W.O. Larsen Simply Unique
Tę recenzję chciałbym zacząć od ustalenia tzw. targetu… To blend dla miłośników aromatów, zarówno tych doświadczonych, jak i nowicjuszy. To tytoń dla tych, co jeszcze w życiu fajki nie palili, a na dodatek wolą nie zaczynać od mieszanek błyskawicznie uzależniających. To także blend dla tych, którzy mają dość papierosów i szukają czegoś zupełnie odmiennego…

Jako recenzent bez cienia wstydu sięgający po najmniej ugwiazdkowione na tobaccoreviews.com aromaty, nabyłem i ten tytoń. Wiem bowiem, że jest to tytoń lubiany, choć mało kto obnosi się z tym publicznie. Bo to przecież wstyd lubić i cenić czarne kawendisze – a głównie z nich składa się ta mieszanka.
Procesowi drugiej fermentacji, zapewne ze sporym dodatkiem cukru, poddane zostały trzy blendy naraz – doskonała Old Belt Virginia, burley z Tennessee oraz niewielka ilość orientali… Old Belt Virginia to bodaj najstarsza, najbardziej prawdziwa i virginiowa virginia z najstarszej części Wirginii. Uratowana z największym trudem – jak żubry z Puszczy Białowieskiej… Uprawiana była od kilkuset lat i przetwarzana zgodnie z ustną tradycją przez 26 farmerskich rodzin – liście zbierano, suszono „w stodołach”, fermentowano w przerzucanych ręcznie stertach i powtórnie suszono. Ręczna uprawa, ręczny zbiór idealnie dojrzałych liści, ręczne suszenie, fermentacja, powtórne suszenie… Dawało to przepiękny, najszlachetniejszy Bright Leaf, jasny liść…
Uzyskuje się w ten sposób bardzo słodki, owocowy w smaku, wręcz rodzynkowo-winny surowiec. Coś wspaniałego, ale w dzisiejszych czasach kompletnie nieopłacalnego. Kilkanaście lat temu tego typu virginie niemal zniknęły z rynku i utrzymały się dzięki państwowym, stanowym i uniwersyteckim interwencjom. Dostępne bywały na tytoniowych licytacjach w maleńkich miasteczkach, z roku na rok w mniejszych ilościach.
Zainteresowali się tymi starymi virginiami naukowcy, potem został o nich – oraz o ludziach je uprawiających – poważny film dokumentalny, który do dzisiaj można kupić w Amazonie – „Down in the Old Belt – Voices From The Tobacco South”. Niedługo potem opracowany został program utrzymania tej produkcji, później restytucji upraw oraz przetwórstwa. Rząd oraz władze lokalne sypnęły dotacjami…
Paradoksalnie, te stare virginie z południowego pasa uratowane zostały przez amerykańskich producentów luksusowych papierosów oraz fajkowych Skandynawów, szczególnie specjalistów od „arcyduńskich” mieszanek. Wbrew powszechnej opinii szuka się w Danii nie tylko tytoniu, który wchłonie rozpylone flavoury czy sosy, ale także znakomitości o wyrazistych aromatach i smakach „własnych”.
Wróćmy do larsenowskiego Simply Unique i składu sprzed procesu cavendishowania… Zarówno blenderzy, jak i obecni orlikowscy producenci podkreślają naturalne słodycze, właśnie te ze starego pasa (Old Belt) upraw, jak i rodzynkowo-kwaskowy naturalny posmak starej virginii. Nie bez znaczenia jest też w tej mieszance obecność słodkich i niemal beznikotynowych orientali. Słynny burley z Tennessee słynie z najbardziej orzechowo-migdałowych smaczków…
Te trzy tytonie moczone są parą wodną, wędrują pod prasę, poddawane są tzw. drugiej fermentacji, czyli cavendishowane i następnie suszone. Producenci zapewniają, że takie przetworzenie tytoniu pozbawia go zarówno nadmiaru nikotyny, jak i tych substancji, które „gryzą” w język. Poza tym zapewniają one „powtarzalność” zapachowo-smakową – a virginie z Old Belt są bardzo zależne od pogody i różne „roczniki” mogą mieć odmienne smaki.
