Diagnoza – fajkoholizm

20 lutego 2010
Autor:

Ci, którzy z papierosów przeszli bądź przechodzą na fajkę, to z pewnością nałogowcy – sami najlepiej wiedzą, jak bolesny jest to proces i ile nerwów kosztuje Czy nałogowo palą ludzie, którzy papierosów nie palili i ograniczają się do kilku fajek w tygodniu, do jednej dziennie, do dwóch? Spotkałem się ze stwierdzeniem, że 2 fajki to jeszcze nie jest uzależnienie, ale trzy – już tak…

Nie jest to strona antynikotynowa – tych jest dość – ale warto znaleźć sobie pewną granicę między czystą przyjemnością a uzależnieniem. Na pewno nie zależy to od ilości napełnionych za dnia kominów, no, nie tylko od ilości… Określenie granicy nałogu jest bardzo proste: jeżeli fajka zaczyna przeszkadzać w życiu, z pewnością palacz jest uzależniony. Ale jako, że każdy uzależniony korzysta z psychologicznego mechanizmu zaprzeczeń i większość z nas powtarza, że fajka nie wpędza go w żadne kłopoty, to warto pewne sytuacje jasno i precyzyjnie zarysować.

Mogę napisać jak to bywało i bywa w moim przypadku i jak siebie oraz swoje palenie postrzegam… Ot, takie wyznania, tak szczere, jak umiem…

1. Problemy w rodzinie…

Czy fajka była powodem konfliktów w domu? No, była, w każdym razie w ogromnej większości rodzin, a już na pewno w takich, gdzie są dorosłe osoby niepalące – fajka musiała być źródłem konfliktu. Nawet kiedy palacz jest człowiekiem wycofującym się i unika sprzeczek – to cierpi, poświęca się i z każdym swoim wyjściem na korytarz, balkon nakręca się coraz mocniej. Wybuch jest kwestią czasu, okoliczności.

Wyznanie

Jakaś rada? Tylko negocjacje i kompromis. Rozwiązanie jest proste – trzeba stwierdzić przed sobą samym i otoczeniem: tak, fajka jest moją słabością i jest dla mnie ważna. Palenie uważam za przyjemność i nie zamierzam z niego rezygnować. Uważam, że mam pełne prawo do – i tu należy jasno i precyzyjnie określić własne terytorium psychologiczne i zawsze reagować, jeśli zostanie ono naruszone.

Niebezpieczeństwa? Przegrane negocjacje! Jeśli po ustaleniach ma się poczucie krzywdy czy przeświadczenie o własnym poświęceniu – sprawa wróci. I będzie bardziej boleć.

Czy może się zdarzyć, że palenie nie sprawia w domu żadnych problemów? Tak! Być może żyjecie wśród aniołów, ale nie można wykluczyć, że psychologiczny mechanizm zaprzeczania rozwinął się do monstrualnych rozmiarów i sami siebie oszukujecie…

W pierwszym przypadku, na kolana i Bogu dziękować. W drugim, poważnie rozważyć wizytę u psychologa lub psychiatry. No, chyba że psychologiczny mechanizm zaprzeczania… i tak do rozwodu. Przesada? No, to poruszcie ten temat między fajczarzami… Ja tam się przez swoje nałogi rozwodziłem. Tytoń miał tu swój wkład niebagatelny.

2. Problemy w pracy…

Zdarzyło mi się nie podjąć ciekawej i dobrze płatnej pracy z powodu zakazu palenia w siedzibie firmy. Konflikty? Jak najbardziej! Nawet awantury – i to w czasach, kiedy normą było palenie w biurze czy w pokoju nauczycielskim. Moja fajka pośród mnóstwa papierosów na takim kolegium redakcyjnym – nabita klanem albo zieloną Amphorą – stanowiła, jak się wyraziła jedna z koleżanek antynikotynistek, raj na wysypisku śmieci. Ale…

Ale palona na przykład przy maszynie do pisania (kto to jeszcze pamięta, te maszyny?), a więc największa i buchająca dymem godzinami, budziła stanowczy protest nawet tych, co całe dnie chodzili z petem przyklejonym w kąciku ust. Intensywny aromat wabi przez pierwsze kilka minut – potem wsiąka we wszystko w co może wsiąknąć. Każdy chyba zna smród przedziałów dla palących ze starych pociągów, szczególnie w regionach, gdzie klasa robotnicza dwa razy dziennie przemieszczała się koleją. To straszny smród…

Ale chyba jeszcze gorszy fetor poczuć można w mieszkaniach, gdzie dwóch, trzech mężczyzn pali fajki nabite aromatami. Żyłem kiedyś przez kilka miesięcy w niewielkim pomieszczeniu, gdzie czterech facetów paliło na co dzień czerwoną Amphorę lub Clana. Z roboty zrezygnowałem, bo nowa kierowniczka zakazała palenia w miejscy pracy, i o ile tolerowała odchodzenie od warsztatu na papieroska, to moich półgodzinnych wyjść „na cybuszek” nie tolerowała i zaczęła się nade mną znęcać. Po kilku miesiącach odwiedziłem starych kolegów hotelu robotniczym – smród w pokoju był powalający. Przedział dla palących w „banie” na trasie Bytom-Katowice, to był – w porównaniu z pomieszczeniem, w którym miesiącami kilku facetów pali aromaty – Kasprowy Wierch ze swoim górskim powietrzem.

