Wprowadzenie

28 grudnia 2009
By

Fajka TradycyjnaDzień dobry, jestem jalens, paję fajkę tradycyjną i bardzo to lubię. Do fajki wróciłem po dziesięcioleciach pośpiesznego kopcenia papierosów. Nie było to łatwe – niewiele jest polskiej literatury, stron internetowych czy filmików opowiadających o tych zagadnieniach. Te, które są – może poza forum FMS – w nieskończoność powielają fragmenty książki Zbigniewa Turka z 1993 roku „Fajka mniej szkodzi”.

Fajkę zaczyna się palić z rozmaitych przyczyn – uznawana jest za bardziej elegancki sposób zażywania tytoniu od papierosów. Uważa się też powszechnie, że mniej szkodzi zdrowiu palaczy. Pojawiły się nawet głosy, iż jest od papierosów tańsza. Co roku tysiące ludzi kupuje więc fajkę, tytoń, niekiedy nawet niezbędnik z ubijakiem  i z wielkimi nadziejami sięga po zapałki czy zapalniczkę.

Markowe mieszanki tytoniowe do fajek pachną fantastycznie – zarówno w kopertach czy puszkach, jak i palone. Rokują więc wspaniale – każdy początkujący palacz spodziewa się fantastycznych doznań smakowych i zapachowych, o jakich być może słyszał od entuzjastów fajczarstwa.

Tymczasem następuje seria porażek… Fajka co chwila gaśnie, dym szczypie w język i podniebienie, podrażnia oskrzela, główka fajki parzy w palce. Na dodatek bezpośredni kontakt z kłębami gorącego dymu powoduje, że ani smaku, ani zapachu sie nie odczuwa, zaś pod koniec palenia przeżywa się prawdziwą udrękę… W ustach robi się gorzko, dym staje się cuchnący, przy każdym pociągnięciu coś na dnie paleniska i w przewodzie dymowym obrzydliwie bulgoce. Marzy się tylko o jednym – a niechżesz już to się dopali do końca i będzie można fajkę z ulgą odstawić. I wypłukać usta, napić się czegoś smacznego, possać miętówkę… Aby jak najszybciej zniwelować tę ohydę, której pełne są usta, gardło, nos…

Najzabawniejsi bywają palacze papierosów, którzy mieli już dość swojego byle jakiego uzależnienia i w fajce pokładali wielkie nadzieje – odkładają gorące urządzenie do zażywania tytoniu i po krótkiej chwili… sięgają po papierosa. Jak sami mówią, absolutnie się nie napalili i dopiero pierwsze zaciągnięcia się mało aromatycznym dymem ich zaspokaja i uspokaja.

Decyzja o paleniu fajki, czy przerzuceniu się z papierosów na fajkę bywa najczęściej podejmowana błyskawicznie, pod impulsem chwili. Pędzi się do najbliższej trafiki, kupuje jakąś tanią fajkę, aromatyczny tytoń, niekiedy „ginekologa”, czyli niezbędnik fajkowy, ładuje fajkę po brzegi i podpala. Co niektórzy, swoją pierwszą fajkę w życiu zapalał na ulicy, tuż po wyjściu z centrum handlowego czy tytoniowego sklepiku. Jak papierosa… Odruchowo, nieuważnie, nałogowo…

Potem kilka dni, z rzadka tygodni popalania i fajka ląduje w szufladzie, do której najrzadziej się zagląda. A w niedoszłym fajczarzu pozostaje opinia – często dozgonna – że ta forma zażywania tytoniu jest bez sensu.

Cóż, do palenia fajki trzeba się przygotować. Do kupienia pierwszych fajek i tytoniów należy zażyć… wiedzy. O fajkach i tytoniach. Nie bez kozery używam tutaj liczby mnogiej – rzadko który posiadacz jednej fajeczki i jednego gatunku tytoniu staje się namiętnym palaczem. Szczególnie ten, kto próbuje rzucić papierosy – przyczyna jest prosta: tytoń w bibułce palony jest często, szybko, byle jak. Fajkę pali się rzadko, powoli i z pewnym namaszczeniem. Papieros jest głównie uzupełnieniem deficytu nikotyny, fajka wymaga wypracowania swoistej obrzędowości o prywatnym, intymnym wręcz charakterze. To wymaga czasu, wiedzy i, niestety, kilku fajek już na samym początku. Oraz paru akcesoriów bez których palenie staje się trudne i niesmaczne.

Jedna fajka palona kilka razy dziennie – o ile nie jest to dająca się wymyć i wysuszyć porcelanka – najzwyczajniej w świecie zawilgotnieje, „zasmrodzi się” i po tygodniu dwóch nadawać się będzie praktycznie do wyrzucenia lub co najmniej do bardzo inwazyjnej, gruntownej renowacji. Moim zdaniem, aby zacząć zapoznawać się z tą formą palenia, trzeba na samym początku kupić sobie co najmniej 3-4 fajki.

Z tytoniem natomiast można po prostu „nie trafić”. Jest tyle rodzajów, marek, gatunków i mają tak różny smak, zapach, moc, że warto na początku zaopatrzyć się w ilość według zasady: jedna fajka, jeden tytoń.

