Hearth&Home Virginia Spice

21 czerwca 2017
By

Dobra, przyznam się. W mojej tytoniowej szafce panuje bałagan. Nie dramatyczny, ale jednak bałagan. Co powoduje, że niektóre tytonie, zwłaszcza takie, które dostałem w formie próbki giną i pojawiają się w najmniej spodziewanych momentach, czasem po miesiącach, a nawet – o zgrozo – latach.

Tak było i tym razem. Pakując się na wakacje, zmęczony po przyjeździe z cyklu zabieganych weekendów i delegacji jako tytonie wakacyjne załadowałem kilka zalegających na górnej półce pudełek po negatywach (najlepsza według mnie metoda przechowywania małych ilości tytoniu). Najlepsza, ale – dodajmy – zawodna. W sensie takim, że potrafią schnąć. Druga główna wada jest taka, że w miarę przerzucania po kolejnych bagażach napisy poczynione na nich flamastrem zacierają się do stanu nieodczytywalnego. Na szczęście są wyjątki. Tym razem odkryłem w jednym z pudełek próbkę Virginia Spice od Hearth&Home i to w idealnie nieprzesuszonym stanie (co nie oznacza, że jej kiedyś tam nie nawilżałem).
Nie wiem, od kogo ją otrzymałem (kajam się, może się przyzna, bo wstyd). Nie wiem, ile leżała, ale sądzę, że co najmniej dwa-trzy lata, bo przez ostatnie dwa nie paliłem nowości praktycznie w ogóle. Poza tym kilkakrotnie ją odkładałem, pomny specyficznej pieprzności Admirality tegoż producenta, co kojarzę ze źle skomponowanym w mieszance Perique, za czym nie przepadam – a pachniało podobnie, no i ten Spice w nazwie…
Niemniej – zapaliłem.
Okoliczności przyrody wakacyjne, czyli tradycyjne poranne pole namiotowe, śpiąca smacznie rodzina, poranna kawa, lornetką na podorędziu, wszechobecne ptaki drące się wokół i Krzyś z fajką – w tym wypadku potem Civica (smacznym, wypróbowanym, virginiowym).
Tin note (czy też, bardziej adekwatnie, pudełko od negatywu note):
Amerykańskie, roślinne Va. Jak ktoś zna Rolando’s Own tego samego producenta, to on pachnie w sumie podobnie. Pieprzność wcześniej wyczuwalna wyraźnie zanikła – nie wiem, czy to bardziej kwestia czasu, który tytoń przeleżał w szafce, czy przyspieszonego dojrzewania w nagrzanym bagażniku (kilka dni już ze mną jeździ), dość, że zanikła.

Technikalia:
Tytoń był w stanie „do palenia” jeśli chodzi o wilgotność. Może na oko ciut wilgotny, ale realnie – do nabicia i odpalenia.
Forma – tradycyjny amerykański pieprznik, który nadaje się jedynie do zasypania luźno fajki, delikatnego dokręcenia paluchem, dosypania drobnicy i odpalenia.
Odpalenie: false light, charring light i jedziemy. Praktycznie bezobsługowo: łatwo się pali, łatwo prowadzi (ale przypominam – paliłem w pocie, a pot jest „łatwą” fajką) kondensaci, ale bez dramatu. W zasadzie odpalałem więcej niż raz tylko dlatego, że odkładałem fajkę jak miałem coś ciekawszego w lornetce.
O dziwo – dość dymny. W takim sensie, że można z niego wydobyć większe kłęby dymu. Już po wypaleniu doczytałem, że mieszanka zawiera liście cygarowe – może to ten dodatek zadecydował o wspomnianej dymności.
Popiół szary, suchy, sypki, nie paskudzi fajki, ale – o dziwo – smoli rim, nawet nie nabitej po krawędź komina fajki.
Przeciągać można, nie grzeje się dramatycznie, ale nie warto, bo palony chłodno i delikatnie pokazuje dużo więcej niż męczony. Znaczy – trzeba z nim po dobroci.

Smak: początkowo odezwała się spodziewana pieprzność i suchość, co trochę mnie zniechęciło. Poza tym, na pozór – tradycyjna, delikatna, słodkawa, lekko roślinna amerykańska Virginia. Perique robi bardziej za przyprawowy dodatek, lekko „wystający” z całości, ale ogólnie – w normie.
Napisałem „na pozór” ponieważ im dalej postępował proces palenia, tym bardziej tytoń się zmieniał. Już po mniej więcej 1/3 zdecydowanie się wygładził i zyskał słodkawe nutki cygarowe. Uczciwie przyznam, że nie mogłem tej słodyczy skojarzyć (zwłaszcza, że fajka była tego poranka raczej dodatkiem niż graczem głównym) i dopiero po przeczytaniu po południu składu na TR powiedziałem „No przecież!”.
I tak mniej więcej równo, no, może zagęszczając troszkę smak dojechał do końca. Zaskakująco sympatycznie, biorąc pod uwagę, że za wiele się po nim nie spodziewałem – w sumie nie wiem, dlaczego, bo Russ ma generalnie niezłą opinię jako blender.
Generalnie: można zapalić, warto wcześniej dać mu się odleżeć te 2-3 lata. Jako ciekawostkę (cygar leaf!), ale także jako przyjemny, niewymagający, lekki w odbiorze tytoń.
PS. Aaaa, moc, zapomniałem o mocy. Powiem tak: palony na czczo, do porannej kawy nie zabił, ale całkiem słaby też nie jest. Zdecydowanie do rozważenia dla lubiących mocniejsze tytonie jako lekki odpowiednik, dla ceniących średniaki będzie myślę gdzieś na granicy. To moje odczucie, TR plasuje go lekko poniżej średniej.