Potem przez lata paliłem papierosy – zawsze to szybka aplikacja nikotyny, która nie przeszkadzała mi specjalnie w robocie. Kłopoty zaczęły się przy pierwszych powrotach do fajki. Nawet najbardziej wabiące, wręcz feromonowe aromaty w nadmiarze wywoływały awantury. A wyjścia „na dymka”, bywało, kończyły się nie tylko słowną przepychanką z szefostwem. I za oszewki się chwytaliśmy niekiedy.

Kiedy nadszedł czas pracy przed monitorem i okres internetowy, moja fajka wydała się kolejnym cudem świata – nawet w najbardziej konserwatywnych firmach odsyłano mnie do domu ze służbowym komputerem i z opłaconym przez pracodawcę szybkim łączem (np. 128 kbps). Żyć, nie umierać i zachwycać się tytoniowym aromatem. Ale wówczas jeszcze nie potrafiłem pracować bez nadzoru – i wciąż się powtarzało „za porozumieniem stron”. Mogłem sobie spokojnie palić, ale z roboty wylatywałem.

Prześladowanie, mobbing, dyskryminacja? Otóż wcale nie, to mój wybór. Jeśli proszę o tolerancję dna mojego nałogu, nie mam prawa nie akceptować faktu, że ktoś może nie znosić dymu. Mogę nazywać idiotyzmem planowaną ustawę antynikotynową za jej skrajność, ale nie umiem, i nie chcę, forsować na siłę tego, by niepalący z mojego bezpośredniego otoczenia musieli znosić kłęby dymu, jeśli ich nienawidzą.

Wiele razy szantażowałem w przeszłości moich szefów, rozliczne żony i narzeczone, że jak nie będą akceptować mojego nikotynizmu, to sobie pójdę. Wystarczyło na jakiś czas, a później rzeczywiście odchodziłem. A potem faktycznie odszedłem na dobre – zrezygnowałem z etatów i pracuję we własnym mieszkaniu, w którym mogę sobie włożyć fajkę czy papierosa we wszystkie otwory ciała i buchać dymem jak smolarnie w Bieszczadach.

Mam dwie wersje, dwie idee, które skłoniły mnie do wyboru takiego sposobu życia i pracy – pierwsza, sami wiecie-rozumiecie, to te wszystkie gadania o wolności własnej, o odpowiedzialności za siebie samego… Ta wersja znakomicie podbudowuje moje ego, pozwala mi nawiązywać bliskie stosunki z całkiem mądrymi paniami (z tymi głupimi również). Ale wierzę w nią tylko i wyłącznie w stanie wskazującym, a i to tylko wówczas, gdy wódka doda mi skrzydeł.

Tak naprawdę -  i to jest ta druga, bliższa prawdy wersja – żyję jako „wolny człowiek”, aby nikt mi nie przeszkadzał w bezstresowym oddawaniu się własnym nałogom. Fajce, papierosom, pijaństwu oraz cudzołóstwu. Rzecz jasna, nie powiem o tym każdemu.

Jakaś rada? Nie mam rady, tak sobie bowiem sprawy załatwiłem, że w pracy mogę palić co chcę, kiedy chcę…

A może ktoś by napisał, jak rozwiązał swoje problemy na linii fajka-praca? Jedyne, co mi przychodzi do głowy, to standardowe wychodzenie na papieroska, czyli porzucenie marzenia o fajce w pracy, albo dramatyczne odrzucenie nikotyny na te ileś godzin dziennie. Tragedia!

3. Problemy „na mieście”…

W tym zakresie nie zdarzają się tragedie, ale uwagi o „śmierdzeniu” w środkach komunikacji, czy protestach, kiedy do przechodnia dojdą kłęby dymu z Latakii, słychać od czasu do czasu. Bardziej przykre bywa, kiedy nawet w sali restauracyjnej, w której można palić, ktoś się wydrze: „Zgaś, ku…, to kadzidło!”

Generalnie da się z tym żyć, bo zawsze można znaleźć jakiś spokojny kącik, w którym da się spokojnie fajkę zapalić. Co pewien czas zdarzają się sytuacje, że strasznie cierpię, nie mogąc zapalić.

4. Kłamstwo z powodu fajki…

Czy kłamałem z powodu itp. fajki? Ojej, nadal zdarza mi się łgać jak pies. Choćby wmawiać bliskim, że wszystko, co kupuje do palenia jest o wiele tańsze niż w rzeczywistości. Mój ojciec, który jest oszczędny jak Szkot z Highlandu, pewnie wyrwałby sobie z głowy resztkę włosów, gdyby się dowiedział, ile ja na realizację własnego uzależnienia wydaję pieniędzy. Ale te kłamstwa nie mają za podłożę mojej troski o jego uwłosienie i komfort psychiczny, ale są dla mnie wygodne. Weszły mi w krew. Paskudnie.

Regularnie oszukuję też moich lekarzy, kiedy pytają mnie, ile palę.

Ale te akurat łgarstwa wcale nie są najgorsze spośród tych, które powoduje moje uzależnienie od tytoniu. Ale o nich nie mówię nawet w największych desperacjach…

5. Niekontrolowane wydatki…

O jeeeeeee… Ciągle kupuję za drogie fajki, za drogie tytonie w zbyt dużych ilościach. Bywa, że pożyczam pieniądze na jedzenie, bo przepaliłem te, które miałem przeznaczone na życie. Z jednej strony bywa to groteskowo śmieszne, ale z drugiej – nie zawsze jest mi do śmiechu.

