Wrzosiec – fajkowy Graal cz. II

9 stycznia 2010
By

Od zlokalizowania i wykopania dobrze rokującego krzewu Erica arborea, do pierwszego wciągnięcia dymu może minąć nawet kilkanaście lat. U niektórych producentów z długą historią i tradycją znaleźć można klocki, wycięte przed dziesięcioleciami…

Kwitnący wrzosiec

Jak podaje pipesmoking.net, zanim powstanie fajka gotowa do palenia, może być wykonane do 80 specjalistycznych czynności. Dziś czyli w czasach produkcji masowej i skalkulowanej ekonomicznie, większość procesu technologicznego jest zautomatyzowana, choć – na szczęście – nikt nie zastąpi wprawnego oka i doświadczenia ludzi, którzy dokonują segregacji pociętego wrzośca.

Dzięki wzornikom i obrabiarkom, główki fajek są powtarzalne, wielkie firmy korzystają z obrabiarek programowanych komputerowo – wkłada się do maszyny odpowiedni kawałek drewna i po krótkim czasie wylatuje gotowa główka.

Oszczędza się czas, tnie się koszty osobowe i trzaska fajki przyciśnięciem guzika. Kiedyś, w czasach prawdziwego, a nie napędzanego elektrycznością hand made’u, każda fajka otrzymywała część duszy fajkarza i nabywała własnej. Wrzoścówka, o którą jej właściciel dbał i zabiegał, służyła mu całe życie, ba, służyła niekiedy i jego dzieciom, i wnukom.

Nie oznacza to, że spod komputera i obrabiarki nie wyjdzie fajka o zbliżonych właściwościach, którą zapalą z sentymentem następne pokolenia, ale produkcja masowa jest już totolotkiem, zaś klocki do masówki przygotowywane są od dziesięcioleci na skróty. Z pominięciem lub skróceniem niektórych tradycyjnych (czytaj: czasochłonnych) etapów i technik. Jak mawia jeden z moich znajomych meblarzy z Kalwarii Zebrzydowskiej, czas został zastąpiony przez dmuchawy z gorącym powietrzem i chemię…

Jednak nawet najbardziej zautomatyzowane firmy już na samym wstępie dyskryminują odbiorcę masowego – najlepsze kawałki wrzośca, te bez wad – najtwardsze, lite, z węzełkowym, ziarnistym usłojeniem – zostają pieczołowicie oddzielone i trafiają do produkcji poza linią, prawdziwie ręcznej, z tradycyjnym, czasochłonnym procesem przygotowawczym. Powstają z nich, jeśli nawet nie autografy, to przynajmniej fajki unikalne, dwudziesto-trzydziestokrotnie droższe (krotności może być znacznie więcej) od tych z taśmy.

Aby zobaczyć te różnice, trzeba poznać krok po kroku tradycyjne technologie powstawania dobrej fajki i porównać je z obecnie stosowanymi. Być może pomoże to także zrozumieć to, że wielu fajczarzy woli kupić używaną fajkę sprzed 40 lat, niż nową sprzed roku…

Od bulwy po piłę…

Poszukiwacz wrzoścowych karp zwozi je pracowicie z gór, najczęściej z pomocą osiołka i bynajmniej nie stawia ich w suchej stodole, bowiem pośpieszne suszenie może spowodować dyskwalifikujące popękanie drewna. Urobek w postaci bulwy z metrowym fragmentem „pieńka”, zostaje zakopany w płytkim rowie i zasypany ziemią. Roślina usycha w sposób naturalny, odparowując własną wilgoć przez „kominek” z pniaczka.

W dawnych czasach, zamiast kopać doły w obejściu lub w tartaku – bowiem obecnie pierwszy etap sezonowania najczęściej odbywa się właśnie tam – zbieracz „zabijał” krzew odcinając koronę drzewka i zawiązując na odziomku sznurek z charakterystycznym, „osobowym” węzłem. Ludzie mieli honor ważniejszy od pieniędzy i nikt nie wyrywał karpiny znalezionej przez sąsiada. Najlepszym materiałem tartacznym była bulwa pozbawiona „soków życia” na własnym stanowisku. Odparowywały one przez pniaczek, a także przez usychający system korzeniowy. Kopacz wyrywał bulwę po roku, a niekiedy nawet po kilku latach – i taka naturalnie obumarła karpina stanowiła materiał na najlepsze fajki.