Warto może wrócić do artykułu Alberto Belliniego o tytoniach aromatycznych, który od dawna wisi w naszym portalu. Cavendishe niekoniecznie są śmiertelnym wrogiem fajczarzy.
Potem cavendishowe „ciacho” się rozdrabnia, dodaje grubo ciętych (może raczej grubo rwanych) jasnych virginii z Brazylii, podobno trochę virginii ze Stanów i Afryki i uzyskuje pięknie wyglądającą ciemną mieszankę z ozdobnymi żółtymi oraz jasnobrązowymi wtrętami.
W której fazie produkcji dodaje się kakao, wanilii i dodatkowych aromatów orzechowych, nie bardzo wiadomo – ale dodane są one z umiarem. Generalnie, zarówno zapach z koperty, jak i room note oraz wrażenia z palenia są bardzo miłe, przyjemne, absolutnie nieprzesadzone. Dla miłośników nieprzechemizowanych duńskich aromatów, czyli dla „targetu”, o którym pisałem na wstępie – blend niemal idealny.
Delikatny, niemal nie trącający tytoniem, słodziutki, ale w żadnym razie nie marcepanowy czy budyniowy, rodzynkowo-orzechowo-czekoladowo-waniliowy aromat i smak odczuwalny jest zarówno podczas niuchania zawartości opakowania, jak i przez fajczarza podczas palenia oraz przez otoczenie. Mieszanka jest świetnie zbalansowana – pojedyncze akcenty wyczuwa się nieczęsto i najwyżej przez ułamek sekundy.
To po prostu W.O. Larsen Simply Unique. Czyli blend dla miłośników aromatów, zarówno tych doświadczonych, jak i nowicjuszy. To tytoń dla tych, co jeszcze w życiu fajki nie palili, a na dodatek wolą nie zaczynać od mieszanek błyskawicznie uzależniających. To także blend dla tych, którzy mają dość papierosów i szukają czegoś zupełnie odmiennego…
| Zaszufladkowany w kategorii W.O. Larsen w dniu 9 kwietnia 2010 , 18:04 |






Lubię Twoje recencje. Bardzo dla mnie fajne są autorskie zdjęcia tytoni z całą ich scenerią – nabita fajeczka, wokoło gdzieś porozrzucane skrawki, obok puszeczka/pojemnik. Uważam, że choćby sam wygląd tytoniu „na żywo” może sporo powiedzieć.
Właśnie jakiś Larsen chyba będzie moim następnym zakupem aromatycznym, bo kusi ceną i większością recenzji. A nazwijcie mnie ignorantem, ale ja lubię takie słodkości, ale oczywiście słodkości z jakąś klasą.
Aha, przy okazji ostatnich zakupów tytoniowych również wyposażyłem się w rolnikowy słoik. Smakowicie to wygląda z dobrym tytoniem w środku
Oj, długo się odżywiałem dynią w occie, oj, długo. Zjadłem 11 słoiczków tego specjału.
Dzięki za miłe słowo. Staram się przy okazji – jeśli tylko jest okazja – opowiedzieć o czymś, co niby weszło do polskiej nomenklatury, ale nie bardzo się wie, co to właściwie jest
Jacku stajesz się człowiekiem-instytucją
to pochwała tak jakby co
Wbrew wzmiankom w twojej recenzji spotkałem się z licznymi dobrymi opiniami o tym tytoniu, może nie szukam tam gdzie powinienem. Na pewno i ja go spróbuję, bo Larsen coraz bardziej rośnie w moich oczach.
Dzięki.
Aktualnie delektuję się zielonym, ale w szufladzie czeka na mnie właśnie ten tytoń Larsena. Po recenzji pozostaje już tylko jedno – spróbować.
