Vauen – Himalaya Blend

5 października 2017
By

Do Krainy Wygasłych Wulkanów powoli zawitała jesień. Początkowo smagała świat zimnym wiatrem oraz drobnym, lecz zarazem bardzo uciążliwym i przykrym deszczem. Kolejne dni były wilgotne, mgliste, szare i ponure. Z tej beznadziejnej pogody cieszyły się co najwyżej czarownice, które przez nikogo nie niepokojone mogły całymi nocami latać na swych miotłach wśród lasów i wzgórz. Miłym zaskoczeniem był więc dla mnie skąpany w słońcu niedzielny poranek. Od razu postanowiłem poświęcić wieczór na to, aby zobaczyć co słychać w kosmosie i spróbować mojego najnowszego nabytku, który w sobotę przyjechał z Niemiec – Vauena Himalaya Blend. Jeszcze zanim strażak w odległym Krakowie odtrąbił południe, w altance, w której sobie popalam, przygotowałem zestaw wypoczynkowy, jak na poniższym zdjęciu.

Dlaczego Vauen?, po części to przypadek. Otóż, jak wszyscy doskonale wiedzą, stare kraje unii uważają mieszkańców europy środkowej i wschodniej za narody, delikatnie mówiąc, „mniejszej prędkości”. Serwują nam więc produkty gorszej jakości niż u siebie – często za wyższą cenę. Sam wiem to najlepiej, gdyż mieszkam blisko granicy niemieckiej i często tam bywam, a moja pralka od wielu lat nie widziała proszku kupionego w Polsce. Tak dla usprawiedliwienia dodam, że kupowany przeze mnie w Niemczech proszek jest zazwyczaj Made in Poland. Zastanawiałem się również, jak to jest w przypadku tytoni, czy też nam się sprzedaje zmiotki z podłogi zamiast porządnego tytoniu? Jedynym sposobem na zweryfikowanie tego podejrzenia jest spróbowanie wersji niemieckiej czegoś co się zna. Poprosiłem więc mieszkającego w Ingolstadt kolegę, aby kupił mi tam puszkę jakiegoś Petersona. Okazało się, że u sąsiadów jest taka sama lipa z tytoniem jak u nas, w dość sporym mieście jest tylko jedna przyzwoita trafika. Ale jako, że jest to Bawaria to z punktu widzenia kraju pochodzenia tytoniu – wybór w niej był taki jak koloru Forda T. Kiedy kolega zapytał o Petersona, sprzedawca się oburzył i zapytał dlaczego chce tytoń irlandzki skoro niemieckie nie są gorsze a niekiedy nawet lepsze od zagranicznych. Wspomnę, że w trafice poza Alsbo, Amphorą i kilkoma puszkami Dunhilla były tylko produkty niemieckie. Z porównania nici, ale pomyślałem, że nic nie szkodzi aby spróbować niemieckiego tytoniu. Spośród nich zdecydowanie najbardziej utytułowany jest Vauen, więc wybierałem spośród produktów tej marki. Nie chcąc trafić na jakieś dziwadło typu Bavaria (o smaku chmielu i słodu), Sparkling (truskawki + szampan) albo Piemont (czerwone wino), asekuracyjnie wybrałem klasyczne Himalaya Blend.

Szykując zestaw wypoczynkowy otworzyłem puszkę, aby do wieczora nieco odparowała. Niemcy, jak wiadomo, wszystko robią po swojemu, więc puszka tytoniu jest srebrna, podczas gdy wszystkie, które do tej pory widziałem, były złote. Na etykiecie twardo stoi Made In Germany  – nie żadne tam EU czy coś takiego. Tytoń w puszce składa się tak pół na pół z dość dużych płatków Va, oraz przypominających liściastą herbatę skrętek Black Cav. Zresztą wygląd tytoniu jak i sposób aromatyzacji do złudzenia przypominał Petersona Sunset Breeze, przy czym zapach wiśni był niemal identyczny, jak w Ultimum SG.

Wieczorem niestety nie było zbyt sprzyjających warunków do zerkania w kosmos. Całe południowe niebo rozświetlał księżyc, a że jest kilka dni po pierwszej kwadrze, niewiele poza nim było tam widać. Pozostała część nieba była zasnuta wilgotnym nieprzejrzystym powietrzem, przez które przebijały się co jaśniejsze gwiazdy. Na zachodzie dominował Arktur ale i on zamrugał mi tylko na pożegnanie, po czym zniknął.

Zabrałem się więc do palenia i wówczas pojawił się spory dysonans pomiędzy obietnicą z puszki, a realnym smakiem. Himalaya okazał się tytoniem bardzo wytrawnym, początkowo wyczuwa się w zasadzie tylko moc nikotyny i brak jest głębi smaku. Ktoś o aromatach Petersona napisał, że paląc je wciąga ciepłe powietrze z cukrem – w przypadku Vauena jest to ciepłe powietrze, ale przesycone nikotyną. Jedynie dym ulatujący z komina ma intensywniejszy zapach. Z czasem jednak gdzieś w oddali daje się wyczuć subtelny zapach wiśni/czereśni – ale jakiś inny niż z puszki. Taki jakby pochodził z cukierka albo gumy do żucia – może to jagody Goi, które, zgodnie z opisem, są dodatkiem? Do tego dochodzą nuty jakby cytrusowe – ale i inne, rzekłbym, wieloowocowe, może stąd to wrażenie cukierkowatości. Aromat ten jest bardzo subtelny i delikatny, wręcz wymagający uwagi, aby go wyczuć. Room note – rewelacyjny.

Na marginesie wspomnę, że bardzo lubię widok rozgwieżdżonego nieba, a fajka jest dobrym pretekstem aby godzinkę posiedzieć pod nieboskłonem. Zresztą inny amator fajki – Pan Einstein – twierdził, że jest to najwspanialszy widok dostępny na ziemi, a co najważniejsze, w przeciwieństwie do różnych cudów ziemskiej przyrody, dostępny jest za darmo dla każdego i wszędzie. Plotka głosi, że swoich odkryć dokonał właśnie paląc fajkę, wpatrując się w gwiazdy na niebie i próbując zgłębić ich naturę.

Wypaliwszy kilka fajek doszedłem do wniosku, że tytoń ten śmiało można by umieścić wśród aromatów Petersona. Zapach z puszki jest zabójczo wspaniały, za równie rewelacyjny room note odpowiada przede wszystkim to, co ulatuje z komina. Z kolei dla palacza aromat jest bardzo wycofany i należy się skupić by go odnaleźć, ale jak się go odszuka, jest niezwykle oryginalny i przyjemny.

Tags: ,

4 Responses to Vauen – Himalaya Blend

  1. Puffalo Bill
    Puffalo Bill
    6 października 2017 at 09:11

    A czy za wytrawnością i wycofaniem nie stoi aby ten pełnoletni uczestnik gwiezdnych obserwacji? ;)

    • Traskias
      11 października 2017 at 11:15

      Obecność pełnoletniego uczestnika była zupełnie przypadkowa, kilka dni wcześniej dostałem go w prezencie. Na ocenę raczej wpływu nie miał, jestem zaprawiony w bojach więc raczej ciężko wyprowadzić mnie na manowce :)

  2. KrzysT
    KrzysT
    10 października 2017 at 15:03

    Za przyzwoitą lornetkę propsy (zawsze tak mocno wysuwasz muszle?), za recenzję propsy, co do tytoniu – nie ośmielę się próbować ;)

  3. Traskias
    11 października 2017 at 11:21

    W kwestii muszli to w Conquestach Zeiss nie wiadomo z jakiej przyczyny zrobił zbyt małe i płytkie muszle co zresztą krytykowane było na forach. Potem jednak w ramach troski o klienta przeprowadził akcję ich wymiany na większe. Niestety z tymi nowymi muszlami lornetka nie wygląda już tak zgrabnie jak z oryginalnymi i stąd wrażenie nadmiernego wysunięcia. No i dzięki za propsy :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


*