Amerykańska alternatywa
Nie, to nie jest tekst na temat zespołu Bad Religion, czy też wyczynów Jello Biafry - kontrowersyjnego wokalisty zespołu Dead Kennedys. Może to się wydać zaskakujące, ale to jest tekst o fajce dla początkujących. Może niekoniecznie takich na samym starcie, przed pierwszą fajką, bo tę z reguły wybiera się impulsywnie i źle – no chyba, że jest pod ręką ktoś z doświadczeniem, kto doradzi i powie co z czym.
To jest tekst dla początkujących po przejściach, którzy wiedzą, co to przypalony język. Którym zbrzydł smak aromatyzowanych budyniem tytoniopodobnych wyrobów Pana Alojzego. Którzy właśnie przepalili swoją pierwsza gruszkę (pietruszkę, a może nawet i wrzoścówkę) i są w potrzebie nabycia kolejnej fajki. Lepszej fajki.
Jeżeli potrzeba ta dalej wynika z chęci lansu i dodatkowych możliwości związanych z wyrywaniem klubowych lachonów, proponuję zaniechać dalszej lektury. Każda wybrana w trafice fajka będzie dobra na taką okoliczność. Najlepsze „tytonie” w tej sytuacji, to te desygnowane dla niemieckich emerytów, np: Timm No Name, Da Vinci, Olaf Poulson 88. Przy okazji polecam pamiętać, że żeby być, jak Samwise Gamgee w kilkadziesiąt lat po zniszczeniu Pierścienia, nie wystarczy palić w churchwardenie. Trzeba również zadbać o nogi. Hobbici nie używali obuwia. Mieli stopy twarde i kudłate.
Wróćmy jednak do fajki. Prawdziwej i dla prawdziwego fajczarza. Bo prawdziwy fajczarz szuka smaku. Smaku palonego tytoniu. Aby ten smak wydobyć potrzeba dysponować pewną fajczarską sprawnością, posiadać dobry tytoń i porządną fajkę. Bo jak pisał (a i pewnie stale tak mawia) legendarny Rotm – „Fajka, jak kobieta. Dobrze, gdy ładna. Musi być dobra!”
W dzisiejszych czasach o dobrą fajkę trudno. Szczególnie, gdy kieszeń mniej zasobna. Gdy nie stać człowieka na highgrade’owe dzieła sztuki, ani na highend’owe fajki seryjne, a fajkarstwo z półek średnich od trzydziestu lat systematycznie lezie na psy i puka w dno od spodu. Fajek z półek średnich się nie produkuje. Je się sprzedaje.
I nie ma co dawać się zwodzić doradcom, którzy pokazują nowy, gotowy wyrób za 120PLN i próbują wmawiać, że to świetna fajka, bo znakomicie smakuje w niej NoName. NoName będzie smakował tak samo nawet w sośnie (przesadzam! No, ba! Fajek z sosny się nie odpala. Pod żadnym pozorem!). Mocno generalizując: mocne aromaty można palić w czymkolwiek, do lżejszych, do Latakii wybierać raczej wrzoścówki. Do czystych Virginii wybierać najlepszy posiadany wrzosiec! Nie wspominam tutaj o piankach – to dla mnie na razie lądy nieznane. W piance, tej z kawałka, ponoć można wszystko. I wszystko smakuje wybornie.
Oczywiście to wszystko, co powyżej, nie oznacza, że nie można wśród nowych fajek z półek niższych odnaleźć egzemplarzy przyzwoitych. Można, ale raczej szału nie ma. A wiele trzeba samemu poprawić – prekarbonizat, bejcę (przynajmniej) w kominie, lakiery, pokosty, mastyksy na zewnętrznej części główki, za wąski (musi mieć min. 3mm; optymalnie 3,2), a i często zbyt wysoko nawiercony kanał dymowy. A wszystko to dodatkowe koszty, do tej świetnej brujerki za 120PLN.
Fajkowe wygi robią troszeczkę inaczej. Dawno już machnąwszy ręką na teraźniejszą produkcję, szukają fajek starych (najlepiej takich, które powstały przed rokiem 1960), restaurują je lub tylko uzdatniają i cieszą świetnymi fajkami za stosunkowo niewielkie pieniądze (to stosunkowo, w przypadku niektórych marek może wynosić również ponad 1000 PLN). A czemu te stare fajki takie cenione? Bo robione przez bardziej uważnych rzemieślników, z lepszego surowca. A nawet jeśli z niekoniecznie lepszego, to wiek sam w sobie zapewnia swego rodzaju wysezonowanie. A to ma kolosalny wpływ na smak.