Obiecane zdjęcie przedstawia typowy, poranny, wakacyjny stół. Z tym, że akurat nie z tą fajką i nie tym tytoniem. W tej palę Classic Flake z trafiki Mullins&Westley z Covent Garden. W sumie powinienem poświecić mu jakiś tekst, zobaczymy. Ponadto: jakby ktoś się czepiał, że na zdjęciu fajka nie gra pierwszych skrzypiec, to absolutnie ma rację, bo nie gra. Pierwsze grają kawa i lornetka, niekoniecznie w tej kolejności. Fajka bywa dodatkiem.

11 Responses to Hearth&Home Virginia Spice

  1. KrzysT
    KrzysT
    21 czerwca 2017 at 21:42

    Napisałem takie coś na kolanie, bo nikt nie pisze. Pióro zardzewiało, ale w sumie co za różnica, jak i tak nikt nie skomentuje :>

  2. Mikael Candlekeep
    Mikael Candlekeep
    22 czerwca 2017 at 00:39

    Oj tam… Nikt nie skomentuje, bo i komentować nie ma czego.
    Nie żebyś gniota napisał – bo czyta się dobrze, a wręcz przyjemnie (i nawet nabiera się ochoty na poranną kawę i dymka). Ino z tytoniem zaznajomić się okazji nie było. No to co tu komentować? ;-)

  3. szydlo
    22 czerwca 2017 at 11:17

    Bardzo przyjemny tekst i okazja na przeczytanie czegoś nowego na fajkanecie. Dziękuję.

  4. cortezza
    cortezza
    22 czerwca 2017 at 12:48

    Mam dyskomfort lingwistyczny osobisty:
    palę w pocie?
    Czy w pot-cie?
    A może w potu?
    Sam nie wiem…

    • P_iter
      P_iter
      22 czerwca 2017 at 13:37

      Może gorąco było i Krzyś palił w pocie (czoła).

      • KrzysT
        KrzysT
        24 czerwca 2017 at 16:17

        Krzyś nie palił w pocie czoła, Krzyś palił z przyjemnością ;)
        Ja nie mam wątpliwości leksykalnych. Zaproponowane przez ciebie, cortezza formy brzmią sztucznie.
        Jeśli palimy w billiardzie czy w buldogu, to czemu nie w pocie?
        Nawet jeśli się to komuś dziwnie kojarzy, to ja w pocie będę palił. A nawet w potach, bo mam ich sporo i uważam, że to jest bardzo niedoceniany shape, który pod względem własności użytkowych nie ma sobie równych. Niestety, urodę ma zazwyczaj dyskusyjną (po części dlatego, że mało który fajkarz umie zrobić ładnego pota) i stąd jego mała popularność – znakomita większość fajczarzy opowiada się albo za kształtami lekkimi i smukłym, albo za solidną bentowatą tradycją, a w żadnym z tych dwóch głównych nurtów pot się nie mieści.

  5. Tadeiro
    Tadeiro
    24 czerwca 2017 at 15:11

    Fajnie poczytać o czymś egzotycznym. Dzięki! :)

  6. Antemos
    Antemos
    24 czerwca 2017 at 23:40

    Ja mam lingwistyczny dyskomfort z drugim zdaniem, ale, jak znam Krzysia, to jest to zabieg celowy, mający wywołać refleksję.

    • KrzysT
      KrzysT
      25 czerwca 2017 at 00:26

      Nie, zupełnie nie. To jest efekt stukania tekstów na tablecie pod namiotem w stanie nie do końca trzeźwym. Poprawiam ;)

  7. pigpen
    pigpen
    26 czerwca 2017 at 08:24

    Ciekawe, czy to było ode mnie? jakieś 5 lat temu kupiłem 8 uncji tegoż specyfiku. Zachęcony składem i (wtedy) zachwycony palonym wcześniej Rolando’s Own (również H&H) nabyłem pełen nadziei tę, jak mi się wtedy zdawało, wyjątkową mieszankę. Nic takiego nie miało miejsca. Niewiele już pamiętam, ale sianowate to było i chyba miało lekką aromatyzację. Mocy za wiele nie czułem. Chyba sporą część wymieniłem na coś innego.
    Ale, ale koledzy, dodam jeszcze raz,że to byli takie czasy,że ja palił w pocie czoła aby się nauczyć pota na czoła nie mieć jak paliłem. Być może za głupi byłem (co nie zmienia faktu,że więcej sam puszki H&H nie kupię).

    • KrzysT
      KrzysT
      26 czerwca 2017 at 13:22

      Janku, to więcej niż prawdopodobne, że to od Ciebie dostałem tę próbkę. Nie chciałem wskazywać palcem, żeby nie urazić potencjalnego alternatywnego ofiarodawcy ;)
      Niezależnie od tego, kto to był, należą mu się podziękowania.
      Dziękuję także Tobie, że zechciałeś się podzielić wrażeniami (są fajne, bo odmienne!). Może, skoro – jak piszesz – sporą część rozdałeś, odezwie się ktoś jeszcze, kto palił recenzowany tytoń?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


*