Diagnoza – fajkoholizm

20 lutego 2010
By

Ci, którzy z papierosów przeszli bądź przechodzą na fajkę, to z pewnością nałogowcy – sami najlepiej wiedzą, jak bolesny jest to proces i ile nerwów kosztuje Czy nałogowo palą ludzie, którzy papierosów nie palili i ograniczają się do kilku fajek w tygodniu, do jednej dziennie, do dwóch? Spotkałem się ze stwierdzeniem, że 2 fajki to jeszcze nie jest uzależnienie, ale trzy – już tak…

Nie jest to strona antynikotynowa – tych jest dość – ale warto znaleźć sobie pewną granicę między czystą przyjemnością a uzależnieniem. Na pewno nie zależy to od ilości napełnionych za dnia kominów, no, nie tylko od ilości… Określenie granicy nałogu jest bardzo proste: jeżeli fajka zaczyna przeszkadzać w życiu, z pewnością palacz jest uzależniony. Ale jako, że każdy uzależniony korzysta z psychologicznego mechanizmu zaprzeczeń i większość z nas powtarza, że fajka nie wpędza go w żadne kłopoty, to warto pewne sytuacje jasno i precyzyjnie zarysować.

Mogę napisać jak to bywało i bywa w moim przypadku i jak siebie oraz swoje palenie postrzegam… Ot, takie wyznania, tak szczere, jak umiem…

1. Problemy w rodzinie…

Czy fajka była powodem konfliktów w domu? No, była, w każdym razie w ogromnej większości rodzin, a już na pewno w takich, gdzie są dorosłe osoby niepalące – fajka musiała być źródłem konfliktu. Nawet kiedy palacz jest człowiekiem wycofującym się i unika sprzeczek – to cierpi, poświęca się i z każdym swoim wyjściem na korytarz, balkon nakręca się coraz mocniej. Wybuch jest kwestią czasu, okoliczności.

Wyznanie

Jakaś rada? Tylko negocjacje i kompromis. Rozwiązanie jest proste – trzeba stwierdzić przed sobą samym i otoczeniem: tak, fajka jest moją słabością i jest dla mnie ważna. Palenie uważam za przyjemność i nie zamierzam z niego rezygnować. Uważam, że mam pełne prawo do – i tu należy jasno i precyzyjnie określić własne terytorium psychologiczne i zawsze reagować, jeśli zostanie ono naruszone.

Niebezpieczeństwa? Przegrane negocjacje! Jeśli po ustaleniach ma się poczucie krzywdy czy przeświadczenie o własnym poświęceniu – sprawa wróci. I będzie bardziej boleć.

Czy może się zdarzyć, że palenie nie sprawia w domu żadnych problemów? Tak! Być może żyjecie wśród aniołów, ale nie można wykluczyć, że psychologiczny mechanizm zaprzeczania rozwinął się do monstrualnych rozmiarów i sami siebie oszukujecie…

W pierwszym przypadku, na kolana i Bogu dziękować. W drugim, poważnie rozważyć wizytę u psychologa lub psychiatry. No, chyba że psychologiczny mechanizm zaprzeczania… i tak do rozwodu. Przesada? No, to poruszcie ten temat między fajczarzami… Ja tam się przez swoje nałogi rozwodziłem. Tytoń miał tu swój wkład niebagatelny.

2. Problemy w pracy…

Zdarzyło mi się nie podjąć ciekawej i dobrze płatnej pracy z powodu zakazu palenia w siedzibie firmy. Konflikty? Jak najbardziej! Nawet awantury – i to w czasach, kiedy normą było palenie w biurze czy w pokoju nauczycielskim. Moja fajka pośród mnóstwa papierosów na takim kolegium redakcyjnym – nabita klanem albo zieloną Amphorą – stanowiła, jak się wyraziła jedna z koleżanek antynikotynistek, raj na wysypisku śmieci. Ale…

Ale palona na przykład przy maszynie do pisania (kto to jeszcze pamięta, te maszyny?), a więc największa i buchająca dymem godzinami, budziła stanowczy protest nawet tych, co całe dnie chodzili z petem przyklejonym w kąciku ust. Intensywny aromat wabi przez pierwsze kilka minut – potem wsiąka we wszystko w co może wsiąknąć. Każdy chyba zna smród przedziałów dla palących ze starych pociągów, szczególnie w regionach, gdzie klasa robotnicza dwa razy dziennie przemieszczała się koleją. To straszny smród…

Ale chyba jeszcze gorszy fetor poczuć można w mieszkaniach, gdzie dwóch, trzech mężczyzn pali fajki nabite aromatami. Żyłem kiedyś przez kilka miesięcy w niewielkim pomieszczeniu, gdzie czterech facetów paliło na co dzień czerwoną Amphorę lub Clana. Z roboty zrezygnowałem, bo nowa kierowniczka zakazała palenia w miejscy pracy, i o ile tolerowała odchodzenie od warsztatu na papieroska, to moich półgodzinnych wyjść „na cybuszek” nie tolerowała i zaczęła się nade mną znęcać. Po kilku miesiącach odwiedziłem starych kolegów hotelu robotniczym – smród w pokoju był powalający. Przedział dla palących w „banie” na trasie Bytom-Katowice, to był – w porównaniu z pomieszczeniem, w którym miesiącami kilku facetów pali aromaty – Kasprowy Wierch ze swoim górskim powietrzem.