No i rzecz zaczyna się robić skomplikowana, wymagająca lektur, poszukiwań, treningów. I zapowiada się drożej, aniżeli wydawało się na początku. Warto jednak zdać sobie sprawę, że fajka to dobro luksusowe. Dobro luksusowe tanie być nie może.

Cóż, palenie fajki nie jest więc ani łatwe, ani tanie. To pierwsze przykazanie, które należy wbić sobie do głowy. A potem bez pośpiechu zapoznać się z fajkowym elementarzem – na pierwsze zakupy przyjdzie czas.

Tags: , ,

32 Responses to Wprowadzenie

  1. je2bnik
    19 lipca 2010 at 15:26

    Witam, jestem świeżo upieczonym fajkanetowiczem i szukając miejsca gdzie mógłbym się przedstawić i powitać postanowiłem zacząć właśnie tutaj. Nie lubię omijać wstępu przed lekturą książki, jak i zażywać czegoś bez wcześniejszego przeczytania instrukcji obsługi. Nadto ku mojemu zaskoczeniu ( wszak aktywność w tym miejscu sieci jest bardzo duża) okazało się, że artykuł jeszcze nie jest skomentowany, więc przez chwilę będę radował się palemką pierwszeństwa. Powód jest również jeszcze jeden, już bardziej prozaiczny. Szukałem miejsca gdzie w końcu, po kilku miesiącach samotnych bojów (a właściwie w duecie bo to przecież JA i moja FAJA), po próbie zmierzenia się monstrualnych rozmiarów zawartością FMS, będę mógł zapytać i uzyskać kilka odpowiedzi. Zanim więc przejdę dalej, jeszcze raz witam i pozdrawiam wszystkich fajkanetowiczów. Krótko o sobie: w sieci pod nickiem je2bnik (także przez „y”), z imienia Mateusz… student ostatniego roku prawa na UMCS, w Radomiu urodzony, nie karany :D

    Dlaczego fajka? Kiedyś kolega palił, lektura Władcy Pierścieni, jakiś film, u profesora na biurku leżała, pare razy zajrzałem do trafiki. I tak po nitce tytoniu do komina fajki. Kupiłem gruszkę na początek. Nie będę się szarpał na wrzośca żeby go zaraz zniszczyć. Bróg, churchwarden. Do tego Borkum Riff Whiskey-Burbon pachniał ładnie a jakże. O opalaniu czytałem, wiedziałem że nie od razu zbudowano to i tamto, nie spieszy mi się wcale a wcale. Będzie dobrze. Nabiłem sobie pierwszy raz jedną trzecią i dzień przerwy, drugi raz, tydzień przerwy i znowu. Nawet wiecie co wam powiem, że jak nabijałem tą jedną trzecią to mi się spalało do końca! Prawie na szaro! No to jak tak dobrze idzie to do połowy. I tu już zaczęły się schody. Zaraz za pierwszym razem skorupa na dnie. No nie ma bata i lekko nabijam i mocno skorupa się robi i już palić się nie chce gaśnie ale…!

    • kolejarz1986
      kolejarz1986
      19 lipca 2010 at 15:54

      Skoro kolega na UMCSie to zapraszam do obejrzenia tego wątku: http://www.fajczarze.pl/forum/viewtopic.php?f=47&t=3253&start=360. Spotkanie niedługo się odbędzie a jakbyś chciał się spotkać wcześniej to może uda mi się wygospodarować jeden wieczór. Jakby co pisz na PW.
      Żeby kolega nie grzeszył więcej i nie kupował takich tytoni jak ten co posiada, to na spotkaniu mogę kolegę poczęstować tym co mam a jakby było więcej osób to i więcej tytoni się znajdzie.
      Czekam na PW w razie ochoty na spotkanie(mieszkam na Bronowicach).
      P.S.Studiowałem w Radomiu dziennie i do tej pory tam jeżdżę na studia(teraz przerwa), a urodziłem się o wychowałem 60 km od Radomia, więc niedaleko.

  2. jalens
    19 lipca 2010 at 15:42

    Witaj je(słownie:dwa)bniku. Sprawiłeś mi osobiście wielką frajdę, witając się akurat pod Wprowadzeniem. Nie myślałem, że się tu ktoś odezwie, ani nawet, że ktośkolwiek to przeczyta. Czytaj, pytaj, czuj się dobrze.

    Tytoniowi, który wybrałeś na początek, jednakowoż, należy się ostry rockowy riff, gdzie powtarzającym się elementem ambitnej solówki będzie fraza naśladująca odgłos wody spuszczanej do kibla. Pięknie by to zabrzmiało na fenderze z humbuckerem :) Taki Riff z tym Borkumem.

