Kramarzówka 2017

30 października 2017
By

Było jak zwykle.

To lakoniczne stwierdzenie jest o tyle dobre, że ci, którzy nie mieli nigdy okazji być w totalnie magicznym miejscu, jakim jest Kramarzówka odczytają je „eee, takie tam spotkanie było jakich wiele, usiedli, popitolili, zapalili coś”, natomiast ci, którzy mieli okazję uczestniczyć w nim chociaż raz gryzą paluchy i mówią długi ciąg obelżywych wyrazów pod adresem okoliczności, które stanęły im na przeszkodzie w Uczestnictwie.

Mniej odporni dodatkowo natychmiast czują w nozdrzach zapach świeżego chleba i genialnych wędlin i powstrzymując ślinotok wspominają kociołek. Tym mniej odpornym dedykuję zatem jeszcze dwa słowa – pierwsze brzmi: żurek. Drugie: rydze. Wiem, że mnie nienawidzicie; wiem.

I jeszcze parę informacji, żeby uświadomić, czym się różniła tegoroczna edycja od poprzednich:

Było nas mało. Jednak. Nie, że było to złe samo z siebie. Bardziej chodziło o nieobecność tych, których zabrakło. A uwierała. Bądźcie następnym razem, serio.

Rozmawialiśmy o fajkach i tytoniu. Nie tylko, ale jednak. W kontekście zeszłorocznego spotkania nie było to do końca oczywiste, ale tak było. Rozmawialiśmy też o przyszłości Fajkanetu (to Piotrek. Nigdy nie potrafił się zachować).

Pogoda chłostała rzeczywistością. Poza jednym przebłyskiem słońca w sobotę rano, który to przebłysk na dodatek mało kto widział padało równo, konsekwentnie i jedyną różnicą było nasilenie opadu. Dodatkowo temperatury  nie rozpieszczały i gdyby nie zorganizowane przez zapobiegliwego Janka grzejniki niechybnie przypłacilibyśmy siedzenie na tarasie zdrowiem.

Fantastyczną przygodą była obecność Bartka Antoniewskiego, który tym razem przyjechał już nie na moment, tylko po prostu spędzić z nami czas.

Poza tym, jak rzekłem, było jak zwykle.

Setka tytoni na stole, z których można było brać i palić*. Znakomite jedzenie, pyszne trunki, te sklepowe i te produkowane własnoręcznie. Oraz towarzystwo, które nieodmiennie mnie przekonuje, że warto się bawić w tę niedzisiejszą, niezdrową, zrytualizowaną czynność, jaką jest palenie fajki.

Podziękowania specjalne:

Dla Gospodarza za nieustające zaangażowane, super organizację, troskę o przyjezdnych, pozytywne nastawienie. Janku – za każdym razem wyjeżdżam w przeświadczeniu, że niecnie wykorzystujemy Twoją dobroć.

Dla Bartka za dyskusje o ptakach.

Dla Zbyszka i Andrzeja za znakomite towarzystwo w podróży. Mogę tak jeździć bez końca.

Dla Krzyśka i Andrzeja za grzyby (tu kudosy dla Zbyszka za ich przyrządzenie).

Dla Piotrka i Radka – za nieustanne przekonanie, że warto ciągnąć Fajkanet.

Dla Marcina – za obecność debiutanta.

I garść zdjęć dla ubarwienia relacji:

Rydz. Takie rosły za domem.

Marcin, Zbyszek i Janek. To, co promieniuje w tle jak Gwiazda Śmierci po wybuchu to nie aura Zbyszka, tylko grzejnik.

Zasromany Krzysiek @grimar i dwa Andrzeje – @andzejus w uszance Wędrowycz stajla i @Andrzej K. pod jeleniem na rykowisku.

Ekipa białostocka. Palą. Cóż za zaskoczenie.

Mistrz Antoniewski prowadzi wnikliwą analizę pracy najnowszego polskiego fajkarza, czyli J.P. Pipes. Ocena była pozytywna, niezależnie od sceptycznych spojrzeń Radka (widzicie to, że on myśli „zaraz złamie!”, prawda?).

*Spróbowałem dunhillowego Dark Flake – rozczarowanie, to się powinno nazywać Dunhill Flake Light (tych, którzy będą mnie teraz uświadamiać, że kiedyś Flake był Light Flake, a to jest przecież ciemniejsza odmiana z Pq, więc o czym ja w ogóle informuję, że wiem. So what). Wypaliłem przywiezione przez Zbyszka McClelland Anniversary 1977-2017 (fajny virginio-orientalowy blend). Oraz kilka innych rzeczy, swoich i nie tylko, ale już nie pamiętam, bo nie to było najważniejsze.

10 Responses to Kramarzówka 2017

  1. pigpen
    pigpen
    30 października 2017 at 14:54

    Nieskromnie napiszę, że wyszedł bardzo dobry żurek i świetny kociołek co oczywiście było zasługą gości, którzy służyli pomocą w krojeniu itp. Kociołek wyszedł tak dobry pewnie dlatego, że nie miał go kto doprawić…

    Miejsca było sporo, goście uśmiechnięci. Coś tylko słabo jedli bo chlebuś został…

    Szkód nie odnotowałem, ale jak podsumowała wczoraj moja mama – „To się jeszcze okaże” :)

    Czułem się z Wami wyśmienicie fatalnie. Opalałem innych zapominając, że mam też swoje. Uśmiałem się solidnie, pierdzieliłem głupoty po północy. Ogólnie sielanka.

    Dziękuję wszystkim. Po raz kolejny było mi niezmiernie miło, że mogłem Was gościć. Stałych bywalców nie będę wymieniał ;) ale warto wspomnieć o nowo przybyłym Marcinie, który choć musiał wracać w sobotę to mimo wszystko zdecydował się wziąć udział w tym nudnym przedsięwzięciu.
    Cieszyła obecność Bartka Antoniewskiego i możliwość kolejnych z nim rozmów nie tylko na tematy fajczarskie.

    Dziękuję jeszcze raz wszystkim obecnym, że chciało się wam przybyć z Warszawy/Białegostoku/Krakowa/Przemyśla dodając mi niebywale dużo pozytywnej energii do walki z codziennością.

  2. Grimar
    Grimar
    30 października 2017 at 15:47

    Mimo niesprzyjającej pogoda, Gospodarz – jak zresztą zwykle – stanął na wysokości zadania. Grzejniki elegancko ogrzewały taras, a zamrażalka była na tyle sprawna, że wódka zmieniła w niej stan skupienia. Gości przywitał gorący żur, a stół podczas całego pobytu uginał się pod kiełbasami, kiszonymi grzybami (świeże zostały w sobotę dozbierane w pobliskim lesie), salcesonem – i co najważniejsze – chlebusiem.

    I najlepsze w tym jest to, że z każdym kolejnym spotkaniem w Kramarzówce tytonie i fajki stają się kwestią drugo czy nawet trzeciorzędną. Puszki leżą gdzieś ciśnięte na stół w kącie – co nie oznacza, że się po nie nie sięga od czasu do czasu – ponieważ to nie dla nich się tu przyjeżdża, lecz dla ludzi, z którymi można zarówno pośmiać się i poruszyć bardziej poważne tematy. I tak do godzin późnonocnych czy nawet wczesnoporannych.

    Dziękuję zarówno gospodarzowi, jak i uczestnikom za wspaniale spędzony czas.

  3. andzejus
    30 października 2017 at 17:13

    Krzysiek, za ten wpis z braku wiary niech Ci będzie nagrodzone, żeby nikt Ci już nigdy jaja nie poskąpił. Co nie zmienia faktu, że czekamy na Marcina. :)

    Wrócę z myślą, która wylądowała pod schowanym już artykułem i dodam tylko, że we wszystkich wpisach o Kramarzówce jest wyczuwalny ten emocjonalny, nacechowany jakby sentymentalnością przekaz. Jakoś nikt nie pisze po prostu „było zajefajnie”, chociaż było. Ale tak się nie da, bo tej atmosfery nie można streścić i odrobina patosu jest chyba niezbędna. Jeśli ktoś nigdy nie był, czyta relacje i wyczuwa tą podniosłość, to tak – ona tam jest, ten dziwny rodzaj chemii, która niezależnie od konfiguracji osobowo-pogodowej da się wyczuć. To jest nie do opisania w prostych słowach.

    Ja jechałem ledwo żywy, chory i osłabiony, wróciłem jak po sanatorium. Może dzień z nocą się poprzestawiał i paruje ze mnie duch puszczy, ale skok jakościowy w samopoczuciu niesamowity. Dziękuję Janku za (jak zwykle) majstersztyk w organizacji i Wszystkim Przybyłym za genialny weekend. Wypaliłem 8 fajek, garść cygaretek i jakieś kadzidło. Wszystko było pycha i niczego nie brakowało. Odebrałem lekcje fajczarstwa, poznałem przesympatycznego Mistrza. To jest po prostu najlepsze wydarzenie w kalendarzu, oby cykliczne! Dziękuję.