6. Konflikty z prawem…

Nie jakieś specjalnie traumatyczne, do kryminału jeszcze przez palenie fajki nie trafiłem. Ale mandaty w pociągach płaciłem kilka razy. Parę razy włączałem dymem z fajki alarmy przeciwpożarowe w budynkach z całkowitym zakazem palenia – od szpitala, przez biura, po kibel w sądzie w Grodzisku Mazowieckim, skąd miałem zrobić jakiś reportaż…

7. Diagnoza

Co mnie napadło, żeby napisać te dzisiejsze wyznania. Czysty przypadek – wpadłem na stronę koleżanki, która jest psychologiem klinicznym, terapeutką i znalazłem tam sześć pytań, które ułatwiają rozpoznanie uzależnień. Pod warunkiem, że próbuje się na nie odpowiedzieć możliwie szczerze. Spróbowałem.

Nawiasem mówiąc zrobiłem sobie kilka sesji z tymi pytaniami – a propos rozmaitych używek. Wyszło na to, że z dużym prawdopodobieństwem jestem też alkoholikiem, seksoholikiem, nałogowym hazardzistą i obżartuchem, uzależniłem się ciężko od internetu i telewizora, cierpię na pracoholizm…

Znalazłem się po tych diagnozach na skraju depresji. Aż muszę sobie zapalić w mojej piance pocieszenia Petersona Xmasa i strzelić setę rumu. Ten zestaw zawsze mnie wyprowadza z każdego doła.

Zaszufladkowany w kategorii Fajczarskie problemy w dniu 20 lutego 2010 , 03:02

29 komentarzy do “ Diagnoza – fajkoholizm ”

  1. Rheged
    Rheged dnia 20 lutego 2010 o godzinie 11:50

    Puenta doskonała! Pogratulować. W ogóle artykuł ciekawy, ale prezentuje dość radykalne podejście do nałogów. Nie widziałbym siebie tak organizującego sobie życie, aby podporządkować je jeno nałogowym przyjemnościom. Oczywiście – robię wszystko, by podporządkować jak najwięcej, ale znowuż nie jest tego aż tak dużo jak spojrzę trzeźwym okiem.

    Idę na duże ustępstwa – w lato palę zwykle na balkonie, bo uwielbiam swój balkon. To najcudowniejsze pomieszczenie mojego mieszkania, sporo się pod nim dzieje, mam piękny widok na niebo, zarówno w dzień, jak i w nocy. To rozwiązuje właściwie pół roku, bo przez te owe pół roku jest na tyle ciepło, że spokojnie mogę palić. W miesiące późno-jesienne oraz zimowe (oraz wczesno-wiosenne) palę w piwnicy. Nie urąga mi to, nie czuję się gorszy i nie widzę powodu do wstydu. Okadzam sobie podziemia i to tym chętniej, że zwykle jest tam ciszej niż w moim mieszkaniu. Biorę książkę, sprzęt muzyczny i się relaksuję… Czasem palę w mieszkaniu, gdy nikogo nie ma, a ja mam czas wywietrzyć. Wtedy wprawdzie zastanawiam się, czemu idę na te swoje ustępstwa, ale gdy wgłębiam się w temat dochodzę do wniosku, że na przykład – latakii nigdy w pomieszczeniu bym nie zapalił. Nigdy też nie wziąłem jej do pubu, na ulicę.

    Moja kobieta na szczęście uwielbia zapach tytoniu, nawet tego palonego. Sama jest nikotynistką, chętnie fajeczkę pyka. Stąd wniosek, że gdy na własne wreszcie pójdziemy, jeden pokój będzie pracownią i palarnią zarazem. I wreszcie będzie po ludzku, nie wadząc nikomu…

  2. lgatto
    lgatto dnia 20 lutego 2010 o godzinie 12:41

    Jak to napisał Umberto Eco: „Cierpię na zaburzenia wątrobowe, kwaśność moczu, nieżyt nosa, nieżyt żołądka, kolano praczki, łokieć tenisisty, awitaminozę, bóle w stawach i mięśniach, łuskowatość palucha u nogi, egzemę alergiczną i być może nawet trąd. Na szczęście uchroniłem się od hipochondrii.”

    U mnie na szczęście obie kobiety, teściowa i żona, paliły papierosy, gdy z nimi zamieszkałem, a dopiero od stycznia teściowa nie pali, a żona tylko 2-4 papieroski dziennie i ogranicza – ja przeszedłem na fajkę. Na swoich własnych 2m kw. pokoju jest moje miejsce do palenia i pracy, więc mogę robić i palić co chcę, zamykając drzwi. Ale na szczęście, oprócz latakii, nic nie wzbudza głośnych sprzeciwów mimo zawiesiny dymu wiszącej ok. 22 w pokoju. A swoim „Aniołom” dziękuję ile razy mogę ;)

    Koledze mogę tylko doradzić przerzucenie się na mieszanki z przyjemnym Room-note’m, a w moim przypadku wiele też pomaga posadzenie żony przed ekranem lub ladą w sklepie i kazanie wybierania co jej się podoba w sklepie. Jeśli obydwoje się zgodzimy na coś, biorę bez wahania, jak tylko ja popieram tytoń (ahhh ten wspaniały SG Commonwealth), to liczę się z tym, że będą kłótnie lub palenie go w przewiewnym miejscu.

    No i oczywiście gratuluję asertywności, bo ja niestety mam inną hierarchię wartości i na pierwszym miejscu jednak stawiam dobre stosunki z najbliższymi.