  3. je2bnik
    19 lipca 2010 at 16:32

    Fajka nie śmierdzi (co najwyżej brzydko pachnie-po kilku latach kelnerowania w wakacje w restauracji i domowego kucharzenia wyrobiony jestem na smaki i zapachy, śmierdziuchów-czytaj papierosów-nie trawię) i nie parzy paluchów co w kontekście lektury internetu uznałem za swój wielki sukces. Chociaż paszcze piecze. Odłożyłem moje cudo na kilka dni z nadmiaru innych obowiązków. „Nie spieszy mi się” powiedziałem HOWGH! Zajrzałem do trafiki, zwierzam się że tak i tak jest. Spróbuj chłopcze tego: Mac Barren Original Choice na opakowaniu napisano. Ale… Panie… kolejne 30 zł…? Panie… bardziej miłosierdzia niż ofiary… Z bólem wszystkiego wyciągnąłem ile trzeba ze studenckiego pugilaresu. Kiedy otworzyłem w domu saszetkę… Przed wyp******iem Borkuma przez okno powstrzymała mnie tylko myśl, że przecie znajduje się on w nowej metalowej puszcze po zegarku, która może się przydać. Zabrałem się za palenie i wyciągnąłem trafny chyba wniosek, że kiedy fajczarz dupa to i dobrago tytoniu kupa. Dobry Boże nie pomoże. Ale paszcze NIE piecze. Ale jest skorupa. Ale się nie pali. Ale gaśnie. Nie spieszy mi się powiedziałem. I tak paliłem spokojnie, z kilkudniowymi przerwami raz bulgotało coś w środku raz nie (częściej tak). Ostatnio trafiłem na fajka net. Popatrzyłem na obrazki. Hmm, no to może nabiję mocniej? Ten pan na zdjęciu prykuje w tą fajkę jak w beczkę z kiszoną kapustą. Uwaga… Pierwszy raz z obracaniem… nadzieje jak przed Polska-Niemcy… No nie gaśnie… przez pierwsze 5 minut, a skorupa już się robi pod samym rimem. I tak panowie trwa to już od 28 stycznia czyli prawie pół roku. Nie spieszy mi się powiedziałem przecież. Niech świadczy o tym fakt, że tego MB jeszcze nie spaliłem. Nie jest tragicznie, ale jest źle. Bardzo źle. Lulka się nie dopala, gaśnie szybko. W paszczę nie piecze bardzo, ale jednak. Mógłbym zawrócić, ale z punktu w którym się znalazłem, skąd widzę pracę i cierpliwość którą poświęciłem na palenie fajki tradycyjnej, frajdę którą obok nerwówki mam z zabawy z nią i kiedy podziwiam tych którzy już umieją, zawrócić nie chcę i troszkę – choć to niskie – wam zazdroszczę. Pomocy! Mam kilka pytań, początkowo chciałem wysłać je z tym co tu napisałem do kogoś na PW jednak po przemyśleniu uznałem to za lekki nietakt. Jakby trampkarz podszedł do kadrowicza i poprosił żeby ten nauczył go grać w piłkę.

    Kwestia najsampierwsza. Moja prawnicza logika podpowiada mi, że ubijając tytoń wpierw leciutko, potem mocniej a na końcu już na twardo ta warstwa na dnie zawsze będzie najbardziej zbita bo przecież ciągle się ją dobija kolejną warstwą tytoniu. Więc wedle mojego, zapewne z założenia błędnego rozumowania, na dnie zawsze urodzi mi się kamień, skorupa i skała bo mam ten tytoń najbardziej ubity a na górze najlżej chociaż go tłukę całkiem hardo. Jak nabić tytoń na górze najmocniej bez ubijania tego na dnie?

    Kwestia druga. Czy przyczyną tego, że lulka źle mi się pali może być średnica komina 16mm? Wywalić od razu czy poszerzyć? (i jeśli poszerzyć to czy jako fajkowy greenhorn jestem w stanie to zrobić?) Dodam, że dzisiaj w akcie desperacji zdarłem wszystko z zewnątrz i ile się dało z wnętrza fajki do gołego drewna i wrzuciłem ją do spirytu. Zaraz wędruje do obsuszenia. Pomyślałem, że robiąc tak jak zniszczę fajkę za 30 zł to się nic nie stanie, a może się czegoś nauczę. A może palić w tym wąskim kominie bo jak mawiała moja babcia: „jak się nauczysz jeździć w za ciasnych łyżwach to potem będziesz w każdych umiał”?

    Kwestia trzecia skierowana do jalensa i w sprawie artykułu „Lista pierwszych zakupów”. Mam zamiar zrobić sobie „niu bigining” kupić czy gruszki i czy tytonie. W związku z tym czy mogę na razie darować sobie wrzoścówkę i uczyć się palić we gruszce li tylko (nie potrzebuję fajowej fajki do wabienia bo ta jedna jedyna czeka już tyko na pierścionek zaręczynowy ;D)? Na wrzoścówkę, piankę czy dębówkę przyjdzie czas jak nabiorę ogłady i umiejętności… dobrze myślę? W końcu kiedy już zakupie te budżetówki to czy palić je tak jak są? Czy zedrzeć je insajd i ałtsajd i palić w takim „odkorkowanym” drewnie tylko nawoskowanym (a co tam carnaubę też kupię!)?

    Kwestia czwarta: polećcie mi proszę ze dwie czyste i w miarę tanie virginie do opalania. gdzie nie spojrzę tam samie mieszanki, jedną virginie z MB znalazłem…

    To chyba na razie tyle. Muszę iść chrzanu ukopać na ogórki kiszone.

    Pozdrawiam i dziękuje za poświęconą uwagę.

    • 19 lipca 2010 at 17:38

      Cholernie ciężkie pytania. Tym bardziej że logika, którą nazywasz prawniczą, odnosi się chyba do prawa kodeksowego. Proponuję posłużyć się precedensami, gdzie nie wszystko jest zapisane w książce z garścią komentarzy.

