The Jolly Joker

15 września 2011
By

The JOLLY JOKER.
Niemiecka mieszanka od Dan Tobacco.

Najpierw przyjrzyjmy się grafice na pudełku – stylizowana na Jokera z talii kart. Joker gra na nosie dając znak, że zrobił małego psikusa. A i owszem, ale o tym za chwilę…

Spójrzmy na marketingową notkę na odwrocie pudełka – Czarno-złota mieszanka z dodatkiem aksamitnie miękkiego Black Cavendisha, czerwono-brązowej Virginii i odrobiny Burleya. Przyprawiona delikatnym aromatem marcepanu, orzechów i szczyptą wanilii. Podczas palenia stonowany, migdałowy smak. No i tutaj wychodzi na jaw pierwszy żarcik.

Po otwarciu pudełeczka widać Va na pierwszy rzut oka, Black Cavendish również całkiem sporo, ale Burleya jak na lekarstwo – prawie niewidoczny. Ogólnie proporcje w mojej puszce podsumowałbym tak: 52% Black Cavendish, 46% Va, 2% Burley.

Idziemy więc dalej. Aromat marcepanu – tak, on uderza w nasz nos w chwili otwarcia pudełka, po chwili zaczyna być wyczuwalny delikatny aromat orzechów i… i tyle. Aromat marcepanu jest tak mocny, że nawet jeśli jest w składzie aromat waniliowy – nie sposób go wyczuć.

Moje pierwsze skojarzenie zapachowe to batoniki marcepanowe firmy Tesco – mimo, że są niemal topione w czekoladzie, to zapach marcepanu jest tak intensywny, że czekolady nie sposób wyczuć. Ja osobiście uwielbiam zapach marcepanu i nawet lubię te Tescowe batoniki, więc ruszam dalej z recenzją.

Tytoń w fajeczce ubija się ładnie, jest dość sprężysty, choć jak na mój gust trochę zbyt suchy, ale do puszki włożę mokry wacik dopiero po napisaniu recenzji – w końcu powinna być o tym, co się otrzymuje w puszce, a nie tym co w puszce zrobimy sami.

Rozpala się bardzo ładnie – ku zaskoczeniu górna warstwa spopiela się na biało. Gęsty i wyrazisty, średnio nikotynowy dym, w którym czuć Virginie i Cavendisha.

Jeśli chodzi o dodatek smakowy – marketingowcy nie skłamali – czuć migdały. Co więcej – nie mam bladego pojęcia w jaki sposób udało się to osiągnąć, ale czuć migdały, a nie zapach/smak migdałowy. Naprawdę ciekawe uczucie, gdyż z każdym pociągnięciem – niezależnie czy w fajce z filtrem, czy skraplaczem, niemal czujemy się, jakbyśmy jedli migdały. Jest to tak dosłowne uczucie, że przez kilka minut mieliłem językiem i przełykałem ślinę, gdyż prawie czułem na języku pył migdałowy, który osiadł podczas gryzienia migdałów.

Smak jest tak idealny, że ciężko się powstrzymać od odruchowego gryzienia wyimaginowanych migdałów. Pierwszy raz spotkałem się w jakimkolwiek aromacie z tak doskonałym oszukaniem mojego zmysłu smaku i za to należą się gromkie brawa.

Zapach pozostawiany za nami jest zapachem pieczonych ciasteczek marcepanowych (przynajmniej wg osób, które weszły do mojego gabinetu podczas pisania tej recenzji).

Jeśli obawiacie się, że mieszanka jest zbyt słodka – rozwieję wasze wątpliwości – można o niej powiedzieć wszystko oprócz tego, że jest słodka. Już bardziej słodkim w smaku tytoniem jest SG Grousemoor.

Mimo dwóch psikusów od błazna (ilość Burleya i niewyczuwalna wanilia) zdecydowanie polecam tą mieszankę aromaciarzom ze względu na jej wysoką jakość, osobom nie palącym aromatów również można ją polecić w celu chwilowej zmiany smaku i poczucia wyimaginowanych migdałów na języku, a brak słodyczy będzie dodatkowym atutem.

Kończąc swoją pierwszą recenzję tytoniu kończę i fajkę nabitą Jolly Jokerem. Dopaliła się do końca pozostawiając w fajce biały, suchy popiół – co jest niezwykłą rzadkością wśród aromatów. Nie spowodowała u mnie co prawda ochoty na zrobienie jakiegoś żarciku, ale udało jej się jedno – idę do sklepu po batonik.