  3. Alan
    Alan dnia 20 lutego 2010 o godzinie 13:16

    Gratuluję artykułu. Temat niby na kilka zdań, a jednak wyczerpałeś go na pokaźną długość zachowując treść. Mi się pałętają po głowie ze trzy teksty, ale jakoś brak mi pomysłu jak to zrozumiale napisać (ja w ogóle jestem kiepskim tekściarzem).

    A co do diagnozowania się w innych „dziedzinach” – z tego co mi wiadomo, aby diagnozę odpowiednio przeprowadzić i postawić, musi istnieć jakiś problem. Dość logiczne, bo jeśli ktoś pójdzie do takiego psychologa i każe się zdiagnozować (ot, profilaktycznie), to jest niemal pewne, że lekarz stwierdzi u niego 69% istniejących w psychologii dolegliwości w stanie początkowym lub nieco rozwiniętym.

  4. Wojtek Pastuch
    keilwerth dnia 20 lutego 2010 o godzinie 13:34

    Mimo że nie założyłem jeszcze rodziny (a prawie byłem blisko!:P), to dobrze rozumiem wiele z Twoich problemów. Sam również stawiam swoje fajczenie na pierwszym miejscu. Przez ponad dwa lata wspólnego mieszkania z dziewczyną awantury były na porządku dziennym. Standartowe powitanie po powrocie ukochanej do domu „Co tu tak znowu śmierdzi?!”, standartowa odpowiedź „A jak, kur.., myślisz, fajka!”. Przyznaję, że był to jeden z głównych powodów rozstania. Niestety, tak to już jest. Dziewczyna, z którą się teraz spotykam pali papierosy i kiedy siedzi u mnie nawet przez tydzień to zachwyca się zapachem latakiowych śmierdziuchów. Przedwczoraj paliłem Black Mallory w łóżku i było ok, to dobry znak:) Z ogromną przyjemnością okadzam siebie i mieszkanie oraz wszystkie dozwolone miejsca publiczne. Będę się upierał przy moim fajczeniu i jak ktoś chce ze mną przebywać, to niestety musi się godzić na dym. A room note to dla mnie pojęcie nieznane:P Palę właściwie wyłącznie Latakię, bez najmniejszych skrupułów. Co do miejsc publicznych, to jeżeli można palić to można i koniec, niepalącym papierosy śmierdzą tak samo i nic mnie nie to interesuje, że ktoś nie docenia cudownych aromatów orientu. Wie to mój dobry kolega z PKLF Marcel, z którym czasem spotykam się w miejscach nieco mniej zadymionych i ostatnio stwierdził, że „Ty jak zwykle tę Latakię, dobrze że ja mam Sweet Killarney, to może nie będzie tak czuć”:D
    A o niekontrolowanych wydatkach to mógłbym poprowadzić serię wykładów! Regularnie odmawiam sobie wszystkiego oprócz fajek i tytoni, a potem zajadam zupki z proszku.
    Cóż, taka już nasza natura. Ja tam jednak zamiast słowa nałóg wolę słowo pasja. Przecież gdyby to był tylko nałóg to palilibyśmy wszyscy Ondraszka w jednej, starej gruszce. Na razie się nie martwię i mam nadzieję, że nie nadejdzie moment, w którym moje podejście wyjdzie mi na złe.

    • jalens dnia 20 lutego 2010 o godzinie 13:41

      Wojtku, jakbyś zgadł, za pisanie tego artykułu zabrałem się z myślą o spłodzeniu poradnikowego „Nałóg czy hobby” – a więc i nałóg, i pasja. Ale tak się zakręciłem podczas pisania i zdiagnozowania u siebie szeregu uzależnień, że wszedł on w powyższej postaci do działu z fajkowymi problemami.
      Tak to bywa – Autor pisze, a noszą go sanitariusze z Tworek.

      • jalens dnia 20 lutego 2010 o godzinie 13:43

        Dla kolegów spoza Kongresówki, w Tworkach jest najstarszy i bodaj największy dom wariatów dla Warszawy i okolic.

  5. likewater dnia 21 lutego 2010 o godzinie 21:41

    Witam.Palę od niedawna fajkę.Około 4-5 razy w tygodniu.Przyznam, że temat Fajki nabiera u mnie trendu rozwojowego.Oczywiście staram się byc bardzo uważny w tym co robię.
    1.W domu moim nie pali się w ogóle tytoniu i nawet najzacniejsi goście moich rodziców prawie nigdy nie dostali pozwolenia na zapalenie tytoniu pod żadną postacią.Palę więc wtedy gdy jestem sam, przy lekko uchylonym oknie i w takim czasie abym mógł wywietrzyć dobrze swój pokój.Niewątpliwie jest to wynikiem pewnej tradycji domowiej zakazu palenia z w pomieszczeniu z której nie ukrywam jestem nawet dumny i mimo iż właściwie ją łamię to staram się aby moje palenie było jednak jak najmniej uciążliwe dla innych.
    2.Moja dziewczyna nie lubi niestety zapachu palonego tytoniu – nawet lubianych przez wielu niepalących aromatów a także nie lubi tego co posiadam przez kilka godzin po paleniu w swojej gębie. Z tego też powodu staram się palić w takich momentach, żeby odczuwała to jak najmniej.Oczywiście nie robi nigdy mi awantury z tego powodu, ja zaś staram się nie przeginać i przy niej palić rzadziej.
    3. Mimo wspomnianej tendencji rozwojowej tematu „Fajka” mam głęboką nadzieję, że powyższe 2 poruszone sprawy uda mi się zachować mniej więcej w takim stanie jak je opisałem.Uważam – i byćmoże wiele osób się ze mną nie zgodzi- że Fajka jest pięknym przymiotem męskim, dopóki nie jest ważniejsza od Kobiety. Mam też nadzieję że uda mi się postępować wobec tego co wyżej napisałem.Choć wiem, że może to nie być łatwe.Pozdrawiam.