Larsena Simply Unique zapalilem po raz pierwszy na etapie rzygania roznistymi mieszankami aromatycznymi. Jakimi? To chyba nie tak bardzo istotne, kazdemu kazdy tyton moze smakowac inaczej. Ja po rzuceniu papierosow „delektowalem sie” jakis czas Borkum Riff, baaaardzo aromatyzowanymi Mac Barenami (te mniej pachnione pale i dzisiaj), sprobowalem DaVinci i TNN, Sweet Geaorgia Brown i Blue Note (#!!!!#$$$@@@@@*!!!!! – dla wszystkich czterech wymienionych), trafilem na zupelnie dobry The Malthouse… whatever: to wlasnie Simply Unique uratowal mnie przed rzuceniem fajki! Podpisuje sie obiema rencami pod tym, co jelens sprokurowal. To jest dobra mieszanka aromatyczna. Tylko tyle… i az tyle.
lg
m.
PS. Ja jednak troche migdalow w tym tytoniu wyczuwam, co jednakowoz w niczym nie przeszkadza
Tragiczne słowo – ten „target”. Pachnie bezpłciowym marketingiem, korporacjonizmem, brrrr!
Lubię tego Larsena, choć za mało w nim mocy. Praktycznie tyle, co nic. Za to smakowity jest. No, ale nie da się nim napalić, ni dudu…
Co do „targetu” – skojarzenia prawidłowe, chyba nawet o takie Jackowi chodziło, biorąc pod uwagę co dalej jest napisane
Ty mnie tu najpierw impotencję na puszce wynajdujesz, a teraz się zgadzasz, że termin bezpłciowy! No imputujesz mnie coś!
Do całkiem interesujących wniosków można dojść po połączeniu informacji -> Impotencja może szkodzić osobom w Twoim otoczeniu
Spróbowałem. Fajka smakowała mi bardzo. Tytoń w paleniu delikatny i słodki. Taki w sam raz.
Bardzo smaczny tytoń, lekki i przyjemny, zapach akceptowany przez otoczenie. W sumie to był chyba mój pierwszy tytoń, i wciąż do niego wracam raz po raz. Polecam zwłaszcza początkującym (sam się za takiego uważam) cena przystępna, pali się łatwo, wybacza wiele błędów, nie trzeba sie wysilać aby poczuć jakieś smaczki – on poprostu smakuje dobrze od początku do końca (opinia subiektywna, pozdrawiamy virginiowych radykałów
.
Simly Unique to mój pierwszy aromat – i po nim to przestałem być li tylko radykałem – a stałem się radykałem na 3/4 etatu. A co mi tam – czasem też zjadam całą czekoladę – jeżeli ciało lubi czasem aromat, albo niebiesko – oka blondunkę- to trzeba mu ulżyć..
Zwykle zaczynam dzień od Latakii połączonej z medytacja, potem BBF do gorzkiej kawki, kolejny zwykle czarwony albo czarny larsen- dla osłodzenia kolejnej herbaty, albo szklaneczki whisky.
Życie jest piękne – a trochę kiczu czasem uświadamia , jak smakuje prawdziwa sztuka.
Po wieloletnim paleniu papierosów przeszedłem na cygara,ale to drugie pochłania sporo kasy,więc zacząłem szukać czegoś innego równie przyjemnego w doznaniach…I tak zaczęła się moja przygoda z fajką,którą zapoczątkował właśnie ten Larsen.
Wypaliłem tego trzy opakowania ale w gruszce i moim zdaniem jest to tytoń dobry skoro nie zniechęcił mnie po paleniu kubańskich cygar w których się zakochałem,a wręcz przeciwnie rzucił mnie dalej na głęboką wodę.Ogólnie rzecz ujmując jest to tytoń dobry(smaczny)ale jak dla mnie za słaby.
No, nie dziwię się, że za słaby po kubanach. Ja z kilku duńczyków, m. in. z tego, plus stanwelle, zrobiłem sobie Own Blenda, którego nazwałem Light Dane. Przed nabiciem dodaję do tej mieszanki kilka odrywków z SG 1792 – i mnie to satysfakcjonuje
Pod względem smaku i mocy.
Niema to jak w konkretnym dymie się zanurzyć:)