Tags: , , , , ,

22 Responses to The Jolly Joker

  1. Alan
    15 września 2011 at 01:10

    Palilem raz czy dwa. Faktycznie byl tam marcepan, duzo orzechow (to pewnie przez burleya, ktorego jednak mocno czuc), ale calosc sucha jak pieprz. Zero slodyczy, jakbym wciagal aromatyczny popiol. Z tego co pamietam to dobrze smakowal z kawa.

    dopiero po napisaniu recenzji – w końcu powinna być o tym, co się otrzymuje w puszce, a nie tym co w puszce zrobimy sami.

    A warto, warto…

    • tarabaz
      tarabaz
      15 września 2011 at 02:16

      No to miales szczescie bo u mnie burley w puszce to chyba tak tylko zeby byl. To dowodzi, ze orzechy i migdaly nie sa od niego. W jednym ze swoich komentarzy do innej recenzji wlasnie pisalem, ze to moj tyton do porannej kawy :D
      Po nawilgoceniu pali sie o wiele chlodniej i przyjemniej, w koncu czuc troszke tej wanilii. Nie mam pojecia czemu tak suchy ten tyton…

      • jalens
        15 września 2011 at 10:05

        Jak Ty optycznie odróżniasz burleja od wirginii? Zazdroszczę, ja tego nie umiem, „na oko” burley niczym się nie różni od brunatnej Va. Dodatek Red Virginia odpowiada w tym tytoniu za wytrawność smaku, brązowa Va nie jest nadzwyczajnych lotów, to standardowa bazówka. Ta trudno wyczuwalna wanilia ma za zadanie z przeciętnej wirginii wyciągnąć jej wszystkie dobre cechy – to stały zabieg M. Apitza, blendera DTM; doskonałej jakości madagaskarska bourbon vanilla podnosi walory każdej wirginii. I tej najlepszej, jak w Gold Mysore i tej przeciętnej, jak w opisywanej przez Ciebie mieszance. Burleya jest, moim skromnym zdaniem, ok. 40 proc., może nawet połowa. Ten akurat jest niezłej klasy. Jest, jako bardzo chłonny i trzymający aromaty, odpowiedzialny zarówno za naturalny, migdałowy posmak, a także za ten marcepanowo-orzechowy smak całości. Idealnie nasiąknął sosem, którego Niemcy do mieszanek aromatycznych nigdy nie skąpili podczas cavendishowania. Bo cavendish to zapewne także z burleya, oszczędni Niemcy niezwykle rzadko drugiej fermentacji poddają o wiele droższe wirginie.

        DTM przez lata była krytykowana za spory dodatek glikolu propylenowego w końcowej fazie preparacji mieszanek, czyli przy tzw. szprejowaniu. Glikol pełni dwie role w blendach typu „new taste” (jest u nas artykuł Belliniego o tej, na szczęście obumierającej w Europie, amerykańskiej drugstorowej idei) – po pierwsze, idealnie rozpuszcza i przenosi wszelkie sztuczne aromaty, czyli chemicznie otrzymywane estry, po drugie, znakomicie utrzymuje wilgoć.

        Skoro tytoń jest suchy, to jest szansa, że Niemcy już nie leją do tytoniu tyle glikolu, co kiedyś i bardziej operują smakiem sosów podczas cavendishowania, a nie podczas „napsikiwania” tytoniu przed pakowaniem blendów. Oznacza to też, że proces kawendiszowania, czyli druga fermentacja, dobiegła końca pod prasami i tzw „cake” zostało poprawnie wysuszone. DTM było kiedyś oskarżane także o to, że tytoń od nich „dofermentowywał” w puszkach i torbach. Niemcy powiększyli i zmodernizowali fabrykę, pobudowali magazyny i sami zapewniają, że zmienili „filozofię”.

        Dofermentowująca mieszanka długo utrzymuje wilgoć, suchy burlejowy kawendisz z małą ilością glikolu schnie bardzo szybko… To wszystko na plus dla DTM. Na minus – wybór puszki. O ile zakręcane blaszaki są szczelne, o tyle szczelne pakowanie w „prostokąty” wychodzi jedynie Gawithowi na blisko stuletnich maszynach.

        • yopas
          15 września 2011 at 10:21

          z gawithowymi też różnie to bywa… ja, tak w razie niemca, wszystki gawithy pakuję do słoików, zaraz po zakupie.

          • tarabaz
            tarabaz
            15 września 2011 at 10:36

            co do gawithy to najbardziej dla mnie problematyczne tytonie… przy otwieraniu. prawie za kazdym razem musze podwazac nozem a pozniej pudelko sie wygina i tez do sloikow idzie.