Potem przez lata paliłem papierosy – zawsze to szybka aplikacja nikotyny, która nie przeszkadzała mi specjalnie w robocie. Kłopoty zaczęły się przy pierwszych powrotach do fajki. Nawet najbardziej wabiące, wręcz feromonowe aromaty w nadmiarze wywoływały awantury. A wyjścia „na dymka”, bywało, kończyły się nie tylko słowną przepychanką z szefostwem. I za oszewki się chwytaliśmy niekiedy.

Kiedy nadszedł czas pracy przed monitorem i okres internetowy, moja fajka wydała się kolejnym cudem świata – nawet w najbardziej konserwatywnych firmach odsyłano mnie do domu ze służbowym komputerem i z opłaconym przez pracodawcę szybkim łączem (np. 128 kbps). Żyć, nie umierać i zachwycać się tytoniowym aromatem. Ale wówczas jeszcze nie potrafiłem pracować bez nadzoru – i wciąż się powtarzało „za porozumieniem stron”. Mogłem sobie spokojnie palić, ale z roboty wylatywałem.

Prześladowanie, mobbing, dyskryminacja? Otóż wcale nie, to mój wybór. Jeśli proszę o tolerancję dna mojego nałogu, nie mam prawa nie akceptować faktu, że ktoś może nie znosić dymu. Mogę nazywać idiotyzmem planowaną ustawę antynikotynową za jej skrajność, ale nie umiem, i nie chcę, forsować na siłę tego, by niepalący z mojego bezpośredniego otoczenia musieli znosić kłęby dymu, jeśli ich nienawidzą.

Wiele razy szantażowałem w przeszłości moich szefów, rozliczne żony i narzeczone, że jak nie będą akceptować mojego nikotynizmu, to sobie pójdę. Wystarczyło na jakiś czas, a później rzeczywiście odchodziłem. A potem faktycznie odszedłem na dobre – zrezygnowałem z etatów i pracuję we własnym mieszkaniu, w którym mogę sobie włożyć fajkę czy papierosa we wszystkie otwory ciała i buchać dymem jak smolarnie w Bieszczadach.

Mam dwie wersje, dwie idee, które skłoniły mnie do wyboru takiego sposobu życia i pracy – pierwsza, sami wiecie-rozumiecie, to te wszystkie gadania o wolności własnej, o odpowiedzialności za siebie samego… Ta wersja znakomicie podbudowuje moje ego, pozwala mi nawiązywać bliskie stosunki z całkiem mądrymi paniami (z tymi głupimi również). Ale wierzę w nią tylko i wyłącznie w stanie wskazującym, a i to tylko wówczas, gdy wódka doda mi skrzydeł.

Tak naprawdę –  i to jest ta druga, bliższa prawdy wersja – żyję jako „wolny człowiek”, aby nikt mi nie przeszkadzał w bezstresowym oddawaniu się własnym nałogom. Fajce, papierosom, pijaństwu oraz cudzołóstwu. Rzecz jasna, nie powiem o tym każdemu.

Jakaś rada? Nie mam rady, tak sobie bowiem sprawy załatwiłem, że w pracy mogę palić co chcę, kiedy chcę…

A może ktoś by napisał, jak rozwiązał swoje problemy na linii fajka-praca? Jedyne, co mi przychodzi do głowy, to standardowe wychodzenie na papieroska, czyli porzucenie marzenia o fajce w pracy, albo dramatyczne odrzucenie nikotyny na te ileś godzin dziennie. Tragedia!

3. Problemy „na mieście”…

W tym zakresie nie zdarzają się tragedie, ale uwagi o „śmierdzeniu” w środkach komunikacji, czy protestach, kiedy do przechodnia dojdą kłęby dymu z Latakii, słychać od czasu do czasu. Bardziej przykre bywa, kiedy nawet w sali restauracyjnej, w której można palić, ktoś się wydrze: „Zgaś, ku…, to kadzidło!”

Generalnie da się z tym żyć, bo zawsze można znaleźć jakiś spokojny kącik, w którym da się spokojnie fajkę zapalić. Co pewien czas zdarzają się sytuacje, że strasznie cierpię, nie mogąc zapalić.

4. Kłamstwo z powodu fajki…

Czy kłamałem z powodu itp. fajki? Ojej, nadal zdarza mi się łgać jak pies. Choćby wmawiać bliskim, że wszystko, co kupuje do palenia jest o wiele tańsze niż w rzeczywistości. Mój ojciec, który jest oszczędny jak Szkot z Highlandu, pewnie wyrwałby sobie z głowy resztkę włosów, gdyby się dowiedział, ile ja na realizację własnego uzależnienia wydaję pieniędzy. Ale te kłamstwa nie mają za podłożę mojej troski o jego uwłosienie i komfort psychiczny, ale są dla mnie wygodne. Weszły mi w krew. Paskudnie.

Regularnie oszukuję też moich lekarzy, kiedy pytają mnie, ile palę.

Ale te akurat łgarstwa wcale nie są najgorsze spośród tych, które powoduje moje uzależnienie od tytoniu. Ale o nich nie mówię nawet w największych desperacjach…

5. Niekontrolowane wydatki…

O jeeeeeee… Ciągle kupuję za drogie fajki, za drogie tytonie w zbyt dużych ilościach. Bywa, że pożyczam pieniądze na jedzenie, bo przepaliłem te, które miałem przeznaczone na życie. Z jednej strony bywa to groteskowo śmieszne, ale z drugiej – nie zawsze jest mi do śmiechu.

6. Konflikty z prawem…

Nie jakieś specjalnie traumatyczne, do kryminału jeszcze przez palenie fajki nie trafiłem. Ale mandaty w pociągach płaciłem kilka razy. Parę razy włączałem dymem z fajki alarmy przeciwpożarowe w budynkach z całkowitym zakazem palenia – od szpitala, przez biura, po kibel w sądzie w Grodzisku Mazowieckim, skąd miałem zrobić jakiś reportaż…

7. Diagnoza

Co mnie napadło, żeby napisać te dzisiejsze wyznania. Czysty przypadek – wpadłem na stronę koleżanki, która jest psychologiem klinicznym, terapeutką i znalazłem tam sześć pytań, które ułatwiają rozpoznanie uzależnień. Pod warunkiem, że próbuje się na nie odpowiedzieć możliwie szczerze. Spróbowałem.

Nawiasem mówiąc zrobiłem sobie kilka sesji z tymi pytaniami – a propos rozmaitych używek. Wyszło na to, że z dużym prawdopodobieństwem jestem też alkoholikiem, seksoholikiem, nałogowym hazardzistą i obżartuchem, uzależniłem się ciężko od internetu i telewizora, cierpię na pracoholizm…

Znalazłem się po tych diagnozach na skraju depresji. Aż muszę sobie zapalić w mojej piance pocieszenia Petersona Xmasa i strzelić setę rumu. Ten zestaw zawsze mnie wyprowadza z każdego doła.

Tags: ,

39 Responses to Diagnoza – fajkoholizm

  1. Rheged
    20 lutego 2010 at 11:50

    Puenta doskonała! Pogratulować. W ogóle artykuł ciekawy, ale prezentuje dość radykalne podejście do nałogów. Nie widziałbym siebie tak organizującego sobie życie, aby podporządkować je jeno nałogowym przyjemnościom. Oczywiście – robię wszystko, by podporządkować jak najwięcej, ale znowuż nie jest tego aż tak dużo jak spojrzę trzeźwym okiem.

    Idę na duże ustępstwa – w lato palę zwykle na balkonie, bo uwielbiam swój balkon. To najcudowniejsze pomieszczenie mojego mieszkania, sporo się pod nim dzieje, mam piękny widok na niebo, zarówno w dzień, jak i w nocy. To rozwiązuje właściwie pół roku, bo przez te owe pół roku jest na tyle ciepło, że spokojnie mogę palić. W miesiące późno-jesienne oraz zimowe (oraz wczesno-wiosenne) palę w piwnicy. Nie urąga mi to, nie czuję się gorszy i nie widzę powodu do wstydu. Okadzam sobie podziemia i to tym chętniej, że zwykle jest tam ciszej niż w moim mieszkaniu. Biorę książkę, sprzęt muzyczny i się relaksuję… Czasem palę w mieszkaniu, gdy nikogo nie ma, a ja mam czas wywietrzyć. Wtedy wprawdzie zastanawiam się, czemu idę na te swoje ustępstwa, ale gdy wgłębiam się w temat dochodzę do wniosku, że na przykład – latakii nigdy w pomieszczeniu bym nie zapalił. Nigdy też nie wziąłem jej do pubu, na ulicę.

    Moja kobieta na szczęście uwielbia zapach tytoniu, nawet tego palonego. Sama jest nikotynistką, chętnie fajeczkę pyka. Stąd wniosek, że gdy na własne wreszcie pójdziemy, jeden pokój będzie pracownią i palarnią zarazem. I wreszcie będzie po ludzku, nie wadząc nikomu…

  2. lgatto
    lgatto
    20 lutego 2010 at 12:41

    Jak to napisał Umberto Eco: „Cierpię na zaburzenia wątrobowe, kwaśność moczu, nieżyt nosa, nieżyt żołądka, kolano praczki, łokieć tenisisty, awitaminozę, bóle w stawach i mięśniach, łuskowatość palucha u nogi, egzemę alergiczną i być może nawet trąd. Na szczęście uchroniłem się od hipochondrii.”

    U mnie na szczęście obie kobiety, teściowa i żona, paliły papierosy, gdy z nimi zamieszkałem, a dopiero od stycznia teściowa nie pali, a żona tylko 2-4 papieroski dziennie i ogranicza – ja przeszedłem na fajkę. Na swoich własnych 2m kw. pokoju jest moje miejsce do palenia i pracy, więc mogę robić i palić co chcę, zamykając drzwi. Ale na szczęście, oprócz latakii, nic nie wzbudza głośnych sprzeciwów mimo zawiesiny dymu wiszącej ok. 22 w pokoju. A swoim „Aniołom” dziękuję ile razy mogę ;)

    Koledze mogę tylko doradzić przerzucenie się na mieszanki z przyjemnym Room-note’m, a w moim przypadku wiele też pomaga posadzenie żony przed ekranem lub ladą w sklepie i kazanie wybierania co jej się podoba w sklepie. Jeśli obydwoje się zgodzimy na coś, biorę bez wahania, jak tylko ja popieram tytoń (ahhh ten wspaniały SG Commonwealth), to liczę się z tym, że będą kłótnie lub palenie go w przewiewnym miejscu.

    No i oczywiście gratuluję asertywności, bo ja niestety mam inną hierarchię wartości i na pierwszym miejscu jednak stawiam dobre stosunki z najbliższymi.

  3. Alan
    Alan
    20 lutego 2010 at 13:16

    Gratuluję artykułu. Temat niby na kilka zdań, a jednak wyczerpałeś go na pokaźną długość zachowując treść. Mi się pałętają po głowie ze trzy teksty, ale jakoś brak mi pomysłu jak to zrozumiale napisać (ja w ogóle jestem kiepskim tekściarzem).

    A co do diagnozowania się w innych „dziedzinach” – z tego co mi wiadomo, aby diagnozę odpowiednio przeprowadzić i postawić, musi istnieć jakiś problem. Dość logiczne, bo jeśli ktoś pójdzie do takiego psychologa i każe się zdiagnozować (ot, profilaktycznie), to jest niemal pewne, że lekarz stwierdzi u niego 69% istniejących w psychologii dolegliwości w stanie początkowym lub nieco rozwiniętym.

  4. 20 lutego 2010 at 13:41

    Wojtku, jakbyś zgadł, za pisanie tego artykułu zabrałem się z myślą o spłodzeniu poradnikowego „Nałóg czy hobby” – a więc i nałóg, i pasja. Ale tak się zakręciłem podczas pisania i zdiagnozowania u siebie szeregu uzależnień, że wszedł on w powyższej postaci do działu z fajkowymi problemami.
    Tak to bywa – Autor pisze, a noszą go sanitariusze z Tworek.

    • 20 lutego 2010 at 13:43

      Dla kolegów spoza Kongresówki, w Tworkach jest najstarszy i bodaj największy dom wariatów dla Warszawy i okolic.

  5. likewater
    21 lutego 2010 at 21:41

    Witam.Palę od niedawna fajkę.Około 4-5 razy w tygodniu.Przyznam, że temat Fajki nabiera u mnie trendu rozwojowego.Oczywiście staram się byc bardzo uważny w tym co robię.
    1.W domu moim nie pali się w ogóle tytoniu i nawet najzacniejsi goście moich rodziców prawie nigdy nie dostali pozwolenia na zapalenie tytoniu pod żadną postacią.Palę więc wtedy gdy jestem sam, przy lekko uchylonym oknie i w takim czasie abym mógł wywietrzyć dobrze swój pokój.Niewątpliwie jest to wynikiem pewnej tradycji domowiej zakazu palenia z w pomieszczeniu z której nie ukrywam jestem nawet dumny i mimo iż właściwie ją łamię to staram się aby moje palenie było jednak jak najmniej uciążliwe dla innych.
    2.Moja dziewczyna nie lubi niestety zapachu palonego tytoniu – nawet lubianych przez wielu niepalących aromatów a także nie lubi tego co posiadam przez kilka godzin po paleniu w swojej gębie. Z tego też powodu staram się palić w takich momentach, żeby odczuwała to jak najmniej.Oczywiście nie robi nigdy mi awantury z tego powodu, ja zaś staram się nie przeginać i przy niej palić rzadziej.
    3. Mimo wspomnianej tendencji rozwojowej tematu „Fajka” mam głęboką nadzieję, że powyższe 2 poruszone sprawy uda mi się zachować mniej więcej w takim stanie jak je opisałem.Uważam – i byćmoże wiele osób się ze mną nie zgodzi- że Fajka jest pięknym przymiotem męskim, dopóki nie jest ważniejsza od Kobiety. Mam też nadzieję że uda mi się postępować wobec tego co wyżej napisałem.Choć wiem, że może to nie być łatwe.Pozdrawiam.

    • 21 lutego 2010 at 22:08

      Życzę Ci Likewaterze, byś nie musiał wybierać nigdy między męskimi przedmiotami a kobietami. Może domowe wychowanie Ci w tym pomoże. Byleś się tylko sam z tym za bardzo nie męczył. Pisanie kobieta przez duże „K” świadczy o pięknym stanie ducha. Ale potem i tak męskie przedmioty stają się coraz ważniejsze :D

    • Rheged
      21 lutego 2010 at 22:36

      Piszesz „W domu moim nie pali się w ogóle tytoniu i nawet najzacniejsi goście moich rodziców prawie nigdy nie dostali pozwolenia na zapalenie tytoniu pod żadną postacią.”. Nie chcę być niegrzeczny, nie bierz do serca, ale ja bym do takiego domu nie wszedł, choćby mnie pługiem mieli zaciągać. Oczywiście pewnie nie zostałbym zaproszony. Pewnie posuwam się w swojej uwadze dość daleko, ale pamiętam, co mi natłuczono do łba w domu, że człowieka nie można hamować w jego przyjemnościach dopóki są one przemyślane i za daleko się nie posuwa. Nie sądzę, żeby palenie było zbyt daleko idącym posunięciem. Gdybym zaś do takiego domu wszedł przypadkiem i ktoś odmówiłby mi możliwości zapalenia, choćby na balkonie, wyszedłbym czym prędzej i już nigdy nie wrócił.

      Niektórym kobietom zaś wydaje się, że tylko Chanel nr 5 pięknie pachnie. Hrabal napisał kiedyś, że prawdziwy mężczyzna powinien cuchnąć moczem, wódą i dobrym tytoniem. Mocz bym z tej listy wyrzucił, z wódą bym polemizował (choć w sumie akceptowalna), reszta moim zdaniem pozostaje w mocy. Jeśli kobieta ogranicza Twoje palenie, będzie ograniczać dalej. Nie, żebym coś sugerował. Po prostu stwierdzam, że nie urodziłeś się pod dobrą gwiazdą…

      Przepraszam, jeśli Cię uraziłem, albo kogokolwiek innego. Po prostu zawsze, gdy coś takiego czytam/słyszę budzi się we mnie wewnętrzny sprzeciw. Nie potrafię wtedy milczeć.

      • likewater
        22 lutego 2010 at 18:42

        „Gdybym zaś do takiego domu wszedł przypadkiem i ktoś odmówiłby mi możliwości zapalenia, choćby na balkonie, wyszedłbym czym prędzej i już nigdy nie wrócił.” – to juz nie mój problem;)A tak poważnie, myślę że to kwestia osobowości. Wielu najróżniejszych palących ludzi przewijało się u mnie w domu i o ile się nie mylę nigdy nie wskazywali iż by miał być to duży problem dla nich.Myślę że lepiej to traktować nie jako zakaz(myślę, że w moim domu jednak by mi nikt stanowczo tego nie zakazał gdybym się uparł) lecz jako uszanowanie pewnej „tradycji” panującej w domu.

        „Hrabal napisał kiedyś, że prawdziwy mężczyzna powinien cuchnąć moczem, wódą i dobrym tytoniem” -lubię Hrabala, nawet kiedyś z kumplem nacieraliśmy się piwem z wiadomych (dla wtajemniczonych) powodów, a „Czuły Barbarzyńca” wyznaczał rytm w jaki chodziliśmy po tym świecie. Nie twierdzę, jednak żeby prawdziwy mężczyzna miał czymkolwiek pachnieć.

        „Jeśli kobieta ogranicza Twoje palenie, będzie ograniczać dalej. Nie, żebym coś sugerował. Po prostu stwierdzam, że nie urodziłeś się pod dobrą gwiazdą…” – to że moja kobieta wypowiada swoje zdanie to jedno – ma do tego jak największe prawo moje palenie dotyczy bezpośrednio jej osoby. To że nigdy mi nie zabroniła zapalenia fajki ani nigdy nie zrobiła awantury z tego powodu to drugie. Staram się po prostu w swoim paleniu uwzględniać drugą osobę. Będąc z kimś blisko stanowi się w pewnym sensie jeden organizm dlatego nie zawsze jest łatwo, ale ma to swoją wartość.

        PO za tym nie uraziłeś mnie. Właściwie nie miałeś czym. Pozdrawiam serdecznie.

        • 22 lutego 2010 at 19:00

          Szanuję tradycję. Tę domową także. Mam jednak nadzieję, że jeśli to Ty zapraszasz, to mówisz o tym zapraszanym.

          Sam niezwykle rzadko przyjmuję zaproszenia „do niepalących miejsc” – chyba tylko wówczas, kiedy związane jest to z pracą lub innymi kamiennymi obowiązkami, np. do ważnego klienta, do aktualnej o mało co teściowej… Zapewne przyjąłbym takie zaproszenie od Naczelnika Izby Skarbowej oraz Dyrektora Departamentu Należności Trudnych mojego banku.

          Nie zrozum mnie źle – jestem srodze rażony nikotynowym nałogiem i po kwadransie w miejscu z zakazem palenia myślę wyłącznie o tym zakazie palenia. Jestem wówczas kontaktowy jak osiedlowy transformator. Po prostu lepiej, żebym takich miejsc unikał.

          Wyjątkiem bywa sala szpitalna oraz kinowa.

      • Pastor
        Pastor
        2 sierpnia 2010 at 22:28

        „Hrabal napisał kiedyś, że prawdziwy mężczyzna powinien cuchnąć moczem, wódą i dobrym tytoniem. Mocz bym z tej listy wyrzucił, z wódą bym polemizował (choć w sumie akceptowalna), reszta moim zdaniem pozostaje w mocy.”

        Hrabal (alkoholik, nikotynista, skończył śmiercią samobójczą, większość życia przesiedział w ulubionej piwiarni)… hehehe… bez moczu się nie liczy!

  6. heretico
    22 lutego 2010 at 11:08

    to ja się pochwalę sztuką dyplomacji – moja Pani nie pali, ojciec od września również przeszedł na jasną (ciemną !?) stronę mocy (pierwszy zawał nie jednemu życie uratował). w domu pali Matula moja i ja – bo ilość tytoniu w domu ma się zgadzać. za każdym razem gdy zamierzam puffnąć, to uprzedzam domowników, a po paleniu (czegokolwiek) intensywnie wietrzę pokój.

    bez urazy Kolego Jalensie, ale musisz być trudnym człowiekiem w dogadywaniu się skoro dochodziło do takich ekstremów w Twoim wykonaniu – rozwody etc.

    stoję na straży poglądu, że wszystko jest kwestią dogadania się, akceptowania partnera z jego wadami, szkodliwymi hobby i kosztownymi pasjami . za to m.in. podziwiam moją Małgorzatkę – mam kilka drogich pasji, a Ona z każdym moim nowym zakupem patrzy litościwie, aby po chwili się uśmiechnąć.

    z całego serca życzę Kolegom aby Ich Panie wykazywały się podobną tolerancją .

    • 22 lutego 2010 at 12:26

      Przyjacielu, zapewniam Cię, że rozwód może stanowić niekiedy życiowe osiągnięcie. Wręcz ekstremalnie wielkie osiągnięcie. Ty dobrze trafiłeś, czego Co gratuluję.

      • heretico
        22 lutego 2010 at 12:30

        wypada mi tylko podziękować.
        poszukiwania trwały parę lat, parę kobiet się przewinęło przez moje życie pozostawiając je w różnych stadiach.

        z pozdrowieniem

        JK

        • 22 lutego 2010 at 12:42

          Jarku, teraz Ty nie żyw urazy, zasada asertywności – o której wspominam w „zamiast regulaminu” – prosi o ocenianie wypowiedzi, nie zaś ludzi. Mnie Twoje oceny moich zdolności negocjacyjnych nie uraziły, bo jestem gruboskórny jak hipopo. Wiem jednak, że łatwość oceniania innych na internetowych platformach bywa źródłem piekła i dozgonnych antypatii.

          • heretico
            22 lutego 2010 at 12:46

            wezmę sobie to głęboko do serca, jednakże złych zamiarów nie miałem. ot, luźna uwaga o kontrowersyjnej treści.
            chylę czoła i składam przeprosiny.

          • 22 lutego 2010 at 12:51

            Nie ma sprawy, po prostu skorzystałem z okazji, by zareagować. Byłeś pierwszy „w tym temacie”. Mam w planie jeszcze kilka z góry przygotowanych interwencji i tylko czekają na tych pierwszych :) Dziękuję za reakcję, przeprosiny niepotrzebne, ale szczerze przyjęte.

  7. sam
    1 maja 2010 at 18:33

    Dobra, dobra. Może to i prawda z tymi uzależnieniami, ale osobiście uważam, że z głupich rzeczy, które człowiek może robić (w kwestii popularnych nałogów), fajka jest najmądrzejszą. Nie chodzi tylko o zdrowie, czy śmierdzenie itp. Ponieważ przeszedłem parę paskudnych nałogów, to wiele mógłbym pisać, ale nie o to chodzi. Powiem tylko o jednej rzeczy, którą jako nowicjusz właśnie odkrywam. Fajka uspokaja i pozwala organizować życie. Tak. Paradoksalnie doświadczam tego z powodu małej ilości fajek. Nie mam ich tylu aby kopcić kiedy mi się zechce, bo akurat leżakują. To wymaga zorganizowania sobie czasu, bo jak już fajka jest gotowa, to szkoda palić ją mniej niż godzinkę. Uczy cierpliwości i pokory w życiu, bo nie mogę mieć kiedy mi się zechce – trzeba respektować pewne zasady. Uczy odpowiedzialności, bo fajeczkę trzeba czyścić, dbać o nią. To takie proste, ale nie dla wszystkich oczywiste. Niektórzy nawet o małżonki nie dbają, a chcą żeby „nie śmierdziały” odpychająco :)))) Fajka, o ile jej na to pozwolić, może nauczyć czegoś o życiu. Czy to zatem zły nałóg? Ba, dla niektórych to terapia.
    I co Wy na to? :)

    • 1 maja 2010 at 18:49

      W psychologii, psychiatrii oraz terapiach uzależnień to, co robisz, nazywa się „mechanizmem zaprzeczeń” oraz intelektualizacją a także racjonalizacją. Jesteś, niestety, klinicznie typowym przypadkiem uzależnionego :) Jak mawia mój kolega zawodowo zajmujący się wariatami – mniej męczące jest przyznanie się do nałogu od zaprzeczania. Ale się ne martw – konstrukcje myślowe, które jesteśmy w stanie zbudować, aby zaprzeczyć własnym słabościom bywają o wiele bardziej „piętrowe” od Twojej. Ale wszystko jeszcze przed Tobą.

      • ben
        ben
        3 czerwca 2010 at 11:15

        Temat leżał odłogiem cały miesiąc, ale podzielę się swoim zdaniem.

        Mogę się zgodzić, że wszelkie próby uzasadnienia palenia fajki da się (przy odrobinie gimnastyki pojęciowej) wrzucić do worka racjonalizacji i intelektualizacji, ale takie podejście nie sięga do sedna sprawy, z dwóch powodów.

        Po pierwsze – kiedy naukowcy zaczęli oglądać rezonansem magnetycznym procesy myślowe ludzi podejmujących rozmaite decyzje to okazało się, że (nieco upraszczając sprawę) kiedy my ciągle się zastanawiamy, nasz mózg już podjął decyzję. Co to ma do racjonalizacji uzależnień? Otóż w gruncie rzeczy wyjaśnienie każdej decyzji jest w jakimś stopniu racjonalizacją, która przychodzi „po fakcie”. Ale to swoją drogą, o wiele ważniejszy jest drugi powód.

        Zacząłem palić fajkę dosłownie kilka dni temu, wcześniej nie paliłem tytoniu. Z jednej strony – dobrowolnie pakuję się w nałóg, co większość osób postronnych uznałoby za nieuzasadnioną i nieodpowiedzialną decyzję… ale powody, które podał Sam, brzmią całkiem znajomo. Decydując się na fajkę, zdecydowałem się na codzienną godzinkę relaksu i refleksji podczas pykania. Mam okazję poćwiczyć trochę cierpliwość, której zawsze mi brakowało… tytoń jest (przynajmniej na razie) zaledwie miłym dodatkiem. Trudno tu mówić o intelektualizacji nałogu, bo powody te miałem w głowie na kilka miesięcy przed ostateczną decyzją o kupnie fajki. :)

        Na razie raczej nie jestem uzależniony, ale jeśli przejdę powyżej jednej fajki dziennie, bez szemrania uznam się za nałogowca, który buduje uzasadnienia dla zgubnego nawyku… co wcale nie znaczy, że są one fałszywe. :)

        • Rheged
          3 czerwca 2010 at 13:04

          Ciekawe są te eksperymenty odnośnie przebiega impulsów elektrycznych w ludzkim mózgu. Chyba jednak nie do końca przebiegały tak, jak piszesz, choć mogę się mylić, a moja wiedza na ten temat już nieco przyblakła (odkąd uczono mnie tego na studiach trochę czasu minęło, a ja nie zgłębiałem tematu). Eksperymentowano ze szklanką na pochyłym stole, jednak na tyle niezauważalna była to pochyłość, iż ludzki umysł odbierał stół jako równy. Szklanka była zaś ustawiona na brzegu i kwestią czasu (tarcie, etc.) było, iż spadnie. W tym czasie badany był zabawiany rozmową, odwracana była jego uwaga od posuwającej się po blacie w kierunku ziemi szklanki. Okazało się jednak, iż pomimo braku koncentracji na samej szklance mózg badanego z minimalnym wyprzedzeniem zdał sobie sprawę, że szklanka za moment spadnie. Mózg wiedział, że szklanka spada, zanim szklanka spadła.

          Tu powstaje pytanie, czy ma to oddziaływanie na ludzkie decyzje. Można twierdzić, z dużym przybliżeniem, iż tak naprawdę jest, że najpierw mózg podejmuje decyzje, a potem nadchodzi racjonalizacja na poziomie świadomości. Jednak samo badanie tego nie wykazało, nawet tego nie dotyczyło. Wykazano, iż mózg po prostu szybciej dostrzega zewnętrzne bodźce i działa przyczynowo-skutkowo (tzn. wiąże działania nadchodzące bezpośrednio po sobie w łańcuchu deterministycznym). O podejmowaniu decyzji nawet się nie zająknięto. Pewności więc nie ma.

          • ben
            ben
            3 czerwca 2010 at 20:18

            Hm… Nie pamiętam źródła eksperymentu, o którym pisałem, więc biję się w piersi – możliwe jest, że był to właśnie eksperyment, o którym piszesz. Sypiąc popiół na czerep wycofuję więc drugi akapit mej wypowiedzi, przynajmniej dopóki nie znajdę czegoś na temat eksperymentu pałętającego mi się na obrzeżach pamięci.

            Podtrzymuję jednak akapity następne – fakt, że nałogowcy mają nawyk racjonalizacji nie oznacza wcale, że powody przez nich podawane są fałszywe.

  8. Kirghen
    30 czerwca 2010 at 13:57

    Witam Kolegów Fajczarzy.

    Na samym początku muszę zaznaczyć, że jestem w temacie fajeczki żółtodziobem i pewnie jak każdy neofita wykazuję się wielkim zapałem w brnięciu w mój nowy nałóg. Od momentu wyrwania się ze szponów papierosowego demona do momentu, w którym po raz pierwszy sięgnąłem po fajkę minęło ponad 5 lat. Przez cały ten czas głosiłem wszem i wobec jakim paskudnym nałogiem jest palenia tego szatańskiego wynalazku.
    Wszystko się zmieniło kiedy 3 miesiące temu znajomi kupili mi na 31 urodziny Capitola. Początkowo myślałem, że będzie sobie owa fajeczka niewinnie stać na półce czekając na krótką chwilę mojego zainteresowania. Dziś wiem jak bardzo się myliłem. Dziś na stojaku dumnie prezentuje się 5 fajek w tym ostatni zakup Peterson Irish Sea. W szafce masa tytoniu – część nie otwarta, część napoczęta. Nie potrafię skończyć jednej koperty lub puszki by nie pobiec do trafiki lub nie zamówić czegoś w sieci.
    Ciągle coś oglądam, coś czytam, planuje nowe zakupy.
    Nie palę dużo. W pracy spróbowałem raz – strata czasu. Nie potrafię jednak odmówić sobie wieczornego pykania.
    Pewnie jestem uzależniony – ale jakoś mnie to nie boli.

    Pozdrawiam

    • jalens
      30 czerwca 2010 at 14:29

      Ależ skąd, nie jesteś uzależniony, absolutnie :D
      I ja serdecznie witam.

      • Kirghen
        30 czerwca 2010 at 14:33

        Jeśli jeszcze nie jestem, to na pewno pędzę w kierunku nałogu z prędkością afrykańskiej jaskółki.

        Miło jest odnaleźć kolegów w szponach dymnego dusiołka

        Pozdrawiam serdecznie

  9. Janusz
    Janusz
    8 maja 2011 at 18:34

    W niedzielne popołudnie ….znalazłem ten temat ii..
    Kiedyś już pisałem , że po około 25 latach zacząłem znowu palić fajkę . Znowu bo wcześniej paliłem papierosy i interesowałem się fajką no ale w czasach PRL-u to było trudne ). W rok po założeniu rodziny dzięki Bogu rozpocząłem ascetyczny tryb życia , który bardzo mnie fascynował i fascynuje .. po wychowaniu trójki dzieci postawieniu domu nasadzeniu drzew i doczekaniu się wnuka ..! temat powrócił jak bumerang ?? Początkowo to pragnienie budziło we mnie poczucie przegranej jakiegoś absurdu po miesiącu wrzuciłem 3 fajki z tytoniem do kotła CO i …….po dwóch tygodniach po rozmowie z żoną kupiłem następną no i jestem z Wami….. z wielką pokorą stwierdzam że nie zawsze i nie wszystko co robimy w życiu da się ogarnąć, powiem szczerze, że nie do końca rozumiem…… .pozostaje tylko dziękować Bogu że pozwolił na tą 25 lotnią przygodę . Człowiek rozwija się do końca swoich dni a ten obecny stan prowokuję poszukiwania w głębi swojego jestestwa i poznawania zakamarków ……….? Wydaje mi się że nałogowcem jest się na zawsze …..ale……..

  10. cezare
    cezare
    6 stycznia 2012 at 23:47

    Miałem lat 26 wuj dał mi swój lekki zestaw fajek jakieś kaywoodie, falcony jakiegoś benta Hardcastle’a z którego się śmiałem bo wyglądałem z tym kosmicznie nieporęcznie, do tego japońską zapalniczkę mechaniczną z lat 60’tych saszetkę skórkową na tytoń i fajkę, humidor i opowiadając o tej zarzuconej przez siebie pasji zaczął uczyć mnie palić fajkę na kentucky bird.. do dziś pamiętam jakie to było dziwne odczucie inne niż teraz… popaliłem może parę miesięcy nie odczuwając nic z tytoniowego smaku a rodzina zaczęła bacznie kontrolować by tego Kentucky mi nie zabrakło.. aż uzbierał się cały pojemnik… wróciłem po 12 latach do fajki, zacząłem czytać o smakach tytoniach.. oczywiście zaopatrzony jestem w kolekcję aromatów ( a jakże.. ), ale na tyle to wszystko cenię że spalę to kiedyś choć dziś wolę czystą VA… Wuj zmarł parę miesięcy temu po ciężkiej chorobie i nie zdążył zobaczyć mnie już w ewolucji… kupiłem parę fajek Stanwell’a – zresztą na polowania na okazje w sieci mógłbym spędzać wieczory całe.. a fajki praktycznie już z ust nie wyciągam choć gardło lubi drapnąć… palę bez filtra – z filtrem nic nie czuję.. jestem mu wdzięczny że nauczył mnie podstaw, że teraz wracając po tylu latach nie zdarzyło mi się fajki przechylić tak by poczuć kondensat, że nabijania nauczył mnie pilnie i że siedział wtedy ze mną sam już nie paląc – po prostu uczył.. wtedy wydawało mi się że nie nauczył, a jednak …
    Dziękuję Staszku…

  11. chris
    16 czerwca 2012 at 01:19

    no cóż – życie. Brakuje Ci w tym jeszcze gramofonu i płyt winylowych rzecz jasna. Dobra whysky – single malty oczywiście. Twoja spowiedź jest sprzeczna społecznie ale prawda jest taka, że w życiu liczą się te małe przyjemności. Możesz sobie kupic samochód za 1mln złoty, dom za 5mln, zdobyć kobietę tylko za 500tys miesięcznie (kosmetyki i ciuchy) ale prawdziwą przyjemność sprawią Ci 4 fajki dziennie i szklaneczka rumu.

    Żyłem kiedyś prawie tak samo jak Ty. