Palenie w ciemno – Johny Quest oraz Tajemniczy Don Pedro z Krainy Deszczowców

12 lipca 2014
By

Pigpen quest Ralph

Dawno, dawno temu, kiedy byłem młody i głupi, zamówiłem sobie we Włoszech pizzę frutti di mare. Nie pamiętam już, czego oczekiwałem, pewnie szczypty jakiejś śródziemnomorskiej egzotyki, ale to, co dostałem, przerosło moje najśmielsze oczekiwania. Otóż przyniesiono mi leżącą na wielkim naleśniku ogromną ośmiornicę. Blado-fioletowy kraken, z głową jak bania i bezwładnie rozcapierzonymi na wszystkie strony mackami. A na każdym odnóżu długie, podwójne, momentami potrójne, czy wręcz poczwórne szeregi okrągłych przylg, którymi to-to obłapia i przytrzymuje swoje ofiary. Sam wtedy poczułem się jak jedna z nich.

Popatrzyłem na obrzydlistwo z niedowierzaniem: to ludzie takie rzeczy jedzą? Powiedzieć, że wygląda mało apetycznie, to nic nie powiedzieć. To była po prostu czysta ohyda. Pomyślałem sobie: No dobrze, skoro TO tak paskudnie wygląda, to musi być bardzo, ale to bardzo smaczne. Inaczej nikt w życiu by przecież tego nie tknął. Wziąłem więc nóż i widelec. Tak uzbrojony zbliżyłem twarz do martwego potwora i lekko go obwąchałem. Tym razem naprawdę zebrało mi się na wymioty. Przez zapach jodu i lekko butwiejących, morskich szczątków przebijał ostry smród acetonu. Tak mocny, że aż zakręciło mi się w głowie. Pomyślałem wtedy: Mój Boże, cóż to będą musiały być za delicje, jaka ambrozja, żeby to wszystko zrekompensować.

Odsunąłem nożem wysunięty z paszczy potwora język i odkroiłem kawałek macki. Włożyłem go do ust. Ugryzłem. A raczej usiłowałem ugryźć. Naprawdę nie było łatwo. Macka sprężynowała mi elastycznie pomiędzy zębami. Jeśli ktoś kiedyś miał okazję żuć kalosz, to wie o czym mówię. W końcu po prostu zamknąłem oczy i w rozpaczy połknąłem tę mackę oczekując Bóg wie czego. Ale nic nie poczułem. Tylko bezsmak. Totalny bezsmak. Nawet nie absmak, ale po prostu brak jakiegokolwiek smaku. Zupełnie jakbym rzeczywiście pogryzł i połknął kawałek kalosza. Spróbowałem raz jeszcze i po chwili kolejny. Za każdym razem inną mackę, bo może ta poprzednia była jakaś nietypowa. Ale nie. Nawet baniasta głowa potwora smakowała dokładnie tak samo jak reszta. No nie, pomyślałem sobie, to chyba jakiś spisek kelnerów. To całe wyrafinowane słownictwo, te owoce morza, białe obrusy i zerkający na mnie z talerza potwór, wszystko po to, żeby na koniec poczuć kalosz? Gumiak w gębie?

Przez całe pięć minut czułem się jak ostatni frajer. Niemal jak ci nagrani przez kelnerów mafiozi. Zaraz jednak w pełni doceniłem pożytki płynące z tej przygody. Dzięki niej bowiem zaoszczędziłem masę pieniędzy i rozczarowań w przyszłości, gdyż już nigdy więcej nie zamówiłem żadnych owoców morza. Po prostu nie miałem na nie ochoty. Dlaczego jednak o tym wszystkim piszę? Ano, bo tak właśnie czuję się po wypaleniu kilku różnych tytoni zza Wielkiej Wody. A zaczęło się to wszystko tak…

Na początku roku, za przysłowiową złotówkę kupiłem sobie na aledrogo sympatyczną fajeczkę. Dębowy wyrób pana Roberta Turkiewicza. Prawidłowo wykonany, choć z zewnątrz grubo polakierowany, a w środku cały aż przesiąknięty wonią inkaustu. Czym prędzej więc wszystko z niego zdarłem i z klocka w stylu meblościanki Kowalskiego z lat 70, uzyskałem lekką i urodziwą fajeczkę. Niestety, nie miałem czym jej opalić. Znajdują się bowiem w moim posiadaniu jedynie syropowate aromaty, a tu, zgodnie z naukami, potrzeba było czegoś na kształt czystej virginii. Czekałem więc na jakąś okazję, a tymczasem fajeczka kurzyła się zapomniana na półce.

I trwałaby tak do dziś, gdyby nie Szanowny Kolega Pigpen, który ogłosił był swój quest. W tym miejscu pragnę mu podziękować z całego serca za jego bezinteresowne zaangażowanie i świetne pomysły w rodzaju Johny Quest czy Fajkanetowe Spotkanie Plenerowe. Zatem zgłosiłem się do niego i otrzymałem próbkę. A raczej próbę, bo tak serdecznych była rozmiarów. Wybiła więc dla mnie upragniona godzina W. A raczej godzina V, jak virginia.

Przyjrzałem się tytoniowi. Długie, jasnobrązowe i lekko pozlepiane wstążki, o bardzo słabo wyczuwalnym zapachu. Jakby czymś pachniały, ale tak nie do końca. Spróbowałem więc. Pierwsze palenie było zaprawdę dziwnym przeżyciem. Zero słodyczy i zero przyjemności. Czułem się niemal tak, jakbym zapalił papierosa. Taki sam zapach i taki sam smak.

Na szczęście tytoniu było dość sporo, więc po tygodniowej przerwie spróbowałem go ponownie. Tym razem już wiedząc czego należy oczekiwać, przygotowałem się na najgorsze. Tym razem, o dziwo, przyjemnie się rozczarowałem. Tytoń nie był już taki zły. Momentami nawet dało się w nim coś wyczuć. Jakby jakąś delikatną nutę smaku czy zapachu. Ale tak nieuchwytną, że nie do określenia. W kolejny weekend znów więc nabiłem fajeczkę. I znów spróbowałem. I sam już nie wiem, czy to ja się tak przyzwyczaiłem, czy ten tytoń rzeczywiście ma jakiś smak. Bo tym razem oprócz woni papierosów wyczułem też w nim minimalną, bardzo lekką pikantność. Raczej jakby złudzenie pikantności.

Ech, pomyślałem sobie, trzy palenia i to wszystko, co czuję? Widocznie jestem za słaby w te klocki, żeby móc określić niuanse tego tytoniu. Jak dla mnie jest po prostu papierosowy. A przy tym dość słaby, jakby w wersji light. I jeśli, co do smaku zdania mogą być różne, to jedno trzeba mu przyznać – pali się naprawdę długo. Pół fajki starcza spokojnie na godzinę. Pyka się toto powoli. Człowiek co chwilę robi sobie przerwę. A to, żeby głębiej odetchnąć, a to żeby przełknąć nadmiar śliny, a to żeby fajeczka nieco ostygła. I tak pali się tytoń dostojnie. I każde następne palenie jest jakby ciut lepsze. Ale tak ledwo ciut, że chyba dopiero za rok będę w stanie coś więcej o tym tytoniu powiedzieć niż to, że jest po prostu papierosowy.

– Tutaj prośba do Pigpena o podanie nazwy tego tytoniu, żebym można ją wkleić w wiadomym miejscu. –

Choć pierwszy tytoń Wielkiego Brata okazał się porażką, to postanowiłem nie zrażać się zbyt szybko. Na szczęście kolega Yopas zaoferował mi aż trzy następne. Tym razem będzie inaczej, pocieszałem sam siebie. Musi być inaczej, bo przecież ludzie to palą i jakoś smakuje. Więc i mnie będzie smakować.

Yopasa tytonie

Na pierwszy ogień poszedł Bullseye, bo najładniej wyglądał. Pocięty w plasterki (monety) z czarnym jak smoła wnętrzem okolonym jasno-brązową otoczką rzeczywiście wyglądał jak prawdziwe, bawole oko. Oto tytoń, który raduje duszę swoim widokiem, pomyślałem. Czym prędzej więc nabiłem moją dębową turk-fajeczkę i zapaliłem. Boże drogi! Co ja najlepszego zrobiłem! W życiu nic gorszego nie paliłem. Niesmaczna, gryząca, szczypiąca i dusząca trucizna od pierwszego haustu zaczęła przeżerać mi język i policzki. Jakbym palił jakieś stare pokrzywy, albo przepocone skarpety. No nie dałem rady. Nie mogłem nawet dokończyć fajeczki. Zniesmaczony odrzuciłem ją i przez cały tydzień odpoczywałem od jakiegokolwiek palenia. Po tygodniu trochę odżyłem, nabrałem znów sił i ochoty do eksperymentów. Podjąłem więc kolejną próbę. Z identycznym rezultatem. Pełna delirka i traumatyczne przeżycie a la ośmiorniczka. Po prostu znowu popielniczka w gębie. Niestety, ja po prostu nie trawię tego tytoniu. Absolutnie. Na szczęście próbka była tak niewielka, że akurat na dwa palenia. Trzeciego bowiem bym już chyba nie przeżył.

