Samuel Gawith St. James Flake

3 sierpnia 2013
By

tf_sg_st_james

No i stało się: mój pierwszy tekst niebędący komentarzem. I na dobitkę – o tytoniu będącym jednym z moich ulubionych, który zawsze muszę mieć pod ręką w wystarczającej ilości. I przed oczami brawurowy tekst Jalensa z narracją lepszą niż u Ludlum’a i Clancy’ego razem wziętych… To wszystko odrobinę deprymuje. Tym bardziej, że na temat St. James Flake napisano sporo – na samym tobaccoreviews blisko sto opinii, na DAFT tez coś się znajdzie. Więc po co? Bo będzie bez metafor i zwrotów akcji, będzie konkretnie i nudno, taka techniczna recenzja. Ale może komuś właśnie coś takiego się przyda?

Producenta przedstawiać raczej nie trzeba. A sam tytoń? Virginia i perique, bez dodatków i aromatyzacji. Co do dokładnych proporcji, to zdania są podzielone, ale recenzenci są raczej zgodni, że dodatek perique jest solidny (ordentliche Portion i generous portion/proportion często przewija się w opiniach). Niektórzy piszą, że Pq jest niewyczuwalny albo jest go śladowa ilość – mi się taka puszka nie zdarzyła, ale o różnicach pomiędzy partiami tych samych blendów od SG napisano sporo, więc kto wie? Baza – czyli virginia – to coś pomiędzy Best Brown Flake a Full Virginia Flake, moim zdaniem bliżej tego drugiego, sądząc po wyglądzie flejków i smaku – ale o tym później.

Sposób cięcia to zgodnie z nazwą flake, ale – co typowe dla SG – potrzeba sporej dozy optymizmu, żeby się z tym w stu procentach zgodzić. Zależnie od puszki oczywiście, ale raczej jest to dość mocno broken flake, czasami prawie plug (trafiały mi się płatki grubości 3-4 mm), czasami część zawartości to dość równe płatki. Dla mnie to bez znaczenia, bo zawsze rozdrabniam przed paleniem. Wilgotność zaraz po otwarciu puszki duża do średniej, nie zdarzył mi się jeszcze przesuszony. Flejki są ciemne (jak FVF – a w miarę dojrzewania stają się prawie czarne), elastyczne, często sklejone ze sobą (niezbyt mocno), z ładnymi scukrzeniami na powierzchni. Przy rozdrabnianiu rwą się na długie paski; po „ukulaniu” w dłoniach nie dostajemy pyłu, tylko elastyczne wstążki.

Tin note tytoniowy, ziemisto-drzewno-skórzany – skojarzenie z FVF nasuwa mi się od razu. To drewno to raczej dąb: gorzko-pikantny i goryczkowy. Ewidentnie wyczuwalne są nuty pieprzno-ziołowe, po głębszym wniuchaniu sie z nosem przyklejonym do zawartości opakowania robi się trochę rodzynkowo, figowo i pumpernikelowo, ale w sposób nieoczywisty, taki aftertaste, w zadnym wypadku nie dominujący. Bo dominuje ziemia, skóra i dębowe drewno posypane pieprzem i chili. Żadnego Lakeland scent, nic kojarzącego się choćby z zawierającymi Pq GH Louisiana Flake (sporo czekolady i orzechów) czy Red Virginia od MacConnella (czekolada i wanilia); z kolei bardzo podobnie do SG (nie GH!)Louisiana Flake.

Puściłem z dymem około 200g tego tytoniu, to w moim przypadku dużo, bo spalam średnio tylko 3-4 fajki tygodniowo. Eksperymentowałem z różnymi sposobami nabijania, teraz stosuję dwa: rozdrabniam do postaci ready rubbed i nabijam luźno „na raz” z lekkim ubiciem po wierzchu albo formuję z rozluźnionych pasemek tytoniu 2-3 kulki i ładuję je (rownież luźno) do fajki. Sposób pierwszy pasuje mi do billiarda (nieduży GBD New Era), drugi – do bulldoga (Peterson Aran shape B5 – taki 1/4 bent bulldog, dość pojemny). Palę go właśnie w tych dwóch fajkach. Ta technika nabijania to raczej moje widzimisię niż prawda objawiona, po prostu tak mi wygodnie – snopki, kwadraciki, granulat itd. u mnie się nie sprawdziły, pewnie z powodu niewystarczających umiejętności.