    • Wojtek Pastuch
      keilwerth dnia 21 lutego 2010 o godzinie 21:54

      „Fajka jest pięknym przymiotem męskim, dopóki nie jest ważniejsza od Kobiety.”
      Masz rację, jednak lepiej mieć dobrą fajkę, niż złą kobietę ;)

    • jalens dnia 21 lutego 2010 o godzinie 22:08

      Życzę Ci Likewaterze, byś nie musiał wybierać nigdy między męskimi przedmiotami a kobietami. Może domowe wychowanie Ci w tym pomoże. Byleś się tylko sam z tym za bardzo nie męczył. Pisanie kobieta przez duże „K” świadczy o pięknym stanie ducha. Ale potem i tak męskie przedmioty stają się coraz ważniejsze :D

    • Rheged
      Rheged dnia 21 lutego 2010 o godzinie 22:36

      Piszesz „W domu moim nie pali się w ogóle tytoniu i nawet najzacniejsi goście moich rodziców prawie nigdy nie dostali pozwolenia na zapalenie tytoniu pod żadną postacią.”. Nie chcę być niegrzeczny, nie bierz do serca, ale ja bym do takiego domu nie wszedł, choćby mnie pługiem mieli zaciągać. Oczywiście pewnie nie zostałbym zaproszony. Pewnie posuwam się w swojej uwadze dość daleko, ale pamiętam, co mi natłuczono do łba w domu, że człowieka nie można hamować w jego przyjemnościach dopóki są one przemyślane i za daleko się nie posuwa. Nie sądzę, żeby palenie było zbyt daleko idącym posunięciem. Gdybym zaś do takiego domu wszedł przypadkiem i ktoś odmówiłby mi możliwości zapalenia, choćby na balkonie, wyszedłbym czym prędzej i już nigdy nie wrócił.

      Niektórym kobietom zaś wydaje się, że tylko Chanel nr 5 pięknie pachnie. Hrabal napisał kiedyś, że prawdziwy mężczyzna powinien cuchnąć moczem, wódą i dobrym tytoniem. Mocz bym z tej listy wyrzucił, z wódą bym polemizował (choć w sumie akceptowalna), reszta moim zdaniem pozostaje w mocy. Jeśli kobieta ogranicza Twoje palenie, będzie ograniczać dalej. Nie, żebym coś sugerował. Po prostu stwierdzam, że nie urodziłeś się pod dobrą gwiazdą…

      Przepraszam, jeśli Cię uraziłem, albo kogokolwiek innego. Po prostu zawsze, gdy coś takiego czytam/słyszę budzi się we mnie wewnętrzny sprzeciw. Nie potrafię wtedy milczeć.

      • likewater dnia 22 lutego 2010 o godzinie 18:42

        „Gdybym zaś do takiego domu wszedł przypadkiem i ktoś odmówiłby mi możliwości zapalenia, choćby na balkonie, wyszedłbym czym prędzej i już nigdy nie wrócił.” – to juz nie mój problem;)A tak poważnie, myślę że to kwestia osobowości. Wielu najróżniejszych palących ludzi przewijało się u mnie w domu i o ile się nie mylę nigdy nie wskazywali iż by miał być to duży problem dla nich.Myślę że lepiej to traktować nie jako zakaz(myślę, że w moim domu jednak by mi nikt stanowczo tego nie zakazał gdybym się uparł) lecz jako uszanowanie pewnej „tradycji” panującej w domu.

        „Hrabal napisał kiedyś, że prawdziwy mężczyzna powinien cuchnąć moczem, wódą i dobrym tytoniem” -lubię Hrabala, nawet kiedyś z kumplem nacieraliśmy się piwem z wiadomych (dla wtajemniczonych) powodów, a „Czuły Barbarzyńca” wyznaczał rytm w jaki chodziliśmy po tym świecie. Nie twierdzę, jednak żeby prawdziwy mężczyzna miał czymkolwiek pachnieć.

        „Jeśli kobieta ogranicza Twoje palenie, będzie ograniczać dalej. Nie, żebym coś sugerował. Po prostu stwierdzam, że nie urodziłeś się pod dobrą gwiazdą…” – to że moja kobieta wypowiada swoje zdanie to jedno – ma do tego jak największe prawo moje palenie dotyczy bezpośrednio jej osoby. To że nigdy mi nie zabroniła zapalenia fajki ani nigdy nie zrobiła awantury z tego powodu to drugie. Staram się po prostu w swoim paleniu uwzględniać drugą osobę. Będąc z kimś blisko stanowi się w pewnym sensie jeden organizm dlatego nie zawsze jest łatwo, ale ma to swoją wartość.

        PO za tym nie uraziłeś mnie. Właściwie nie miałeś czym. Pozdrawiam serdecznie.

        • jalens dnia 22 lutego 2010 o godzinie 19:00

          Szanuję tradycję. Tę domową także. Mam jednak nadzieję, że jeśli to Ty zapraszasz, to mówisz o tym zapraszanym.