Nieco więc ostrożniej podszedłem do drugiego tytoniu Yopasa. Tajemniczy Don Pedro, jak sama nazwa wskazuje, prezentował się rzeczywiście tajemniczo. Zapach jednak miał sympatyczny. Taki trochę miodowo-słodki. Ciekawe jak będzie smakował, pomyślałem i nabiłem mocno już doświadczoną, nieco po przejściach, swoją dębową fajeczkę. Muszę przyznać, że wbrew moim obawom nie było aż tak źle. Fajeczka cichutko sobie skwierczała, mnie się lekko kręciło w głowie. Mocny tytoń, nie powiem. Dym łagodnie pachniał papierosem. Poza tym bez smaku. Znowu nic. Zupełnie jak ten pierwszy – Johny Quest, tylko dużo mocniejszy. Oczywiście, dało się go wypalić i pewnie będąc rozbitkiem na bezludnej wyspie, bardziej bym go docenił, ale teraz, mając pod ręką bogatą ofertę Fajkowa, nie poczułem żalu ujrzawszy dno w słoiku.

Na koniec pozostał mi jeszcze ostatni darowany tytoń. Cumberland G. L. Pease. No nie ma porównania do poprzedników! Dym gęsty, smakowity, trochę może gryzący, ale bardzo przyjemny. No wreszcie coś co da się palić. Jaki ten Cumberland przyjemny! Spróbowałem raz, spróbowałem i drugi. Szkoda, że było go tak mało, bo z chęcią bym go jeszcze zakosztował. Miał co prawda trochę posmak papierosowy, ale jak widzę chyba wszystkie hamerykańce tak mają. Za to ze wszystkich czterech palonych przeze mnie do tej pory był najsmaczniejszy. No niby zawiera to samo, co Bullseye, bo ma w sobie i Perique i Virginie, ale jak widać, diabeł tkwi w szczegółach. Bo z tego samego jedni potrafią zrobić smakołyk, a inni tylko ch…, d… i kamieni koopę.

 

 

 

Tags: , ,

8 Responses to Palenie w ciemno – Johny Quest oraz Tajemniczy Don Pedro z Krainy Deszczowców

  1. pigpen
    pigpen
    13 lipca 2014 at 19:41

    Już śpieszę z odpowiedzią.
    Kolego Rafale, paliłeś w ciemno tytoń GLP Union Square. Jest to czysta Va. W mojej opinie na pewno nie aż tak papierosowa, jak to opisałeś. Jednakże, dla mnie to najbardziej wytrawna Va z jaką miałem do czynienia. Coś jak wino „dry”. Bardzo przypadła mi do gustu. Nie ma tutaj wprawdzie mowy o kwaskach, cytrynkach i pomarańczkach, albo przynajmniej owe kwaski są ledwie wyczuwalne. Mamy za to czysty naturalny tytoń, słodki z goryczką. Ja go często paliłem w fajce filtrowej na wieczornych spacerach z psem. Spalał się wzorowo, moc była jak najbardziej zadowalająca, a smak… no mnie powalał. Było to absolutnie całkowicie inne od wszystkich Va jakie miałem przyjemność dotychczas palić.
    Dziękuję za relację ze spotkania ;)

    • pigpen
      pigpen
      13 lipca 2014 at 19:42

      Atak przy okazji, Cumberland również mnie rozłożył na łopatki, ale dopiero na pół roku. Pięknie „gęstnieje”…

  2. yopas
    14 lipca 2014 at 08:50

    A ja tylko dodam, że tajemniczym iksem był: GLP Telegraph Hill.
    Dzięki za wrażenia oraz pozdrowienia
    y,
    EDIT:
    Bullseye są europejskie od Orlika. Stare dojrzałe i bardzo dobre (z czym nie musimy się, jak widać zgadzać ;))

  3. Janusz J.
    Janusz J.
    14 lipca 2014 at 09:30

    Szanowny kolego Ralphie,

    a czy na niską smakowo jakość Twojego palenia, nie miał przypadkiem wpływu smak dębowej fajki?
    Po tym, jak ja opisałeś wnoszę, iż nie było to drewno przygotowane według prawideł tworzenia fajek – wywabienia garbników z klocka.
    Proszę nie odbierać mojej wypowiedzi, jako krytyki. Nie posiadam fajki z dębu, ani doświadczenia w paleniu z takowej, ale gdybyś miał jeszcze możliwość zapalenia powyższych tytoni w „brujerce” lub w piance, to chętnie przeczytałbym o możliwych porównaniach, ponieważ za „zły” smak obwiniam w tym wypadku dębówkę.

    Pozdrawiam serdecznie zza chłodnego i smacznego dymka „ze stajni” SG.

  4. Ralph
    14 lipca 2014 at 12:04

    Hmm, o tym rzeczywiście nie pomyślałem, że świeża dębina może wpłynąć na smak. Biję się w piersi. Chciałem zrobić dwie rzeczy na raz: opalić nową fajkę i spróbować nowych tytoni i jak to mówią: chciwy dwa razy traci. Miało być tak pięknie, a wyszło jak zawsze.

    Chociaż z drugiej strony, ta sama fajka, dwa tytonie skonstruowane z tych samych składników (Bull eye i Cumberland z Perigue i Virginii) i zupełnie różne ich odczuwanie. Jeden pyszny, drugi nie.

    Ale masz rację. Następnym razem dla czystości procesowej będę próbował nowych smakołyków w fajeczce z pianki morskiej. Na szczęście mam taką jedną. Dzięki za radę!

    • yopas
      14 lipca 2014 at 12:48

      Orlik Bulls Eye i GLP Cumberland to dwie różne i nieprzystające mieszanki. Z faktu, że w składach obydwu jest Va i Pq nie powinno się wyciagać żadnych zobowiązujących wniosków szczególnie, że pierwszy z nich zawiera również sporą dawkę Bl.Cav, a drugi równie sporą Kentucky. I to jest raczej clou. Wpływ fajki, jak napisał Janusz, pewnie również miał kolosalne znaczenie w tym eksperymencie.
      UkłonY,

  5. Kien2
    14 lipca 2014 at 22:44

    Drogi Ralphie! Przyznam, że w tekście o wiele większe wrażenie od reminiscencji tytoniowych zrobiły na mnie Twoje doświadczenia kulinarne. Zjadłem w życiu w setkach knajp na całym świecie tonę z okładem wszelakich owoców morza, w tym sporo ośmiornic i tak jak opisujesz, smakowała tylko jedna – przygotowana po raz pierwszy w życiu przez pewną znajomą Polkę. Wszyscy profesjonalni kucharze wiedzą, że ośmiornicę przed właściwym przyrządzeniem należy wstępnie obgotować w osolonej wodzie z dodatkiem warzyw, żeby pozbyć się owego acetonowo – lizolowego zapachu. I tak też czynią. „Przylgi” – jak je nazywasz, powinny zostać przez kucharza usunięte w procesie wstępnej obróbki, bo są niejadalnym odpadem. Wreszcie pizza jest zwykle przyrządzana w taki sposób, że poszczególne składniki są pokrojone na nie grubsze niż 2-3 mm plastry i rozłożone równomiernie na całej powierzchni ciasta… Ta więc myślę sobie, że musiałeś na samym wstępie nieźle podpaść obsłudze restauracji, skoro potraktowała Cię potem w tak okrutny sposób… :)

    • Ralph
      16 lipca 2014 at 09:33

      Mój Boże! Całe życie byłem w błędzie! A wystarczyła tylko chochla wody i garść soli, żeby wszystko zmienić. Tak to już jest z nami, nieukami. Zamiast coś przeczytać i nauczyć się, to człowiek zaraz odwraca się nadąsany od wszystkich kalmarów i homarów. Na szczęście nigdy nie jest za późno na zmiany. Może zatem po latach znów wrócę do ośmiorniczek.

      A za chwilę okaże się, że całe życie mówiłem prozą…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *


*