      Otóż nie po to nabija się fajkę ze zróżnicowaniem stopnia nabijania warstw, aby powielić ten zróżnicowany układ, ale po to, by dzięki tym manipulacjom fajka była nabita równo i akuratnie. Zastosowanie Twojej „logiki” powoduje, że zaczynasz kombinować i faktycznie możesz z tego zrobić kopię beczki z kapustą.

      Skorupa, o której wspominasz, to prawdopodobnie skutek ukamienowania w kominie tego Riffa.
      Choć z drugiej strony także immanentna cecha tytoni gównianej jakości, które same z siebie wypuszczają asfalt, bo kondensatem tej wydzieliny nazwać nie można.

      Początkujący nie dlatego cierpią, że palenie fajki jest jakąś nadzwyczajną sztuką, ale przez to, że robią wszystko, aby cierpieć – palą niepalne tytonie w fajkach bez cugu i ładują palenisko w sposób, który wyklucza możliwość palenia.

      To, co mówi o „naukach” Twoja babcia, to są całkiem „logiczne” tezy. Ale jeździć na łyżwach w zbyt ciasnych butach, po to by kiedyś docenić właściwy rozmiar. Trochę to koreańska, północna metoda pedagogiczna, może i dobra w celu wychowania medalistów, ale nie kogoś, kto będzie na łyżwach śmigał z dziką rozkoszą, wiatrem we włosach i bez nagłośnienia lodowiska słyszał w uszach muzykę. Napisałem gdzieś, że minimum szerokości otworu komina to zdaniem większości specjalistów – 19 mm, czym naraziłem się śmiertelnie fajkarzom posiadającym frez o średnicy 18 mm. Twoja fajka nadaje się na fifkę do grubszych cygaretek. A i ta zgaśnie, kiedy żar wejdzie do komina. Niemożliwych do wykonania zadań nie stawiają przed łyżwiarzami nawet Makarenkowie od Kim Dzong Ila. Sugestia – trzeba ją zriffować podobnie jak tytoń.

      Spirytus przeznaczony do moczenia fajki nadającej się do wyrzucenia, proponuje wypić w dużej ilości. I po 20 min. wejść na Fajkowo – przejawiasz zaiste niezwykły stopień profajczarskiej desperacji, może pod wpływem rozluźniającej mocy alkoholu etylowego objawi się to złagodzeniem tendencji do oszczędzania na własnych przyjemnościach :D

      Skoro pytanie trzecie skierowałeś wprost do mnie, to ja zacznę od rady z dziedziny nie całkiem fajkowej. Jeśli jeszcze na etapie przedzaręczynowym odpuszczasz sobie działania wabiące wobec partnerki, to może już teraz załatwiaj sobie kolegę z roku, by zawczasu przygotowywał się do Twojej sprawy rozwodowej. Kolega ze studiów będzie tańszy. No i z góry przygotowany.

      Moja odpowiedź brzmi następująco – potrzebujesz 3 fajki, żeby zacząć palić jak człowiek. Olej gruszki – już się wystarczająco skatowałeś. Żeby palić w gruszkach i ich nie zepsuć, potrzeba mistrza. Albo więc wybierz sobie nasze, krajowe fajeczki po 60-70 zł, albo kup od kolegów zajmujących się renowacją piękne, zhigienizowane i przygotowane do palenia fajki używane. Zmieścisz się w podobnych kosztach. Nie koncentruj się na jednym rodzaju tytoniu, bo z paleniem fajki nie powinna się kojarzyć nuda. Jak rozumiem, masz zamiar kupić VA No 1. Nie jest to zły wybór. I na razie wystarczy virginiowych eksperymentów, abstrahując od tego, że tzw. czyste virginie już po prostu nie istnieją.

      Do drugiej i trzeciej fajki kup sobie 1. dobry aromat, coś z brytyjskich modernów, bez latakii. No i delikatną latakię, jako trzeci tytoń. Pytanie o konkrety zadaj na „Zamiast Forum”. Na pewno dobrzy ludzie pomogą, a pomogą chętnie, jeśli zadeklarujesz gotowość wydania np. 45 zł na 50 g puszkę. Taka deklaracja nadzwyczajnie wzmaga chęć pomocy.

      Generalnie sugeruję cierpienia biczownika zamienić na cierpienia Szkota wydającego nierozsądne sumy. Boli porównywalnie, ale potem jest z tego odrobina przyjemości.

  4. je2bnik
    19 lipca 2010 at 17:55

    Dziękuję i przemyślę to co napisałeś. Małe sprostowanie tylko co do borkuma: od dawna zalega na dnie szafy, i co do partnerki: otóż jest już wabiona 6 lat a na bliższą znajomość dała się skusić po trzech. Już się nie wywinie :D

    • 19 lipca 2010 at 18:01

      Co do Borkuma – j.. go pies, natomiast co do partnerki, trzymaj tak dalej i zwiększaj wabiący asortyment. A moich wypowiedzi nie traktuj nadmiernie poważnie :)

  5. Rheged
    19 lipca 2010 at 18:25

    Myślę, że koreczek powstaje również dlatego, że kolega nie pozbywa się kondensatu podczas palenia.

