Greg L. Pease „Fillmore”

28 marca 2021
By

Widzę, że jakoś mało się pisze ostatnio, to może ja. Fillmore od Grega Pease. Marka bardzo znana i przeważnie ceniona. Robi dla niego Cornell & Diehl, ostatni żywy z dwóch wielkich amerykańskich producentów tytoniu fajkowego, po odejściu MacClellandów do innych zadań. No, są jeszcze różne mniej wyraźne, jak Sutliff, który nie wiem czy sam robi czy przeciwnie, robi i dla siebie i dla innych. Lane, który na pewno sam nie robi i tak dalej. Ale C&D, a z nim i Pease, to solidna firma i (podobnie jak Majewski) z byle gównem nie wyskoczy.

Puszkę Fillmore wybrałem z nudów i bo mi się cniło do czegoś nowego, i żeby bez latakii. Dobrze o nim pisali, więc padło właśnie na ten tytoń. Fizycznie jest to dosyć typowy dla Pease grubo cięty, rozpadajacy się od spojrzenia płatek. Forma bardzo wygodna do załadunku, nie to, co niektóre G&H, gdzie ciągniesz, i albo my ich, albo oni nas. Tutaj kruszysz w palcach i układasz grzecznie w fajce. Tytoń dosyć gruby, więc fajka większa będzie tu bezpiecznym wyborem. Co do składu, jest to VaPer, podobno z minimalnym udziałem latakii, której nie wykrywa się podczas palenia. Zapach z puszki przyjemnie tytoniowo-słodkawo-kwaskowy (z przewagą słodkiego), taki typowy dla fermentowanych mieszanek aromatycznych bez aromatyzacji, z wyższej półki. Virginie Dunhilla tak potrafią, ale już nie VaPer Elizabethan Mixture, która w ostatniej inkarnacji jechała zwyczajnie sianem. Może, powtarzam, może, odrobina dymnej drzewności latakiowej.

Zapala się dosyć łatwo, dla komfortu użyłem trzech zapałek, ale dwie też byłyby ok, gdybym się postarał. Raz zapalone trzyma fason i nie gaśnie. Ogólnie łatwy w obsłudze tytoń, spalający się do końca bez grymasów. Moc dosyć wysoka, beretu mi nie zerwało, ale obiektywnie to mocna mieszanka. W smaku palonego jest podobnie jak w zapachu świeżego, czuć słodkawy posmak fermentacji plus trochę perikowego owocu suszonego jakby, ale bez nachalności. Np. VaPer MacClellanda (którego jeszcze mam trochę w postaci płatków) był bardziej agresywny w zakresie owocowatości i kwaskowatości. Gorzej też się palił. Fillmore jest przyjemniejszy i nie żąda od palacza strasznych poświęceń. W porównaniu do mieszanek kawendiszowych i mocniej przetworzonych, takich na bazie virginii z burleyem, bardziej wierci w nosie tym perikiem, ma trochę więcej świeżej kwasowości, ale nie wychodzi poza atmosferę przyjemnego popalania dla przyjemności, a nie dla sztuki wysokiej. W połowie fajki dochodzą nuty lekkiej goryczki, ale wciąż jest to dobre palenie, a to wrażenie przypuszczam daje nam perique. Pisząc te słowa palę Fillmore w fajce Astley’s (bent), której chętnie używam przy pracy. Mam więc okazję przekonać się jak to jest, kiedy dym idzie w oczy. Gryzie bardziej, niż mój ostatnio roboczy G&H Red (istna kraina łagodności), ale w końcu to dosyć jasna red virginia Va z perikiem, to trochę musi.

Oceniam ten tytoń jako wysokiej jakości mieszankę przyjazną dla palacza, o dużym ładunku naturalnej słodyczy virginiowej i wyraźnym udziale perique. Całkowity brak komponentu nawozowego, typowego dla niektórych mniej przefermentowanych mieszanek z perikiem, robionych przez C&D. Może warto kupić dużą puszkę i zachować przez kilka lat, ciekaw byłbym efektu takiego postarzenia. Spora klasa.

Tags: , ,

8 Responses to Greg L. Pease „Fillmore”

  1. Grimar
    Grimar
    28 marca 2021 at 15:38

    Dzięki za recenzję.
    Paliłem go dawno temu w Kramarzówce. Wyczuwalny perique, ale w odpowiedniej ilości. Podobnie jak inny popularny tytoń od G.L.Peasa – Union Square – wydał mi się na świeżo trochę nieśmiały. Myślę, że dojrzewanie by mu pomogło.

  2. Buldoger
    Buldoger
    3 kwietnia 2021 at 09:44

    Julian, nie wspomniałeś o Heart & Home…

    • Julian
      Julian
      3 kwietnia 2021 at 13:31

      Właściwie nie wiem, gdzie swoje mieszanki robi Hearth&Home

      • KrzysT
        KrzysT
        3 kwietnia 2021 at 17:41

        Wszędzie robi. Sutliff, Scandinavian, Lane.

        Bardzo fajna recenzja.
        Skleroza nie pozwala mi powiedzieć, czy paliłem Fillmore – jeśli to chyba w Kramarzówce. Ale tam zapamiętał mi się głównie Union Square (smakował).

  3. Julian
    Julian
    4 kwietnia 2021 at 20:19

    Ja teraz kombinuję głównie, jak ze współczesnego tytoniu holenderskiego zrobić tytoń holenderski sprzed 30 lat.

    • KrzysT
      KrzysT
      4 kwietnia 2021 at 22:02

      Olaboga, przeniosłeś się do Holandii? 😉

      • Julian
        Julian
        5 kwietnia 2021 at 09:25

        Niee, ale mam puszkę starego Saila i paczkę nowego… i łkam :-) Znaczna część holenderskich tytoni była mocno aromatyzowana kumaryną (Van Rossems, Niemeyer, z popularnych jeszcze Amsterdamer). Chyba tylko Amphora szła w innym kierunku. Po tym, kiedy stwierdzono, że kumaryna spożywana łyżkami szkodzi na wątrobę, skończyło sie babci sranie i dawne holenderskie tytonie pomimo dawnych nazw stały się słodkawymi mieszankami w typie prawie duńskim. Kombinuję, jak to domowym sposobem odkręcić.

  4. Julian
    Julian
    5 kwietnia 2021 at 09:27

    Mam kumarynę krystaliczną, ale to jedna droga (którą wypróbuję niedługo). Będę też próbował alkoholowego maceratu turówki wonnej, to powinno dać podobny efekt, ale z „narodowym akcentem”. Surowa nic nie daje, trzeba zrobić wyciąg, tylko już się przekonałem.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *


*