        • tarabaz
          tarabaz
          15 września 2011 at 10:28

          dzieki za bardzo rzeczowy komentarz. jednak w mojej puszce bylo bardzo malo burleya. mam nadzieje, ze to tylko ta puszka – zobacze jak przyjdzie do mnie w torebce.

  2. yopas
    15 września 2011 at 09:18

    O. I takiej działalności potrzebujemy. Dziękuję, nawet jeśli nie czuję się przekonany… i niech każdy pali, jak mu się podoba.
    UkłonY,

    BTW:
    czym różni się burley od virginii na pierwszy rzut oka do puszki?

  3. tarabaz
    tarabaz
    15 września 2011 at 10:32

    na pierwszy rzut oka sie nie rozni zbyt wiele – ja w laboratorium sprawdzam pod mikroskopem losowe dwadziescia wlokien. a najlepsza metoda rozpoznawania nawet w czarnej mieszance ile jest tytoni to wziecie kilku paskow tytoniu i „nagryzienie” ich jedynkami – po smaku i twardosci da sie zobaczyc roznice. nie mowie oczywiscie, ze moja zebowa metoda jest doskonala (bo kilka razy sie pomylilem – glownie przez egzotyki), ale jest to zawsze cos. natomiast mikroskopowa polecam kazdemu. wystarczy juz mikroskop z powiekszeniem 300x zeby zobaczyc roznice w lisciach.

    • jalens
      15 września 2011 at 10:49

      Jest całkiem sporo odmian, głównie tych bazowych, o których zaklasyfikowaniu do wirginii czy burleja decyduje sposób sprzętu z pola i metoda suszenia. Botanicznie to te same rośliny.

      Witaj wśród współpracowników.

    • sat666sat
      sat666sat
      15 września 2011 at 19:50

      Już wiem, co sobie na gwiazdkę zarzyczę – mikroskop zamiast fajki lub tytoniu – a tak powaznie to całkiem ciekawa metoda. Sam tytoń paliłem kilka razy i mnie smakował – dostałem całkiem sporo w puszcze od jazz59. Jak dla mnie ładny aromat – tylko te nieliczne badyle…

  4. tarabaz
    tarabaz
    15 września 2011 at 14:37

    tu sie zgodze, ale z reguly sa roznice pomiedzy odmianami w jednej mieszance. to co jest burleyem a virginia z reguly botanicznie jest dwoma gatunkami. aczkolwiek zawsze sa odstepstwa od reguly. witam i ja :)

    • yopas
      15 września 2011 at 14:46

      Botanicznie, to gatunek nazywa się tytoń szlachetny (Nicotiana tabacum) w obrębie którego odmianami są virginie, burleye i inne marylandy…

      • jalens
        15 września 2011 at 16:06

        Nie brnijmy w to już… Pewności siebie nie brakuje Tarabazowi – w poradnikach klasyfikatora tytoniu, zarówno polskim, jak i wydawnictwach amerykańskich, podane są techniki klasyfikacji w powiększeniach oraz ostrzeżenia przed przeświadczeniem, że niektóre burleje można po pocięciu wzrokowo odróżnić od niektórych wirginii…
        A marylandy to botanicznie najczęściej Nicotiana macrophylla…

        • yopas
          15 września 2011 at 17:17

          no patrz, a ja cały czas myślałem, że to jakiś, kolejny burlej. niech mu macrophylla lekką będzie ;)

          • yopas
            21 września 2011 at 11:17

            a ja sobie doczytałem, iż maryland to tak, jak Jacek napisał Nicotiana macrophylla, czyli
            Nicotiana tabacum L. var. macrophylla, czyli po ludzku odmiana tytoniu szlachetnego.
            :)
            I jeszcze coś dla prawdziwych, tytoniowych geek’ów.
            Smacznego!

            Ps. Chociaż z przytoczonego wyżej linku wynika, że to wszystko są odrębne gatunki (species), nie odmiany. Może jakiś biolog by wytłumaczył, jak to z tym tiutuniem jest? Bo ten brak konsekwencji jest dość hm… denerwujący.

            • jalens
              21 września 2011 at 17:08

              Paweł to jeszcze bardziej skomplikowane niż z trocią i pstrągiem potokowym. Bo, po pierwsze, po wprowadzeniu genetyki do stystematu w grobie przewraca się Linneusz, a jego tabela na uczelniach przyrodniczych… Pod drugie, w świecie podróbek i mistyfikacji w używkach poplątało się kompletnie nazewnictwie i nawet największym blenderom zdarza się pieprzyć bez sensu, a jak to w końcu wydrukowane zostanie na poprawkach marketingowców, to prawdy już nie dojdziesz.