    Często w fajce bulgocze podobno. To normalne, każdemu bulgoczę, nie uwierzę, że jest inaczej. Ale każdy się tego bulgotania pozbywa, bo jest to kondensat, który Jacek nazywa asfaltem. Jak wpadnie toto na spód komina, to pozlepia tytoń czyniąc go niepalnym, a jeśli nawet palnym, to kwaśnym jak miesiąc miodowy amiszów. Kondensatu można pozbyć się na dwa sposoby (mówię o paleniu bez filtra, bo tylko takie stosuję).

    Pierwszym jest wsadzenie wyciora przez ustnik poprzez cybuch, aż do kanału dymnego fajki. Wycior nasiąknie płynem i można palić spokojnie, bez obaw. Jednak sposób to trudny, nie zawsze bowiem trafi się celnie, a poza tym nie pozbywa się całego kondensatu. Drugi sposób natomiast jest mało elegancki, ale skuteczny jak intuacji ośmiornicy Paul. Otóż należy fajkę rozkręcić i odlać na chusteczkę cały kondensat z szyjki fajki oraz z ustnika. Potem delikatnie zakręcić z powrotem. Korka nie będzie. Ja tak robię, jeszcze nic nie złamałem. I wiem – cham ze mnie oraz prostak, ale przynajmniej cieszę się smakiem przez całe palenie.

    • 19 lipca 2010 at 18:34

      Emil, ja pewnie coś źle robię, bo z takimi zjawiskami nie spotkałem się w życiu.

      • KrzysT
        KrzysT
        19 lipca 2010 at 18:44

        Zabulgotanie – ok, zdarzyło mi się w jednej fajce, która miała przewód dymowy ze zwężeniem. Wyciorowanie w trakcie – jak najbardziej.
        Mokra końcówka – bywa.
        Ale odlewania umysł mój nie ogarnia. Ileż tego by musiało być na raz, żeby się lało?
        I tak, jestem początkujący, odpalam wielokrotnie i do końca nie dopalam, bo mi nie wychodzi.

      • Rheged
        19 lipca 2010 at 22:14

        Ja palę dosyć ciepło i szybko, ale nawet bardzo chłodne i powolne palenie – a kondensat puszcza. Mniej lub bardziej. U nowozapoznanych z fajką może tego być znacznie więcej. Może więc czasem warto rozkręcić i wylać?

        • sat666sat
          sat666sat
          19 lipca 2010 at 22:37

          Mnie czasem też zdarza się ,,upaćkać” kondensatem – jakaż to proza…

          • miszapopiel
            20 lipca 2010 at 00:16

            Czasem jak kopcę jakiegoś Ser Jacopo w gruszkowym czerczwardenie od MR Bróg to mi się ulewa, bo tak trzymam dziwacznie, że główkę mam wyżej… życie.

            • Rheged
              20 lipca 2010 at 01:27

              Wyszło, że ja to szklanki mogę napełniać kondensatem… Doprecyzuję – nie ma tego aż tak wiele, natomiast bywa, że jest nadmiar, którego trzeba się pozbyć.

              • 20 lipca 2010 at 08:51

                Cóż, opisałeś to dość naturalistycznie, jakbyś z imbryka wylewał. Na wszelki wypadek chyba jednak zdecyduję się na metodę profesorską przy każdej „estate pipe”, jaka dostanie się w moje ręce. Wygląda po komentarzach, że fajka jako kondensator kondensatu jest powszechniejszym zjawiskiem, niż myślałem.

  6. TomaszG
    27 lipca 2010 at 23:18

    Witam Kolegów serdecznie i pozdrawiam z „Pyrlandii”.
    Moje imię Tomasz, fajkę palę od 7 lat. Nie stronię od cygar. Od dłuższego czasu czytam to i tamto w wydaniach E@ oraz większość tego co wydaje się na papierze. Zaczynałem w Worobcówce 126 zakupionej w pięknej, lecz nieistniejącej już trafice w CH Panorama w Poznaniu. Do dziś fajeczek zebrało się około 30 sztuk, z różnego drewna, gliny, ceramiki. Pierwszy tytoń… Alsbo Vanilia… :). Od tego czasu fajeczek przybyło, tytoni kilka kopert i puszek „poszło z dymem”. Inicjatywa Kolegów godna pochwał – tyle wiedzy w jednym miejscu, tylu zacnych fajczarzy, chylę czoła. Jestem osobą, która jakoś tak sama z siebie stara się dbać o fajki tak, by nigdy się nie „zestarzały” i bym w przypływie chęci, mógł zawsze w którejś z posiadanych zapalić. Stąd mam i używam do dziś moją pierwszą (i nie jedyną) gruszkę, przeszedłem krótki i niestety niezbyt namiętny romans z dębem od Broga (choć faja piękna w moim odczuciu), nawet kupiłem Yatobę (tej jeszcze nie „odpaliłem”, choć i jej czas nadejdzie). Palę codziennie SG Grousemoor, Peterson Irish Oak,W. O. Larsen Simply Unique. Popalam (kończy się :)) Peterson XMass w Petersonie z Fajkowa – dziękuję za pomoc w wyborze Kolegom z Fajkowa!!! Ponadto, na stałe gości u mnie Kentucky Bird, i nie wiem czy Koledzy też tak praktykują – mam taką puchę, w którą wrzucam to, co samo mi nie smakuje i tam mi się to miesza na bazie śliwki od Mac Barena.
    Pozdrawiam raz jeszcze serdecznie i po tym powitaniu mam nadzieję zabrać głos w którejś z dyskusji, jeśli tylko będę miał cokolwiek do dodania. Choć na dzień dzisiejszy widzę, że raczej żółtodziób ze mnie i uczyć mi się jeszcze przyjdzie sporo od Kolegów.
    Tomek