Idźmy zatem śladem fajkowych wyg. Ale zostawmy w spokoju Dunhille, Charatany, Comoye sprzed 60 lat, bo będą to fajki dość drogie. Spróbujmy poszukać przyzwoitych fajek w granicach 100PLN. Są takie – amerykańskie.

Mam w domu jedną fajkę WDC. Kosztowała 26,89 dolara (z kosztami wysyłki), pół flaszki spirytusu, trochę papieru, kilka godzin i parę odcisków. Jest niezła. Ma co prawda nieco oszpeconą główkę, ale w mojej opinii zyskuje tym na charakterze. Dodatkowo jestem pewien, że materiałowo przerasta współczesne Petersony po 300PLN (Rotm i jar zdatowali ją na koniec lat dwudziestych ubiegłego stulecia).
A przecież takich WDC (przeważnie Wellingtonów) na e-bayu na pęczki. Oczywiście one przeważnie nie mają stright graina, ani zbyt wielu pawich oczu. Okucia też raczej srebrzone, nie srebrne. Ale ,u licha, to są fajki, które pochodzą zazwyczaj z najlepszego wrzoścowo okresu. Owszem, ich rówieśniczki z Europy są ładniejsze, z lepszej części bulwy, ale są też dwu, trzykrotnie droższe.
Co ciekawe, firma WDC przestała istnieć w 1973 roku, a to oznacza, że niemal wszystkie wyprodukowane przez nią fajki są „dobre”! Uwaga! Wellingtony podobno produkowano jeszcze nawet w latach 80 – tych bym się raczej wystrzegał. Mam taką prywatną teorię, że lepsze są te, które mają obrączkę ze znakami „pseudoprobierczymi”.
Warto zwrócić uwagę, że oprócz WDC jest jeszcze wiele innych starych amerykańskich marek (kolejne przykłady to: Wally Frank, KBB). Dla niektórych fajki produkowali znani i cenieni europejscy wytwórcy, jak Charatan, Sasieni, GBD. I mam świadomość, że nie odkrywam tu Ameryki. Bo ona już dawno przez Kolumba i amerykańskie fora fajkowe…
Może warto, gdy ma się pieniędzy mniej, sprawdzić właśnie te rejony. I zamiast nowego Petersona kupić sobie dwie nieużywane fajki (bo takie też się zdarzają) Royal DeMuth.
Ja wiem, że brzmienie nie to samo… ale akurat o brzmienie chodzi tutaj najmniej.
| Zaszufladkowany w kategorii Fajka w teorii w dniu 3 marca 2010 , 23:03 |






„Przy okazji polecam pamiętać, że żeby być, jak Samwise Gamgee w kilkadziesiąt lat po zniszczeniu Pierścienia, nie wystarczy palić w churchwardenie” – zaplułem monitor. Zabijasz! Dziękuję!
Bardzo dobry artykuł na ważny temat:) Stare amerykanki to świetne fajki, zarówno te trochę tańsze (które za swoją cenę często biją na głowę współczesną produkcję), jak i te droższe (które spokojnie mogą konkurować z najdroższymi europejkami, kosztując ułamek ceny). Pamiętajmy też, że pierwsze fajki KBB (później Kaywoodie) były produkowane w tym samym czasie co pierwsze fajki Henriego Comoya, a logo z koniczynką zostało zastrzeżone ledwie 5 lat później niż BBB- najstarsze zastrzeżone logo fajkowe. Także to nie tylko świetne fajki użytkowe, ale też kawał historii.
Parę tygodni temu postanowiłem się bliżej przyjrzeć sprawie owej alternatywy. Zarejestrowałem się zatem na ebayu i począłem szukać. Sporo ciekawych egzemplarzy uciekło mi sprzed nosa, bo albo z wysyłką za drogo, albo akurat byłem w trakcie siania fermentu na allegro…Ale pół godziny temu w końcu się udało. I już nie mogę się doczekać, aż fajka, na którą wydałem resztki zasobów na koncie, trafi w moje łapska.
Alan, a co na fajce napisane?