              Fakt z faktem, odmiana Maryland wyselekcjonowana została z wielkolistnego tytoniu przywiezionego do Maryland w Ameryki środkowej, konkretenie z okolic dzisiejszego Kanału Panamskiego. Obecnie najlepsze marylandy produkuje się – podobnie jak yenidje – w okolicach Shenzen w Chinach. A to już plącze tzw. prawdę obiektywną w rzeczywistość skomplikowaną jak alfabet mandarynów.

              Jak mawiają w sferach marketingowych – to nie brak konsekwencji, lecz rynek idiotów. W rozumieniu, że prawda szukana jest na opakowaniach towaru.

  5. 3promile
    4 stycznia 2012 at 21:11

    Nabyłem, nabiłem i… i wydaje mi się, że kupiłem ten tytoń dwa razy – pierwszy i ostatni. Do bólu mdłe hipermarketowe ciacho z dwuletnim terminem trwałości. Nie mam ani stażu ani specjalnie wyczulonych zmysłów – pozostanę przy virginii.

  6. 20 lipca 2012 at 13:49

    Wielkie rozczarowanie ;/ Bardzo gorzki w moim odczuciu, w smaku przede wszystkim czuć było orzechy, marcepanu tyle, co kot napłakał. Poza tym strasznie mi się grzał. Ale fakt, spopielał się ładnie, co jest chyba jego jedyną zaletą.

  7. Czubek
    26 grudnia 2012 at 23:57

    Mi smakował bardzo i co jakiś czas wraca na moją półeczkę tytoniową. Możliwe, ze przez sentyment, bo to jeden z tytoniów-prezentów od mojej o wiele lepszej połówki, z czasów gdy zaczynałem studia.

    Fakt, jest odmienny od większości tytoniów fajkowych. Przyznaję, że to w nim lubię – tę prostotę, jak w dziób strzelił. Poza tym jest wyjątkowy dla mnie pod jeszcze jednym względem – nie spotkałem jeszcze tytoniu o takim zapachu. Czuję marcepan, czuję migdały, mam wrażenie, że trochę orzechy gdzieś na horyzoncie wysyłają sygnały.
    Pali się czysto, do końca. Grzeje, jak to tytoń – w końcu się coś w kominie pali ;P Ale nigdy nie zrobił mi brzydkich niespodzianek.

    Choć ja nie jestem na tyle ogarnięty, by porównywać ile procent Black Cavendisha dostaję w paczuszce. Bierę, ładuję, palę. I ten tytoń paliło mi się bardzo dobrze. Jednak trzeba wziąć pod uwagę, że jest to tytoń BARDZO specyficzny.

  8. kusznik
    kusznik
    23 stycznia 2013 at 22:43

    Nie jest źle, ale trochę więcej obiecuje niż daje.
    Choć nauczony już doświadczeniem z Gold of Mysore dam mu szansę-w słoik i do spiżarni na pół roku! Bo Gold Mysore na początku mnie rozczarował, a po pobycie w słoiku rozwinął skrzydła (przynajmniej dla mnie).

  9. Marek Juzwa
    juzwa
    24 stycznia 2013 at 11:06

    Kupiłem ten tytoń zachęcony przez miłą panią w trafice. Pierwsze palenie i wydał mi się taki – nijaki, słodko-gorzki. Poleżał w słoiku 3 miesiące na piwnicznej półce i zabrałem go teraz na mazurski, zimowy wyjazd. Odzyskał smak i miło czuć tę delikatną słodycz. Teraz to poranny tytoń, palony w gruszance własnej roboty. Tak się fajnie komponuje kiedy rano na dworze mróz a w kominku wesoło trzaskają dębowe szczapy.

  10. kusznik
    kusznik
    25 stycznia 2013 at 09:51

    Nie dawał mi ten Joker spokoju.Jak wcześniej napisałem , „zasłoikowałem” go z myślą o dłuższej kwarantannie, ale…postanowiłem jeszcze zaeksperymentować.
    Wyjąłem ze słoika dwa „skuby” (to taka moja miara) i połączyłem z dwoma analogicznymi „skubami” Bill Bailey`s Balkan Blend.Wstrząsnąłem,nie zmieszałem.Nabiłem starannie świeżo odnowioną wrzoścówkę, rozpaliłem równie starannie i…TO JEST TO! Niebo w gębie, zaintrygowany wzrok Lepszej Połowy,idealne współgranie smaków… pyk, pyk, pyk….TO JEST TO!
    I dzielę się tym swoim wrażeniem z Wami,Szanowni! Może komuś z Was też „zagra”?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


*