    • KrzysT
      KrzysT
      30 października 2017 at 17:35

      Weź mi o tym jajku nie przypominaj, bo mnie denerwuje do tej pory :(
      Dla podróżujących: po drodze do Kramarzówki jest karczma Jorgula, którą regularnie wizytowalismy dając zarobić, bo karmili godnie i efektownie. W zeszłym roku zasłynęli przepięknie podanym tatarem, do którego jednakowoż zażyczyli sobie podpisu, że konsumujący spożywa jajo surowe na własne ryzyko.
      W tym roku jaja nie dali. Upomniałem się, pani kelnerka poszła i nie wróciła. Smuteczek.

  4. Andrzej K.
    31 października 2017 at 11:09

    Termin, aura, sytuacja polityczna, społeczna i gospodarcza w kraju… jak również kłopoty podażowe na europejskich rynkach jaj (i światowych masła), dawały wszelkie podstawy do przypuszczań, że będzie zimno, chmurno, ponuro, smutno i co gorsza – może braknąć Chlebusia, bądź omasty do niego. Zasadnym więc było, że niektórzy (ci co mieli), spakowali pomiędzy majtasy i inne kalesony koszulki kompanii #fatalnaatmosfera – ot tak, na wszelki wypadek.
    I co?… G@#!o można by rzec za klasykiem :)
    Chlebusia nie brakło, a nawet zostało. Padało wciąż (czasem nawet w poziomie…) ale kogo to obchodzi, skoro Piotrek jak stary traper rozpalić ogień potrafi nawet pośrodku kałuży? Koksowniki zaś zrobiły robotę, podgrzewając skutecznie biesiadników, atmosferę i oparcia foteli ;) Za to lodówka skutecznie zamrażała co miała zamrażać. Aż zęby dzwoniły a o przepitce można było zapomnieć.
    I były fajki, i było wszystko co miało być!
    I ino Krzyś tą swoją koszulkę miał okazję wdziać… choć, jak sądzę – po prostu ulał się żurem gestykulując o polowaniu czy kopulacji zimorodków i nie miał innej na zmianę ;).

    Było fajnie. Było bez patosu. Było na totalnym lajcie. Głośno, wesoło, momentami przaśnie, a momentami metafizyczno-filozoficznie. Było wszystko to, po co od lat z wypiekami na gębach do Janka jedziemy. Było zajebiście, i nie ma co wnikać. Atmosfera Kramarzówki jest unikalna w skali galaktyki:)
    Janku – dziękuję!
    Wam wszystkim – współuczestnikom, dziękuję również.

    • KrzysT
      KrzysT
      31 października 2017 at 11:12

      „I ino Krzyś tą swoją koszulkę miał okazję wdziać… choć, jak sądzę – po prostu ulał się żurem”

      Nie, Krzyś jako higienista po prostu zmienia codziennie koszulkę. Ukrytych podtekstów nie należy się dopatrywać, może poza tym, że koszulka z założenia była postironiczna ;)
      A zalewał się kto inny, na dodatek nie żurem, tylko kawą. I to już po imprezie ;)

  5. miro
    31 października 2017 at 20:18

    Znowu żałuję, że znowu nie udało mi się dotrzeć. Może – w końcu – następnym razem okoliczności pracowe i rodzinno-osobiste pozwolą. Zdjęć mało. Ale i tak gęba Dredziastego musiała się pojawić…

  6. miro
    31 października 2017 at 20:20

    … A Bartek Antoniewski na ostatnim zdjęciu: wypisz-wymaluj Adam Michnik, szczególnie w wersji ulubionej przez prawicową prasę :)

  7. tomasz zet
    12 listopada 2017 at 12:51

    Nie pozostaje nic innego jak zazdrościć. Zazdroszczę i sobie współczuję, że nie mogłem uczestniczyć. (Nie) stety w czasie spotkania miałem przeprowadzkę. I to skutecznie mnie wyłączyło do dziś z aktywności fajkowej (dwa tygodnie już nie palę – bo fajki są gdzieś w kartonach).
    Mogę sobie tylko wyobrazić. Skłąd – śmietankowy ;) do śmiechu, rozmów, i mega fajnego czasu.
    Alko żeby schłodzić, to pewnie wystarczyło poza promień ciepła odstawić, by był akuratny do picia? I zakładam, że w tak fajnej imprezie chłód był zupełnie wszystkim obojętny…

    Dołożę wszelkich starań, by być na kolejnej, jeśli takowa impreza jeszcze będzie a i ja jeśli będę zaproszony.

    A chlebuś… został. Ale i porannego budzenia nie mieliście ;) Strasznie żałuję, no!

    • KrzysT
      KrzysT
      13 listopada 2017 at 10:34

      Adminy, czemu system kazał mi zatwierdzać komentarz Tomka? (przepraszam, ale nie załapałem, że to, co dostałem na maila to wymóg moderacji i zatwierdziłem dopiero przed chwilą).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


*