Obecnie, czyli w czasach, gdy obowiązuje zaburzająca normalność zasada „czas to pieniądz”, pierwotny etap przygotowywania wrzośca najczęściej odbywa się w tartakach lub na specjalnych placach organizowanych przez firmy skupujące wrzosiec.

Zanim wysezonowana wstępnie bulwa trafi pod piłę, warto się jej przyjrzeć z należytą uwagą…

Najcenniejsza jest najmłodsza, wierzchnia warstwa karpiny – zwana przyrostową. Składa się z tkanki, w której w pełni czynne są jeszcze komórki przewodzące, jest najbardziej nasączona składnikami odżywczymi i minerałami. Dalej w głąb materiał stopniowo obumiera, staje się mniej zwarty, a w efekcie bardziej miękki, niekiedy nawet sparciały. W karpach liczących sobie ponad 100 lat, partie najstarsze mogą stać się nawet bardziej porowate niż pumeks, a w samym ich centrum może się znaleźć najnormalniejsza w świecie dziura.

Za starych, dobrych czasów rzetelni producenci wycinali fajki jedynie z drewna twardego, a najmiększe warstwy przeznaczali na bibeloty lub je wrzucali do pieca, dzisiaj obowiązuje w fajczarskich warsztatach „pierogowe” cięcie wrzoścowych plastrów – klocki wycina się tak, aby jak najmniej wrzośca poszło na straty. Fajkarzowi może trafić się więc egzemplarz, w którym część fajki jest gęsta i twarda, część na wpół sparciała. Jeśli linia podziału wyjdzie w kominie – to zakup jest pechowy. Czas to pieniądz. Totolotek…

Na marginesie tych rozważań, słowo o fajkach typu plateau – takie fajki powstają wcale nie ze względów estetyczno-artystycznych. Nie dlatego są droższe od fajek ze standardowym wykończeniem, bo mają aspiracje do Sztuki przez duże „S”, lecz przez fakt, że są niepodważalnym dowodem na to, iż wykonane zostały z zewnętrznej warstwy bulwy.

I znowu uwaga – mniejsze, młodsze bulwy są mniej wydajne, nawet jeśli nie sparciały od wewnątrz. Wszak mają większą powierzchnię zewnętrzną, na dodatek żywa struktura izoluje wnętrze i w pewnym stopniu zapobiega jego „korozji”.

Przez tę pośpieszność i cięcie „pierogowe”, prawda, iż fajka wrzoścowa zawsze będzie lepsza od wyprodukowanej z drewna owocowego, przestała być pewnikiem. Obrabiarka sterowana mechaniczne czy komputerowo zmieniła się, niestety w swego rodzaju maszynę losującą. Co prawda, kocki po pocięciu plastra są sortowane przez fachowców, ale czas to pieniądz i do pudełek sortowniczych wpadają bloczki o rozmaitej jakości.

Budowa bulwy determinuje cenę. Różnica może być kilkukrotna, nawet jeśli fajka „na oko” jest PRAWIE identyczna i wyszła spod tej samej maszyny. Tylko wprawne oko, poparte wiedzą i doświadczeniem, rozpozna „luźny” wrzosiec od zwartego. Pewnie dlatego fajki fatalnej jakości są zamalowywane najciemniejszymi odcieniami bejcy.

I znów uwaga na marginesie – termin „piękne usłojenie”, którym ociekają materiały reklamowe i fajczarskie fora dyskusyjne, może być bardzo zwodniczy. To najpiękniejsze często bywa efektem wykonania główki z miękkiego materiału. Duże różnice barwne – od jasności do brązów na skraju czerni – mogą budzić podejrzenie, że fajka wycięta jest ze środka wrzoścowej bulwy. To nie tylko różnica w kolorze, to może być różnica w gęstości drewna.

Pora wrócić do fajkowej technologii…

Karpina wrzoścowa jest kupowana od zbieraczy najczęściej wg wagi i wielkości. Nie bardzo wiadomo, jaka jest jej jakość, choć waga sugeruje gęstość. Tak naprawdę jednak jakość można zgrubnie ocenić dopiero po wstępnym sezonowaniu i pocięciu bulwy na plastry. Najlepsi specjaliści z tartaków nawet nie muszą na wrzosiec patrzeć – poznają stan po zapachu trocin.

Plastry trafiają do warsztatów fajkarskich, gdzie są cięte na klocki  wg potrzeb producenta, ostatnio najczęściej w opisywany powyżej sposób – tak aby było jak najmniej odpadów. Trafiają potem do specjalistów od oceny jakości wrzośca, są odpowiednio sortowane i lądują w magazynach.