          Sam niezwykle rzadko przyjmuję zaproszenia „do niepalących miejsc” – chyba tylko wówczas, kiedy związane jest to z pracą lub innymi kamiennymi obowiązkami, np. do ważnego klienta, do aktualnej o mało co teściowej… Zapewne przyjąłbym takie zaproszenie od Naczelnika Izby Skarbowej oraz Dyrektora Departamentu Należności Trudnych mojego banku.

          Nie zrozum mnie źle – jestem srodze rażony nikotynowym nałogiem i po kwadransie w miejscu z zakazem palenia myślę wyłącznie o tym zakazie palenia. Jestem wówczas kontaktowy jak osiedlowy transformator. Po prostu lepiej, żebym takich miejsc unikał.

          Wyjątkiem bywa sala szpitalna oraz kinowa.

      • Pastor
        Pastor dnia 2 sierpnia 2010 o godzinie 22:28

        „Hrabal napisał kiedyś, że prawdziwy mężczyzna powinien cuchnąć moczem, wódą i dobrym tytoniem. Mocz bym z tej listy wyrzucił, z wódą bym polemizował (choć w sumie akceptowalna), reszta moim zdaniem pozostaje w mocy.”

        Hrabal (alkoholik, nikotynista, skończył śmiercią samobójczą, większość życia przesiedział w ulubionej piwiarni)… hehehe… bez moczu się nie liczy!

  6. heretico
    heretico dnia 22 lutego 2010 o godzinie 11:08

    to ja się pochwalę sztuką dyplomacji – moja Pani nie pali, ojciec od września również przeszedł na jasną (ciemną !?) stronę mocy (pierwszy zawał nie jednemu życie uratował). w domu pali Matula moja i ja – bo ilość tytoniu w domu ma się zgadzać. za każdym razem gdy zamierzam puffnąć, to uprzedzam domowników, a po paleniu (czegokolwiek) intensywnie wietrzę pokój.

    bez urazy Kolego Jalensie, ale musisz być trudnym człowiekiem w dogadywaniu się skoro dochodziło do takich ekstremów w Twoim wykonaniu – rozwody etc.

    stoję na straży poglądu, że wszystko jest kwestią dogadania się, akceptowania partnera z jego wadami, szkodliwymi hobby i kosztownymi pasjami . za to m.in. podziwiam moją Małgorzatkę – mam kilka drogich pasji, a Ona z każdym moim nowym zakupem patrzy litościwie, aby po chwili się uśmiechnąć.

    z całego serca życzę Kolegom aby Ich Panie wykazywały się podobną tolerancją .

    • jalens dnia 22 lutego 2010 o godzinie 12:26

      Przyjacielu, zapewniam Cię, że rozwód może stanowić niekiedy życiowe osiągnięcie. Wręcz ekstremalnie wielkie osiągnięcie. Ty dobrze trafiłeś, czego Co gratuluję.

      • heretico
        heretico dnia 22 lutego 2010 o godzinie 12:30

        wypada mi tylko podziękować.
        poszukiwania trwały parę lat, parę kobiet się przewinęło przez moje życie pozostawiając je w różnych stadiach.

        z pozdrowieniem

        JK

        • jalens dnia 22 lutego 2010 o godzinie 12:42

          Jarku, teraz Ty nie żyw urazy, zasada asertywności – o której wspominam w „zamiast regulaminu” – prosi o ocenianie wypowiedzi, nie zaś ludzi. Mnie Twoje oceny moich zdolności negocjacyjnych nie uraziły, bo jestem gruboskórny jak hipopo. Wiem jednak, że łatwość oceniania innych na internetowych platformach bywa źródłem piekła i dozgonnych antypatii.

          • heretico
            heretico dnia 22 lutego 2010 o godzinie 12:46

            wezmę sobie to głęboko do serca, jednakże złych zamiarów nie miałem. ot, luźna uwaga o kontrowersyjnej treści.
            chylę czoła i składam przeprosiny.

          • jalens dnia 22 lutego 2010 o godzinie 12:51

            Nie ma sprawy, po prostu skorzystałem z okazji, by zareagować. Byłeś pierwszy „w tym temacie”. Mam w planie jeszcze kilka z góry przygotowanych interwencji i tylko czekają na tych pierwszych :) Dziękuję za reakcję, przeprosiny niepotrzebne, ale szczerze przyjęte.

  7. sam dnia 1 maja 2010 o godzinie 18:33

    Dobra, dobra. Może to i prawda z tymi uzależnieniami, ale osobiście uważam, że z głupich rzeczy, które człowiek może robić (w kwestii popularnych nałogów), fajka jest najmądrzejszą. Nie chodzi tylko o zdrowie, czy śmierdzenie itp. Ponieważ przeszedłem parę paskudnych nałogów, to wiele mógłbym pisać, ale nie o to chodzi. Powiem tylko o jednej rzeczy, którą jako nowicjusz właśnie odkrywam. Fajka uspokaja i pozwala organizować życie. Tak. Paradoksalnie doświadczam tego z powodu małej ilości fajek. Nie mam ich tylu aby kopcić kiedy mi się zechce, bo akurat leżakują. To wymaga zorganizowania sobie czasu, bo jak już fajka jest gotowa, to szkoda palić ją mniej niż godzinkę. Uczy cierpliwości i pokory w życiu, bo nie mogę mieć kiedy mi się zechce – trzeba respektować pewne zasady. Uczy odpowiedzialności, bo fajeczkę trzeba czyścić, dbać o nią. To takie proste, ale nie dla wszystkich oczywiste. Niektórzy nawet o małżonki nie dbają, a chcą żeby „nie śmierdziały” odpychająco :) ))) Fajka, o ile jej na to pozwolić, może nauczyć czegoś o życiu. Czy to zatem zły nałóg? Ba, dla niektórych to terapia.
    I co Wy na to? :)