Odpalanie jest umiarkowanie łatwe – nie zajmuje się ogniem jak kopa siana, ale „na 2” spokojnie się da: najpierw false light i „na czarno”, delikatne wyrównanie, 1-2 sekundowe przypalenie w centrum komina i zazwyczaj już jest dobrze. Czasami trzeba poprawić jeszcze raz – zależnie od stopnia podsuszenia tytoniu. Ja podsuszam niezbyt mocno, do postaci sprężysto-lekkogliniastej, wystarczy 1-2 godziny. Najczęściej ładuję fajkę dzień wcześniej – przy moim homeopatycznym paleniu takie planowanie fajczarskiego posiedzenia jest łatwe – wierzch się akuratnie podsusza co ułatwia odpalenie, a pod spodem (to może być tylko moje pobożne życzenie i usilna wiara, że tak się dzieje) tytoń sam się przez noc odrobinę rozpręża i układa w kominie.

Samo palenie jest bardzo łatwe. Nie gaśnie, nie bulgocze, i to chyba niezależnie od stopnia podsuszenia (!!!). Nie wiem, czy to Pq tak poprawia palność, ale FVF który z St. James Flake ma moim zdaniem wiele wspólnego, pali się trudniej. Nie stwierdziłem żadnego tongue bite, nawet gdy rozbuchałem fajkę za mocno – to już prawie na pewno zasługa Pq (vide teks Jalensa o mieleniu pogryzionym jęzorem). Fajka nie grzeje się nadmiernie, choc oczywiście dla chcącego nic trudnego. Nie trzeba za dużo majstrować kołeczkiem, żar sam się ładnie prowadzi i nie ma chęci uciekać wgłąb komina. Popiół jest jasnoszary, drobny, przy nienadmiernie szybkim paleniu nie ma w nim niedopalonych resztek. Tyle, że jest tego popiołu sporo, ja odsypuję ze 2 razy w trakcie palenia. Kondensatu jest niewiele, czasami wcale, ale nie zaszkodzi przewyciorować raz lub dwa w trakcie palenia. Zgaśnie 2-3 razy w trakcie, ponowne odpalenie „na raz” nie jest problemem.

Smakuje prawie tak, jak pachnie z puszki. Bardzo tytoniowo, trochę pikantnie. Nie stwierdziłem jakichś nadzwyczajnych eksplozji słodyczy i kwasków, ale ziemista słodycz spreparowanej na ciemno virginii jest przy wolnym paleniu jak najbardziej wyczuwalna. Od mniej więcej 2/3 fajki smak staje się bardziej konkretny, ciemny, trochę ziołowy (taki „ogólnoziołowy”, nie konkretna roślinka – Anglicy określają to jako herbal), leciutko wędzonkowy. Od czasu do czasu czuć aromat i smak kawy. Nuty pieprzowo-korzenne najlepiej wyczuwa sie wypuszczając dym nosem, działaniem ubocznym jest całkowite udrożnienie górnych dróg oddechowych. Smak – mimo że wyraźny – cały czas jest gładki i aksamitny, nie wykrzywia gęby, nie garbuje gardła. Jest pikantnie, ale kulturalnie. Najlepiej pykać delikatnie, krótkimi pociągnięciami. Tytoń i tak daje dużo aksamitnego dymu, ale palony zbyt łapczywie robi się mdły i duszący. Moc jest z rejonów górnych stanów średnich, odruch zaciągania (szczególnie u obecnych lub byłych palaczy papierosów) lepiej powstrzymać, bo tytoń potrafi kopnąć nikotyną i zakręcić w głowie. Room note do zniesienia, ale nie najprzyjemniejszy dla niepalących. Tytoniowy, ciężki, słyszałem od kogoś, że śmierdzi jak brudne skarpety… Ale nie siada na firankach, a po 2 godzinach znika. Acha – w większej fajce – u mnie to Pet – smakuje delikatniej.

Nie polecam palić St. James Flake prosto z puszki. Tytoń będzie szorstki, zbyt pieprzny, a virginia nie będzie w stanie zademonstrować pełni swoich możliwości. Po prostu zmarnujemy potencjał, który ten tytoń bez wątpienia ma. Już roczne dojrzewanie dużo daje – wszystkie nuty smakowe i zapachowe zaczynają współpracować, smak jest pełniejszy i bardziej harmonijny. Bardziej widoczne stają się akcenty ziołowo-kawowe. Nie mam na razie słoików starszych niż dwuletnie – ale różnica pomiędzy leżakowaniem rok a dwa lata wypada zdecydowanie na korzyść tego dłuższego. Czyli: kupić więcej, słoikować i wykazać się cierpliwością.

Najbardziej lubię St. James Flake w ponury deszczowy wieczór, z kuflem portera i Perfekcyjną niedoskonałością Dukaja. W słuchawkach najlepiej Lucifuge Danziga. Ta kombinacja jest dla mnie w jakiś sposób fajnie dołująca. Ale wcale taka być nie musi. Bo to obiektywnie bardzo dobry i zaskakująco łatwy w paleniu blend (właściwie to mikstura), według mnie benchmark dla VaPq. Od dłuższego już czasu jest to u mnie – na spółkę z GH Broken Scotch Cake – najczęściej palony tytoń.

Tags: , , ,

7 Responses to Samuel Gawith St. James Flake

  1. KrzysT
    KrzysT
    3 sierpnia 2013 at 22:56

    Nie ma zdjęcia (może student jakie dorobi), ale musiałem opublikować. Bo to moim zdaniem świetny i konkretny debiut. Pokazujący, że autor wie, o czym pisze i że stara, dobra, APF-owa szkoła nie szła na marne.
    Miro – przepraszam, że musiałeś tyle czekać.

  2. miro
    4 sierpnia 2013 at 01:29

    Etam. Nie ma o czym gadac. Czy wie o czym pisze… na swoje skromne mozliwosci i doswiadcznie moze i wie. A najgorsze, ze ma ze dwa drafty w poczekalni :P

  3. Boro
    Boro
    4 sierpnia 2013 at 15:40

    Tak trzymać, świetnie się Ciebie czyta!

  4. Lolek
    Lolek
    31 grudnia 2013 at 16:36

    Świetna recenzja. Właściwie nie ma co dodawać ale napiszę coś od siebie żeby uwiarygodnić spostrzeżenia autora.
    Otworzyłem 2 letnią puszkę i wypaliłem dwie fajki, reszta dalej sobie dojrzewa w słoiku. Płatki w puszce pięknie scukrzone, ciemno brązowe, miejscami czarne, łatwe do rozdrobnienia, w moim przypadku luźne i nie sprasowane mocno jak to często bywa u SG. Tutaj zdjęcie http://www.fajka.net.pl/wp-content/gallery/nasze-kolekcje/st-james-flake-174350866be224904c0e51de3c00968702db8b3b.jpg . Zapach z puszki jak najbardziej tytoniowy, przyjemny dla nosa, lekko orzechowy, trochę siana i ziół, trochę podobny do Best Brown Flaka.
    Przed paleniem trzeba podsuszyć, ja rozdrobiony płatek suszę około 2 godzin. Odpalenie proste, jak już odpalimy spala się bardzo ładnie, do końca i na szary, lekki popiół, nie ma tendencji do przygasania. Zaraz po odpaleniu czujemy słodką Va, z czasem pojawia się pikantny Perique, którego producent raczej nie żałował. Smak w trakcie palenia virginiowy, lekko ziołowy z nutą kawy. Kondensatu brak. Jeżeli ktoś lubi tytonie z Pq to polecam kupić (najlepiej więcej) i otworzyć po dwóch latach.

  5. Grimar
    Grimar
    31 października 2017 at 15:29

    Miałem okazję w Kramarzówce spróbować nowego-starego St. James. Nowego-starego, gdyż już z pod igły Gawitha Hoggartha, choć w starej ponoć formule i ciągle pod banderą SG. Żaden ze mnie kiper, ale niech mnie kulę biją – to nie ten sam tytoń! Był już rozdrobniony w słoiku, więc nie byłem w stanie ocenić jak wyglądał prosto z puchy, ale już zbyt jasny kolor zdradzał, że coś jest nie tak. Smak jakiś też taki bardziej jasny i bardziej płaski niż zapamiętałem. Z całym szacunkiem do GH, ale zepsuli to.

  6. andzejus
    31 października 2017 at 16:07

    Lubię sobie tłumaczyć, że to „taka partia” i chociaż do tej pory zdawało mi się, że jedna puszka może się zdarzyć i tragedii nie robi, to na wiosnę przywiozłem ćwierć kilo RB Pluga od SG z czeskiej trafiki i w Kramarzówce zobaczyliśmy z Jankiem, że to zupełne inny tytoń od RB Pluga, którego miał Krzysiek. Zupełnie inny, bo różnił się nie tylko kolorem (dużo jaśniejszy), wilgotnością (suchy), ale także „mydłem”. W tym suchym plugu ja wyczuwałem ewidentnie tonkowy klimat Sam’s Flake’a, ten poprawny, wilgotny miał po prostu niepowtarzalną mydlankę. No i cóż, bardziej mnie to smuci, niż „prohibicja tytoniowa.”

  7. cortezza
    cortezza
    13 listopada 2017 at 11:44

    Zacny tytuń to jest. Klasyk.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


*