    • jalens
      27 lipca 2010 at 23:27

      Witamy, baw się dobrze i tak samo się tutaj czuj. I pisz, to nie boli, a siedmioletni staż z fajką to nie przelewki i wielu z nas może Ci pozazdrościć.
      Twoje powitanie akurat się nadaje do wklejenia w Twój Profil. W tym artykuliku taka mała prośba od Zespołu :)

      • TomaszG
        27 lipca 2010 at 23:34

        Dziękuję za miłe powitanie.
        Profil zaktualizowałem.

        • jalens
          27 lipca 2010 at 23:36

          Koty masz zajebiste!

          • TomaszG
            27 lipca 2010 at 23:37

            Zerknij w dział CAO. Sabaki do pilnowania kotów :)

            • jalens
              27 lipca 2010 at 23:48

              No tak, fajek nikt Ci nie podprowadzi :) Co do pilnowania kotów, to Twoje syberiany dadzą sobie radę nawet z Twoimi psami :) mam znajomych, którzy mają tę rasę oraz norweskie leśne. Ich wielki pies jest gotów pogryźć cały świat, ale kotom może naskoczyć.

              • JSG
                JSG
                28 lipca 2010 at 00:08

                nie zaczynaj tematu proszę, bo odchowałem zaprzęg malamutów i nie raz widziałem kota, psa a nawet kozę które wpadły pomiędzy szczęki dwóch takich potforów. a jak zacznesz ten temat to nie skończe tego nad czym pracuje i co będzie… niebo spadnie nam na głowę…

              • jalens
                28 lipca 2010 at 00:15

                Kończ swobodnie, ja już nie będę kontynuował tematu, a Tomasz już sobie poszedł. Ale tu nie ma zakazu rozmawiania o tym, co jedzą psy na śniadanie, jeśli tylko rozmowę prowadzą fajczarze :D. To narodek o rozlicznych zainteresowaniach.

  7. JSG
    JSG
    28 lipca 2010 at 14:48

    A ten nieco archiwalny tekst, jest dowodem na to że nie trzeba być przygotowanym by rozpocząć przygodę z fajką

    Moja prawdziwa przygoda z fajką zaczęła się jakoś jesienią 1999r. Była to piękna złota jesień. Do 11 listopada dni były pełne słońca. We wrześniu diametralnie odmieniło się moje życie. Rozpocząłem edukację w szkole średniej. Dzień w dzień dobrze przed godziną siódmą opuszczałem bezpieczne przedmieścia mojego rodzinnego miasteczka powiatowego, by rzucać się w wir warszawskiego zgiełku. Jednak moja szkoła była miejscem wyjątkowym, uwięziona w widłach cmentarnych murów, skryta z aleją starych dębów i kasztanów, strzeżona przez opuszczone kamienice broniące dostępu swymi ceglanymi halabardami. Szkoła witała nas co dzień skrzypieniem starych świerkowych schodów, świstem wiatru zamkniętego między skrzydłami spaczonych okien, rzężącym głosem starych głośników radiowęzła. Starsi koledzy wdrażali kotów w sztukę wyskakiwania na przerwę na papierosa, jakoś mnie to nie pociągało, może dlatego że już dużo wcześniej miałem okazję poznać prawdziwy smak tytoniu, delikatnie żarzącego się w fajce z tajemniczego drewna. Wiele miesięcy wcześniej w starej szafie w domu/pracowni mojego ojca wygrzebałem kilka wrzoścowych fajek i skórzany woreczek z wyschniętym na wiór tytoniem. Wtedy nie miałem pojęcia czym jest wrzosiec, nie wiedziałem nic w zasadzie o paleniu fajki, nabijaniu, o poszukiwaniu smaków. W lesie, podczas drogi do domu (od mojego ojca wracałem przez rezerwat Grabicz, miejsce dla mnie magiczne) siadłem na omszałym narzutowym głazie, który mój ojciec wraz z leśniczym, jako SOPowiec uratowali przed wywiezieniem przez kamieniarzy, zapaliłem swoją pierwszą fajkę. Nie pamiętam dziś już wrażeń z tej przygody. Wiem że wypaliłem cały ten suchy tytoń, pamiętam że kupiłem w sklepie dla myśliwych „Cel” jakiś tytoń w białej kopercie, obstawiam że był to Mac Baren Schotish Mixture- bo wtedy asortyment był skromny. Ale po fajkę nie sięgałem zbyt często.
    Kiedy koledzy wdrażali się w palenie papierosów przypomniałem sobie o fajkach skrytych w szufladzie w mojej domowej ciemni. Zacząłem wtedy fajkę palić, nieomal codziennie. nadal nic nie wiedząc o całej teorii palenia, nabijania, opalania, o smakach. W tym czasie bywałem na warszawskim Kole, poszukiwałem różnych fotograficznych zabawek do eksperymentów, starych książek i zeszytów, trafiłem tam też na kilka fajek, jedną pamiętam do dziś, był to bent buldog, z wkładem z pianki- nawet nie wiedziałem wtedy że to pianka morska. Ojciec powiedział mi trochę o wrzoścu, ale nie na tyle dużo bym nie wygłupił się szukając bulw w korzeniach naszych rodzimych wrzosów.
    Tej jesieni poznałem swoją drugą zdecydowanie lepszą i ładniejszą połówkę, był 12 listopada, spadł pierwszy śnieg, byłem w kinie na Panu Tadeuszu…
    To był okres młodocianego buntu, zapuściłem długie włosy, nosiłem się ala Indiana Jones, skórzana wytarta marynarka, kapelusz no i fajka. W szkole szybko stałem się rozpoznawalny jako dziwoląg. Często na okienkach, czy w trakcie pracowni siadałem na ławce przed szkołą i spokojnie paliłem sobie aromatyczne tytonie… Ale fajka nie była dla mnie ważna, łamałem je, gubiłem, wystukiwałem popiół o obcas buta… paliłem raz po razie i ten stan trwał bardzo długo i kto wie czy wzorem bretońskiego chłopa nie trwał bym w nim do końca swoich dni, ciesząc się smakiem rumroyall w moich zapuszczonych zarosłych smołą fajkach… ale to już zupełnie inna opowieść.