    • jalens dnia 1 maja 2010 o godzinie 18:49

      W psychologii, psychiatrii oraz terapiach uzależnień to, co robisz, nazywa się „mechanizmem zaprzeczeń” oraz intelektualizacją a także racjonalizacją. Jesteś, niestety, klinicznie typowym przypadkiem uzależnionego :) Jak mawia mój kolega zawodowo zajmujący się wariatami – mniej męczące jest przyznanie się do nałogu od zaprzeczania. Ale się ne martw – konstrukcje myślowe, które jesteśmy w stanie zbudować, aby zaprzeczyć własnym słabościom bywają o wiele bardziej „piętrowe” od Twojej. Ale wszystko jeszcze przed Tobą.

      • ben
        ben dnia 3 czerwca 2010 o godzinie 11:15

        Temat leżał odłogiem cały miesiąc, ale podzielę się swoim zdaniem.

        Mogę się zgodzić, że wszelkie próby uzasadnienia palenia fajki da się (przy odrobinie gimnastyki pojęciowej) wrzucić do worka racjonalizacji i intelektualizacji, ale takie podejście nie sięga do sedna sprawy, z dwóch powodów.

        Po pierwsze – kiedy naukowcy zaczęli oglądać rezonansem magnetycznym procesy myślowe ludzi podejmujących rozmaite decyzje to okazało się, że (nieco upraszczając sprawę) kiedy my ciągle się zastanawiamy, nasz mózg już podjął decyzję. Co to ma do racjonalizacji uzależnień? Otóż w gruncie rzeczy wyjaśnienie każdej decyzji jest w jakimś stopniu racjonalizacją, która przychodzi „po fakcie”. Ale to swoją drogą, o wiele ważniejszy jest drugi powód.

        Zacząłem palić fajkę dosłownie kilka dni temu, wcześniej nie paliłem tytoniu. Z jednej strony – dobrowolnie pakuję się w nałóg, co większość osób postronnych uznałoby za nieuzasadnioną i nieodpowiedzialną decyzję… ale powody, które podał Sam, brzmią całkiem znajomo. Decydując się na fajkę, zdecydowałem się na codzienną godzinkę relaksu i refleksji podczas pykania. Mam okazję poćwiczyć trochę cierpliwość, której zawsze mi brakowało… tytoń jest (przynajmniej na razie) zaledwie miłym dodatkiem. Trudno tu mówić o intelektualizacji nałogu, bo powody te miałem w głowie na kilka miesięcy przed ostateczną decyzją o kupnie fajki. :)

        Na razie raczej nie jestem uzależniony, ale jeśli przejdę powyżej jednej fajki dziennie, bez szemrania uznam się za nałogowca, który buduje uzasadnienia dla zgubnego nawyku… co wcale nie znaczy, że są one fałszywe. :)

        • Rheged
          Rheged dnia 3 czerwca 2010 o godzinie 13:04

          Ciekawe są te eksperymenty odnośnie przebiega impulsów elektrycznych w ludzkim mózgu. Chyba jednak nie do końca przebiegały tak, jak piszesz, choć mogę się mylić, a moja wiedza na ten temat już nieco przyblakła (odkąd uczono mnie tego na studiach trochę czasu minęło, a ja nie zgłębiałem tematu). Eksperymentowano ze szklanką na pochyłym stole, jednak na tyle niezauważalna była to pochyłość, iż ludzki umysł odbierał stół jako równy. Szklanka była zaś ustawiona na brzegu i kwestią czasu (tarcie, etc.) było, iż spadnie. W tym czasie badany był zabawiany rozmową, odwracana była jego uwaga od posuwającej się po blacie w kierunku ziemi szklanki. Okazało się jednak, iż pomimo braku koncentracji na samej szklance mózg badanego z minimalnym wyprzedzeniem zdał sobie sprawę, że szklanka za moment spadnie. Mózg wiedział, że szklanka spada, zanim szklanka spadła.

          Tu powstaje pytanie, czy ma to oddziaływanie na ludzkie decyzje. Można twierdzić, z dużym przybliżeniem, iż tak naprawdę jest, że najpierw mózg podejmuje decyzje, a potem nadchodzi racjonalizacja na poziomie świadomości. Jednak samo badanie tego nie wykazało, nawet tego nie dotyczyło. Wykazano, iż mózg po prostu szybciej dostrzega zewnętrzne bodźce i działa przyczynowo-skutkowo (tzn. wiąże działania nadchodzące bezpośrednio po sobie w łańcuchu deterministycznym). O podejmowaniu decyzji nawet się nie zająknięto. Pewności więc nie ma.

          • ben
            ben dnia 3 czerwca 2010 o godzinie 20:18

            Hm… Nie pamiętam źródła eksperymentu, o którym pisałem, więc biję się w piersi – możliwe jest, że był to właśnie eksperyment, o którym piszesz. Sypiąc popiół na czerep wycofuję więc drugi akapit mej wypowiedzi, przynajmniej dopóki nie znajdę czegoś na temat eksperymentu pałętającego mi się na obrzeżach pamięci.

            Podtrzymuję jednak akapity następne – fakt, że nałogowcy mają nawyk racjonalizacji nie oznacza wcale, że powody przez nich podawane są fałszywe.

