 at 10:21

    Będąc jak najdalszy od krytyki sposobów opisywania i kategoryzacji – boć to w wielu przypadkach kwestia subiektywnych odczuć i inywidualnego języka typowego dla danego Autora pragnę podziękować za passus na temat tytoni „wytrawnych”. Przyznam się, że nie znam zastosowania takiego określenia dla opisywania tytoni – może dla blendów ostrych, w typie mało subtelnych cygar. Często blendów ze znacznym udziałem Kentucky.

    Z radością czytam uwagę na temat pewnej „oleistości”, sposobu „uscentowienia” opisywanego tytoniu. St Bruno. Jak już mówiliśmy, wpisuje się on w kategorię Va wraz z naturalną acz odczuwalną w tle słodyczą Va, tyle że specyficznie scented w typie staroangielskim, lecz to uzapachowienie nie jest takim „słodko-kwiatowym” jak znane nam obecne blendy G&H.

    Dunhill Flake (kiedyś Light Flake) to Va bardziej naturalnie czyli zgodnie z „czystym” charakterem dobrej Va potraktowana, chyba tylko fermentacja, a jeśli uzapachowienie to minimalne, a na pewno zgodne z charakterem samego tytoniu Virginia. Nie notuję tam tendencji do nadanie nieco innego charakteru/zapachu za pomocą uzapachowiania nadającego inny niż naturalny, virginiowy kierunek.

    W sumie dobrze, iż ten ongiś niesłychanie popularny a i dziś stanowiący wspaniałe wspomnienie dawnej Anglii tytoń stał się tematem sympatycznego tekstu. Jeśli dobry los da mi się kiedyś spotkać w tzw. realu z Osobami które może nie tyle lubią, ale rozumieją i są zainteresowane charakterem tego tytoniu i jego bliskich kuzynów, będzie mi miło poczęstować Condorem – niestety też Ready Rubbed, nie mm obecnie platków Condora.

    A i St Bruno, i Condor były też popularne w kręgach polskich wojskowych w Szkocji w czasie i po zakończeniu WWII. Jeden z nich kiedyś zapoznał mnie z St. Bruno Flakes. Ale to już zupełnie inna historia…

  7. 3promile
    24 kwietnia 2013 at 10:06

    Od jakiegoś czasu jest to mój codzienny tytoń. Pisze to dotychczasowy zdeklarowany miłośnik lukrowanych bejcą powideł śliwkowych z majonezem i truskawkami (czyt. palacz DaVinci). Nie poniewiera, chociaż syci nikotyną sumiennie. Bardzo łatwy w obsłudze, chociaż z reguły zostaje mi na dnie koreczek, który wyrzucam bez żalu. No i – co dla mnie dość istotne – jest relatywnie tani. Na koniec najważniejsze – jak dla mnie jest to najlepszy tytoń do towarzystwa szklaneczki czegoś mocniejszego niż pyffko.

  8. 3promile
    24 kwietnia 2013 at 10:08

    PS. ostatnio nabyłem StBruno od nieocenionego allegrowicza z czeskiego Cieszyna i otrzymałem tytoń w ohydnych kopertach z jakiegoś gumopodobnego plastiku. Wy też?

    • Obzon
      Obzon
      24 kwietnia 2013 at 19:22

      Ja też. Ale ten co Alan miał też gumowy był. Różnią sie tylko układem graficznym. A jakimi Cie straszyli chorobami? Bo ja na jednym opakowaniu miałem brzydkię zęby a na drugim płuca.

  9. Krzysztof
    Krzysztof
    13 listopada 2013 at 13:59

    Paliłem ten tytoń, w porównaniu z zielonym condorem który ma identyczny aromat, St Bruno jest odynarny w smaku, poprostu Condor jest subtelniejszy, ciekawe jak czerwony smakuje ?

  10. Oktogenek
    17 czerwca 2015 at 21:46

    Kupiłem paczkę rzeczonego tytoniu, faktycznie koperta jakaś taka gumowata :) sam tytoń pachnie dla mnie wytrawnie, wyraźnie czuć zapach różany ale nie taki z świeżych kwiatów tylko suchych, wyraźnie wyczuwam też Kentucky, aż w nosie wierci, mocno trzeba podsuszać oj mocno, w paleniu czuć te kwiatki, czerwone półwytrawne wino i momentami delikatną słodycz, co ciekawe smaczek kwiatowy pojawia się bardzo wyraźnie przy mocnym odpalaniu fajki, w trakcie palenia stopniowo zanika żeby znów pojawić się przy kolejnym odpalaniu fajki która sobie zgasła :)

  11. niedzwiecki
    20 stycznia 2018 at 22:20

    Koperty są teraz inne. Chyba producent się zmienił. Jeśli ktoś chętny na wymianę to wie gdzie mnie znaleźć.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


*