    • Lolek
      Lolek
      28 lipca 2010 at 15:26

      Lubię jak coś czytam i przed oczami pojawia mi się film…
      Ja gdyby nie FMS szybko zniechęciłbym się do fajki, zresztą i tak się zniechęciłem na jakieś pół roku na początku przygody z fajką.

  8. Blacklight
    27 grudnia 2010 at 12:01

    Przywitam się i ja ;)
    Więc (wiem, że nie zaczyna się zdania od „więc”) witam Szacowne Grono Kolegów Po Fajce. Fajczarzem jestem świeżo upieczonym. Bardzo świeżo…
    Choć sam temat jest mi bliski od dłuższego czasu, bo:
    – jak mówi Żona „Szukam sobie nałogów”
    – jak mówią moja Siostra i Koleżanka „Nie jestem dziwny tylko oryginalny”
    Mimo, że przed wyborem pierwszej fajki i tytoniu łyknąłem nieco wiedzy na ten temat (głównie z tego oto portalu), byłem zdecydowany popełnić wszystkie możliwe błędy dotyczące „pierwszych zakupów”. I tak oto wybór mój padł na gruszowego churchwardena z pracowni MrBróg i tytoń Mc Lintock Black Cherry… dlaczego tak zrobiłem, wiedząc, że nie powinienem? Bo jestem „oryginalny”… I tak fajka znalazła się pod choinką…
    „Pierwszy raz”? Nabiłem tak do 2/3 komina na dobry początek (odpuszczając sobie całe to opalanie, bo gruszek podobno się nie opala?), odpalam i czekam na „katusze pierwszej fajki” zapowiadane przez doświadczonych kolegów w licznych postach. Dymu faktycznie było chyba przy dużo… ale chyba robiłem coś źle bo fajka ani nie parzyła w palce, ani dym w język… Fajka „po drodze” zgasła „tylko” 2 razy (na moje własne życzenie zresztą, bo z nadmiarem dymu postanowiłem sobie radzić dławiąc żar stopką niezbędnika), smak i zapach nie były orgiastyczne ale znośne a nawet przyjemne (w odróżnieniu od papierosów, których nie palę ale wąchać mam okazję nader często).
    Więc (wiem, nie zaczyna się od „więc”) zanosi się na dłuższą znajomość… ba, mam już upatrzoną kolejną „oryginalną” fajeczkę. I też gruszkę ;]