Od klocka po tokarnię

Pół wieku temu i wcześniej pomieszczenia magazynowe pełniły jednocześnie funkcję sezonowni. Wrzoścowe bloki schły tam przez lata – jeszcze pod koniec ubiegłego wieku tradycyjne warsztaty, głównie specjalizujące się w produkcji fajek unikatowych lub krótkich serii, wycinały fajki z kilkunasto, a nawet kilkudziesięcioletnich klocków. Dziś takich bloczków jest coraz mniej i są coraz droższe. Wytwarza się z nich niemal wyłącznie fajki o charakterze artystycznym lub wycina ręcznie luksusowe wersje seryjnych modeli oraz pojedyncze sztuki na zamówienie.

Takie fajki mają prawdziwe metryki – oprócz standardowego opisu (wielkość, waga, kraj lub region pochodzenia bulwy, rodzaj usłojenia) – podana jest ilość wyprodukowanych sztuk, pochodzenie bulwy bywa uszczegółowione do typu stanowiska (inne są wszakże właściwości materiału ze skalistego klifu, z dzikich gór, a zupełnie inne z korsykańskich czy sardyńskich zarośli między uprawnymi polami). Rodzaj usłojenia (ziarnistość, grain) poza standardową nazwą często też wzbogacony jest o rzetelny jego opis. Jednym z najważniejszych elementów takiej metryczki jest długość naturalnego sezonowania lub podanie metody przyśpieszającej sezonowanie…

Rzecz jasna, takie certyfikaty mają wyłącznie fajki najwyższej jakości i sporządzane są „pod słowem honoru” producenta. W zależności od opinii, jaką ma wytwórca i na ile liczy się jego słowo, fajki takie osiągają kosmiczne ceny. Ktoś kto kupuje fajkę za kilka tysięcy dolarów, musi o niej wiedzieć wszytko – warunek: producent musi znać szczegóły pochodzenia klocka, nieledwie od daty skiełkowania nasionka na skalnej półce w konkretnym paśmie górskim na tureckim czy greckim wybrzeżu, a także czy sezonowanie skracał oil curing oparty na olejach mineralnych czy naturalnych, tudzież czy air curing był „poprawiany” ciepłymi nadmuchami, a jeśli tak, to w jakiej temperaturze i przez jak długo…

Prawdziwy autograf nie jest wyłącznie erupcją artystycznej fantazji właściciela fabryczki – powinien mu towarzyszyć poważny raport materiałowy. Tymczasem często bardzo drogie fajki – poza nazwiskiem mistrza i lakonicznym określeniem grain – nie zawierają dosłownie nic, co wysoką cenę by uzasadniało. Nie podaje się w ich opisach nawet kraju pochodzenia wrzośca.

Zapłacić 500 dolarów za fajkę  bez sensownych danych czy – np. w Polsce, gdzie palenie i zbieractwo jest skrajną niszą – ponad 800 zł mogą tylko pełni wiary naiwni entuzjaści oraz ludzie, których stać na swobodne szastanie pieniędzmi i picie 50. letniej whisky „z gwinta”. Fajka zrobiona „nie wiadomo z czego” nie jest tyle warta, zaś autor freehandu czy autografu najnormalniej w świecie lekceważy klienta.

Jakie znaczenie mogą mieć te informacje dla palacza fajki i czy naprawdę są one istotne?

Są bardzo ważne. Podane w katalogu czy w opisie handlowym w sklepie internetowym opowiedzą świadomemu fajczarzowi niemal wszystko o jakości wrzośca, jakości fajki. Pozwolą też z dużym prawdopodobieństwem określić trwałość, komfort i czas jej opalania, a nawet zaocznie zawyrokować, czy będzie smaczna podczas palenia.

Już  XIX w. snycerze z Saint-Claude po zapoznaniu się z próbkami korsykańskiego wrzośca stwierdzili, że to trudny materiał i wymaga długiego oraz skomplikowanego sezonowania. Szczególnie materiał przeznaczony na fajki. Deska do krojenia, bibelocik, naczynko na domowe skarby da się wystrugać z wrzośca po krótkim suszeniu. Ale sprzęt, który poddany będzie presji wysokiej temperatury, musi być całkowicie pozbawiony resztek „soków życia”, a w szczególności kwasu taninowego (garbnikowego), który podgrzany do 300 stopni Celsjusza ma obrzydliwy, gorzki smak.

Suszony naturalnie pozbywał się większości tego związku chemicznego po 15-20 latach sezonowania w magazynie. Suszenie w nadmuchu ciepłego powietrza pozwalało ten czas znacznie skrócić, ale było kosztowne. I wciąż na klocek gotowy do imadła trzeba było czekać zbyt długo. W dużych firmach zamrażane na 5-7 lat były znaczące kwoty. Koszt magazynowania i sezonowania materiału na fajki zaczynał zagrażać istnieniu firm, i to w okresie fajkowego boomu.

Klocki albo gotowe już główki fajek „dosuszano” w coraz wyższych temperaturach, aż zaczynały pękać. Wygotowywano je w wodzie i znów poddawano suszeniu w wysokiej temperaturze. Próbowano spirytusu i innych rozpuszczalników.  Wciąż trwało to zbyt długo.

W 1917 roku czeladnik siodlarski Alfred Dunhill opatentował tzw. oil curing, czyli gotowanie klocków w mieszaninie olejów mineralnych oraz naturalnych i wygrzewanie ich w ciepłym powietrzu. Oleje – dzięki naturalnej porowatości wrzośca – „wypierały” kwas garbnikowy, a wrzosiec łatwiej pozbawić można było olejów przez zwyczajne wygotowanie i wysuszenie.

Wielu fajkarzy poszło drogą wskazaną przez Dunhilla i, nie chcąc łamać patentu, opracowywali własne kąpiele. Klocki  pozbawiane bywały „goryczki” i w olejach napędowych czy opałowych, i w oliwie z pierwszego tłoczenia…

I znów za długo, za drogo. Time is money… Nawet firma wynalazcy oil-curing zrezygnowała z tego typu przygotowywania fajek. Jak podaje jar => w tym poście na fajczarze.pl, obecnie nieliczne małe wytwórnie stosują pewne warianty oil curing, np. Ashton. Ale to jest firma, która wciąż we własnym zakresie tnie na bloczki wrzoścowe plastry. Podobno jednak nowe Ashtony, to już nie to, co dawniej.

Więc wnętrze komina wydrążonego  w pośpiesznie suszonym wrzoścu zamalowuje się tzw. „prekarbonizatem”, co ponoć ma ułatwić opalanie, a nawet pozwala na rezygnację z tego procesu…

W większości nastawionych na masową produkcję firm przygotowujących i handlujących wrzoścem skraca się okres naturalnego wysychania klocków, potem je wygotowuje, by „wyprzeć” z nich tyle ile się da naturalnych substancji i suszy się je powtórnie w podniesionej temperaturze, by w końcu pozostawić je naturalnemu schnięciu. Takie ostateczne dosuszanie trwa od 3 miesięcy do 3 lat. Obecnie tylko sporadycznie te skomplikowane procedury dzieją się u producentów.

U nich najczęściej kupiony bloczek trafia na tokarkę… Ale to już zupełnie inna historia…

Wrzosiec jest materiałem trudnym jak demokracja – nie jest doskonały, ale jeszcze nikt nie znalazł nic lepszego. Wciąż więc pozostaje fajkowym Graalem.

Tags: , , ,

One Response to Wrzosiec – fajkowy Graal cz. II

  1. 18 lutego 2010 at 14:56

    Piszesz o bardzo ciekawych rzeczach… Widzisz, ja jeszcze pół roku temu o tajnikach fajki wiedziałem bardzo niewiele. Wszystko, co znajdujesz w fajkanecie, to efekt półrocznych lektur, a także rozmów, które z kolegami po fajce, głównie z W. Brytanii i Rosji, przeprowadzałem na skypie.

    Obecnie, faktycznie, 99 proc. materiału miesza się w skupie i cięciu, więc loterią bywa gotowa już fajka. Jedyną szansą na fajkę wysokiego gatunku jest wykonywanie ich wyłącznie z bloczków plateau, co niektórzy czynią, np. Duńczycy i Rosjanie.

    Więc zapewne masz rację, pisząc, że trudno jest odróżnić pochodzenie wrzośca. Nie wykluczam, że jest to niemożliwe. Zajmowałem się jednak kilka lat temu ginącymi zawodami – co prawda nie konkretnie fajczarzami i jestem skłonny uwierzyć w cuda.

    Dziękuję za komentarze, są one także dla mnie bardzo cenne i uzupełniają moje niewątpliwe luki.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


*