Wally Frank
Jakieś zdjęcie będzie?
[auctiva.com]
Martwi mnie ta ryska przy słowie „briar”…
Owszem, jest to mankament tej fajki – małe pęknięcie. Sprzedawca jednak zapewnił, że nie jest ono groźne. Zresztą, w razie czego to zaobrączkuję.
A z ciekawości ile cię kosztowała ta alternatywa? Pytam bo nie prezentuje się zbyt ciekawie, martwi stan komina wewnątrz i ogólna słaba wyględność.
Przez zaobrączkuje rozumiesz okucie całej szyjki?
Ustnik wydaje się być bardzo luźny, może czop był złamany i naprawiany?
Ja bym się nie porwał na taką fajkę. Ale może będziesz miał szczęście
Sprzedawca napisał mi spore wypracowanie na temat szczegółowego stanu fajki. O wszelkich ewentualnych poprawkach będę myślał, jak już ją dopadnę. A kosztowała mnie ona sześć i pół dolca.
Janek, mądralo, nie obrzydzaj koledze, bo i tak już jest po ptokach. Trzeba było mu to wszystko napisać przed zakupami. Wtedy byłbyś Gość ;+).
Tak z ciekawości – kupujesz fajki przez internet? Wszystkie były takie, jak myślałeś? Żadnej skuchy?
UkłonY,
Wtedy byłbyś Gość
Gdyby Paweł zdecydował się pochwalić zakupem przed zakupem, pewnie było by to prostsze. Życzę mu jak najlepiej, napisałem jedynie że w tej fajce coś mi się nie widzi i że ja bym po nią nie sięgnął.
Żadnej skuchy
Kupuje i rozczarowałem się raz na kilkadziesiąt,na samym początku mojej przygody z zakupami przez internet, kupiłem coś czego w ogóle nie powinienem oglądać.
No, gdyby się pochwalił, to byłoby za łatwo, izynt it?
Mrugam,
y,
Co takiego?
O skuchę się nie boję, a nawet jak będzie – majątku fajka nie kosztowała. Zresztą jak dotąd żadna wtopa mi się nie przydarzyła, więc oby tendencja się utrzymała.
A już na pewno mi nie obrzydzicie tego zakupu
„to te desygnowane dla niemieckich emerytów, np: Timm No Name, Da Vinci”
hej, ja mam 22 lata, Polakiem z krwi i kości, i bardzo lubię Da Vinci
Trudno, nic Ci na to nie poradzę… każdy ma jakiegoś bzika.
Oprócz wyrobów tytoniopodobnych istnieją na świecie również prawdziwe Tytonie Fajkowe.
Wybór leży po stronie konsumenta.
UkłonY,
Eee, żeby zaraz wyrób tytoniopodobny? Toż to jakiś radykalizm. Może toto i jest trochę płaskie, ale za to rozkosznie słodkie, na deser w sam raz.
Swoją drogą, kiedyś przez pomyłkę wziąłem w sklepie złą paczkę – i potem okazało się, że miast sera kupiłem produkt seropodobny (bo jeśli ktoś nie wie, to niech już wie, że takowe istnieją) – i to było coś, czego jeść się absolutnie nie dało. A Da Vinci popalać się da, i to nawet z przyjemnością.
A próbowałeś aromatów z wyższej półki? Erinmore Mixture? Coś Ser Jacopo? Nawet Stanwelle już bardziej? Chocolate Flake od SG?
Ja lubiłem TNN dopóki nie spróbowałem czegoś innego, o wiele wyższej jakości. Rozumiem reakcję yopasa, w porównaniu z innymi produktami, Da Vinci może okazać się naprawdę słaby (choć akurat tego nie wiem, bo jego nie paliłem). Z drugiej strony nie przesadzajmy z ortodoksją. Jak komuś smakuje, niech pali.