    • jalens
      27 grudnia 2010 at 12:18

      Więc witaj i błądź oryginalnie.
      :D

  9. roblobo
    roblobo
    25 lutego 2011 at 13:59

    Witam.
    Widzę , że się nieco pospieszyłem ale w artykule „Mono czy stereo” zamieściłem swój wpis a on również dotyczy tej tu dyskusji. Więc jeśli bedzie mi wolno częsciowo go przytoczę.
    To taka w ogromnym skrócie i bez szczegółów moja historia z fajką.
    Czytając różne opinie jakie są wygłaszane na forum , poczułem się kompletnym ignorantem i laikiem fajczarskim. No cóż , może i taki jestem. Ćmię tytoń już trzydzieści lat i nie wypuszczam fajki z zębów , choć nie zawsze była to fajka. Papieroski stanowiły spory procent tego czasu. Może to powoduje , że nie mam tak wysublimowanego smaku. Ale wracając do fajki. Pierwszą fajkę jaką zapaliłem i paliłem kilka lat , była marki Whitehall , zakupiona około roku 1970 w pobliskiej Cepelii przez mojego Ojca. Ojciec w ogóle nie palił , lecz kupił ją komuś na prezent , którego w końcu nie dał i tym sposobem ostała się mi. Prosta fajka ze skraplaczem i wkręcanym na gwint ustnikiem. Kapitalnie mi się w niej paliło , zresztą do niedawna jeszcze. Pierwsze palenie tej fajki wykonałem około 1980 roku mając lat dwadzieścia , bo dziś mam pięćdziesiąt – to tak na marginesie. Między czasie paliło się papieroski bo praca nie zawsze pozwalała na fajeczkę. W wojsku też , albo czyszczenie butów albo papieros , więc był papieros. Jak widzicie zmieniałem upodobania palacza. Z czasem dokupiłem kolejną fajkę i tak używałem ich na zmianę w zależności od sytuacji a nie od tytoni. Dawniej królowały tylko „Kapitany” , „Bosmany” i Amfory” . Amfory czerwone , żółte , brązowe i jeśli dobrze pamiętam niebieskie lub zielone. Dziś jest wybór przeogromny , lecz ja mam tylko kilka swoich ulubionych tytoni. Fajek mam sześć co prawda i na dobre każda mogła by mieś swój tytoń , lecz ja palę fajkę tą która w danym momencie mi odpowiada bo na nią mam akurat ochotę. Tytonie palę rozmaite , Aromaty , czystą Wirginię i Latakię też , jeśli mi się jej akurat zechce. W jednej fajce palę różne tytonie i owszem , zauważam różnicę , a właściwie pozostałości poprzedniego tytoniu , lecz nie wiele mi to przeszkadza a czasami nawet sprawia przyjemność. Co prawda większość moich fajek posiada wkładkę sepolitową i być może przez to nie zostaje w niej tyle aromatów. Jak wspomniałem wcześniej , fajki nie wypuszczam z zębów , no chyba że śpię. Spalam mniej więcej 50 gram tytoniu w góra trzy dni. Nie wiem czy to dużo czy mało ale tyle palę bo jestem nałogowym palaczem – fajczarzem. Dla porównania papierosów paliłem 40 sztuk dziennie , kilka lat temu , gdy ze względów nie zależnych odemnie nie miałem czasu na fajkę , a palić się chciało. Do tej pory czasem zaciągnę się fajką i powiem , że sprawia mi to ogromną przyjemność. Ale nałogowiec tak już ma. Fajka mi rzadko gaśnie , ładuję ją palcem „byle jak” i nie przywiązuję szczególnej wagi do tych czynności bo wychodzę z założenia że po prostu chce mi się palić i ma się palić. Nie przegrzewam również fajki , ale to przyszło z czasem. I jak Panowie się do tego co napisałem ustosunkujecie ? Czy jestem profanem , czy też normalnym fajczarzem ? A może jeszcze jakimś innym rodzajem palacza ? Bo fajkę traktuję głównie jako narzędzie do palenia , choć lubię popatrzeć na ciekawe egzemplarze fajek tak jak się patrzy na ładne samochody , czy ładne kobiety. Choć nie na każdy „egzemplarz” człowieka stać.
    Pozdrawiam wszystkich i ciekaw jestem Waszych opinii.

    • 25 lutego 2011 at 14:19

      Dzień dobry… może skupmy się na odpowiedziach tam, bo się zrobi bajzel…

  10. holy
    1 maja 2011 at 21:42

    Doprawdy, powinien wydać Pan książkę. Czytałam tylko część artykułów, ale z czystą przyjemnością. Od małego uwielbiam fajki, zawsze staję przed wystawami żeby je oglądać. Może dlatego, że jedno z nielicznych wspomnień z odwiedzin u dziadków to właśnie obraz fajki. Dochodzą do tego czytane w podstawówce pod ławką historie o Sherlocku. Kiedy już będę dorosła to bliżej poznam się z tym cudeńkiem, w końcu empirycznie. Takie mam małe marzenie. Tymczasem serdecznie pozdrawiam : )

  11. Julian
    Julian
    2 maja 2011 at 09:20

    holy, miło to słyszeć, i na pewno przyjemnie będzie cię zobaczyć z taką na przykład długą fajeczką B-C albo Petersona.

  12. Taki nowy
    16 listopada 2016 at 12:24

    A ja mam fajeczkę L. Walat po dziadku. Jakiś czas temu ją odnalazłem i dałem do renowacji ponieważ nie sposób było z niej palić – była pozapychana, wcześniej paliłem z niej tylko tytoń papierosowy z marihuaną:) jednocześnie nie wiedząc czym są wyciory.
    Dopiero niedawno odkryłem na czym polega palenie prawdziwej fajki. Po zasięgnięciu informacji od osób doświadczonych kupiłem jakiś tytoń do fajek za 35 zł. Nieważne jaki dokładnie. Ważne co z nim pózniej zrobiłem. Wsypałem go do słoika, wrzuciłem do niego ponacinaną laskę wanilii, gwiazdkę anyżu, suszoną śliwkę, plasterek jabłka, laskę cynamonu. Całość lekko podlałem 12 letnią whiskey. Tytoń trzymam juz kilka tygodni, codziennie odkręcam wieczko, mieszam, zakręcam i tak raz dziennie. Teraz kiedy pale fajkę aromat i smak jest dla mnie doskonały. Polecam takie ulepszanie tytoniu. W dodatku lepiej się pali bo jest wilgotniejszy
    Co do gaśnięcia fajki to fakt – czasem sie zdaży. Zauważyłem, że grunt to odpowiednio nabić. Lekko na samym dole i coraz gęściej przy górze. Trzeba też leciutko ciągnąć, W mojej fajce na początku zaciągałem sie jak papierosem. Kończyło się to bulgotaniem, przesadnym rozgrzaniem fajki i ksztuszeniem się. Cały aromat gdzies ginął.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


*