  8. Kirghen dnia 30 czerwca 2010 o godzinie 13:57

    Witam Kolegów Fajczarzy.

    Na samym początku muszę zaznaczyć, że jestem w temacie fajeczki żółtodziobem i pewnie jak każdy neofita wykazuję się wielkim zapałem w brnięciu w mój nowy nałóg. Od momentu wyrwania się ze szponów papierosowego demona do momentu, w którym po raz pierwszy sięgnąłem po fajkę minęło ponad 5 lat. Przez cały ten czas głosiłem wszem i wobec jakim paskudnym nałogiem jest palenia tego szatańskiego wynalazku.
    Wszystko się zmieniło kiedy 3 miesiące temu znajomi kupili mi na 31 urodziny Capitola. Początkowo myślałem, że będzie sobie owa fajeczka niewinnie stać na półce czekając na krótką chwilę mojego zainteresowania. Dziś wiem jak bardzo się myliłem. Dziś na stojaku dumnie prezentuje się 5 fajek w tym ostatni zakup Peterson Irish Sea. W szafce masa tytoniu – część nie otwarta, część napoczęta. Nie potrafię skończyć jednej koperty lub puszki by nie pobiec do trafiki lub nie zamówić czegoś w sieci.
    Ciągle coś oglądam, coś czytam, planuje nowe zakupy.
    Nie palę dużo. W pracy spróbowałem raz – strata czasu. Nie potrafię jednak odmówić sobie wieczornego pykania.
    Pewnie jestem uzależniony – ale jakoś mnie to nie boli.

    Pozdrawiam

    • jalens dnia 30 czerwca 2010 o godzinie 14:29

      Ależ skąd, nie jesteś uzależniony, absolutnie :D
      I ja serdecznie witam.

      • Kirghen dnia 30 czerwca 2010 o godzinie 14:33

        Jeśli jeszcze nie jestem, to na pewno pędzę w kierunku nałogu z prędkością afrykańskiej jaskółki.

        Miło jest odnaleźć kolegów w szponach dymnego dusiołka

        Pozdrawiam serdecznie

  9. Janusz
    Janusz dnia 8 maja 2011 o godzinie 18:34

    W niedzielne popołudnie ….znalazłem ten temat ii..
    Kiedyś już pisałem , że po około 25 latach zacząłem znowu palić fajkę . Znowu bo wcześniej paliłem papierosy i interesowałem się fajką no ale w czasach PRL-u to było trudne ). W rok po założeniu rodziny dzięki Bogu rozpocząłem ascetyczny tryb życia , który bardzo mnie fascynował i fascynuje .. po wychowaniu trójki dzieci postawieniu domu nasadzeniu drzew i doczekaniu się wnuka ..! temat powrócił jak bumerang ?? Początkowo to pragnienie budziło we mnie poczucie przegranej jakiegoś absurdu po miesiącu wrzuciłem 3 fajki z tytoniem do kotła CO i …….po dwóch tygodniach po rozmowie z żoną kupiłem następną no i jestem z Wami….. z wielką pokorą stwierdzam że nie zawsze i nie wszystko co robimy w życiu da się ogarnąć, powiem szczerze, że nie do końca rozumiem…… .pozostaje tylko dziękować Bogu że pozwolił na tą 25 lotnią przygodę . Człowiek rozwija się do końca swoich dni a ten obecny stan prowokuję poszukiwania w głębi swojego jestestwa i poznawania zakamarków ……….? Wydaje mi się że nałogowcem jest się na zawsze …..ale……..

  10. cezare
    cezare dnia 6 stycznia 2012 o godzinie 23:47

    Miałem lat 26 wuj dał mi swój lekki zestaw fajek jakieś kaywoodie, falcony jakiegoś benta Hardcastle’a z którego się śmiałem bo wyglądałem z tym kosmicznie nieporęcznie, do tego japońską zapalniczkę mechaniczną z lat 60′tych saszetkę skórkową na tytoń i fajkę, humidor i opowiadając o tej zarzuconej przez siebie pasji zaczął uczyć mnie palić fajkę na kentucky bird.. do dziś pamiętam jakie to było dziwne odczucie inne niż teraz… popaliłem może parę miesięcy nie odczuwając nic z tytoniowego smaku a rodzina zaczęła bacznie kontrolować by tego Kentucky mi nie zabrakło.. aż uzbierał się cały pojemnik… wróciłem po 12 latach do fajki, zacząłem czytać o smakach tytoniach.. oczywiście zaopatrzony jestem w kolekcję aromatów ( a jakże.. ), ale na tyle to wszystko cenię że spalę to kiedyś choć dziś wolę czystą VA… Wuj zmarł parę miesięcy temu po ciężkiej chorobie i nie zdążył zobaczyć mnie już w ewolucji… kupiłem parę fajek Stanwell’a – zresztą na polowania na okazje w sieci mógłbym spędzać wieczory całe.. a fajki praktycznie już z ust nie wyciągam choć gardło lubi drapnąć… palę bez filtra – z filtrem nic nie czuję.. jestem mu wdzięczny że nauczył mnie podstaw, że teraz wracając po tylu latach nie zdarzyło mi się fajki przechylić tak by poczuć kondensat, że nabijania nauczył mnie pilnie i że siedział wtedy ze mną sam już nie paląc – po prostu uczył.. wtedy wydawało mi się że nie nauczył, a jednak …
    Dziękuję Staszku…

Skomentuj ten artykuł

*