Próbowałem stosunkowo niewiele, bo staż mam ledwie trochę ponad roczny, a palę mało – wiec i mało mi schodzi. Zdążyłem już wszakże zostać wyznawcą SG Black Cherry i polubić Stanwelle, zwłaszcza Melange – ale jak się to ma do tego, że lubię zapalić tego Da Vinci czy co innego obleśnie słodkiego? Przecież to, że wielbię czekoladę Lindta z chili nie znaczy, że muszę od razu czuć odrazę do Milki czy nazywać czekoladopodobną, tak jak zamiłowanie do Borgesa nie sprawia, że Stephena Kinga uważam za papier toaletowy – stąd się poczułem nieco zbity z tropu.
oj, przepraszam, ze odpowiedź nie w wątku, źle kliknąłem
No i przyleciała koperta z fajką. Poza wspomnianym pęknięciem na szyjce (które okazało się płytsze niż myślałem) jest jeszcze płytka skaza w kominie, ale niegroźna jak na moje oko. Ustnik ładnie zdezynfekowany, jeszcze tylko go wypolerować i wypucować główkę, bo jest upi*****ona jak stół Durczoka…
Takie pytanie jeszcze: na szyjce fajki, równolegle do krawędzi ustnika jest wybite „ITALY” – nie mam aparatu w tej chwili, więc ciężko o zdjęcie. Ktoś wie czemu takie coś widnieje na fajce amerykańskiej produkcji? Oznaczenie skąd pochodzi klocek?
Tak, może to być pochodzenie wrzośca, z którego zrobiona jest fajka, bo on chyba w Ameryce nie rośnie… ale! Wally Frank to jest taka marka, pod którą sprzedawano wytwory różnych europejskich producentów. Stąd moja początkowa ciekawość, bo skrycie liczyłem, że trafił Ci się stary Sasieni albo Comoy…
UkłonY,
Wally Frank faktycznie była siecią trafik, która zamawiała dla siebie fajki u wielu znanych producentów. Jednak wydaje mi się, że lepiej te fajki postrzegać trochę inaczej niż własną produkcję tych firm. Fajki robione na zamówienie (pod cudzą marką) były często produkowane od początku jako odrębna linia, czyli w swoim własnym standardzie. Przez to, od fajek Wally Frank nie można oczekiwać, że będą zawsze tak dobre jak główna produkcja produkującej je firmy z tego samego okresu. Oprócz tego Wally Frank były robione przez różne firmy, więc siłą rzeczy poziom był różny. Np. fajka Alana najprawdopodobniej była wykonana przez amerykańską firmę Weber. Z kolei wpisując dzisiaj na ebayu „royal anzao” znajdziemy fajkę Wally Frank wyprodukowaną najpewniej przez Comoy’s (może ktoś się na nią skusi, cena jest przyzwoita).
To wszystko nie zmienia faktu, że jest sporo prawdopodobieństwo, że trafi nam się fajka na bardzo przyzwoitym poziomie.
Gratulacje , pyszna fajeczka.Mam coś podobnego z ebay nazywa się toto Arthur Morris Bolton . I też była zapuszczona jak szkocka chałupa…
Popracujesz , będziesz miał cudeńko…
Zatem – goł , Alan , goł…
[...] 02. Amerykańska alternatywa [...]
[...] 02. Amerykańska alternatywa [...]
Palę fajkę 50 lat.przez moje ręce przeszło 4000 fajek z całego świata w tym także z USA pamiętam fajki sign:Iwan Ries i Kriswill paliły się OK ale…wygląd,usłojenie bruera nie powalały.BARDZO DZIĘKUJĘ ZA TO ŻE JESTEŚCIE SIC!!!DLA MNIE ARTYKUŁ BOMBA.Pozdrawiam wszystkich miłośnków fajki,rzecz jasna przez błękitny aromatyczny dymek nie wyciągając fajeczki z ust…wasz fan JKM
Iwan Ries to sławna, do dziś istniejąca nowojorska trafika,
[iwanries.com]
która, jak i inne dobre trafiki, oferowała a może i nadal oferuje fajki wykonywane na zamówienie przez dobrych producentów a sygnowane własnym oznakowaniem. Znamy to z takich trafik jak The Owl z USA a z Wlk Brytanii Astley’s, Fred Tranter czy inni.
Kriswilla pamiętamy, to od pewnego czasu nie istniejący duński producent, oferujący bardzo przyzwoite fajki na poziomie np. Stanwella.
Iwan Ries to z Chicago nie NY.
Pozdrawiam
Bardzo serdecznie dziękuję za korektę mego blędu. Oczywiście Chicago, nie New York. Myślałem jedno, napisałem drugie. Typowy przyklad dekoncentracji, znam temat i miejsce – wstarczy popatrzeć w przytoczony przeze mnie link. Raz jeszcze dziękuję i przepraszam.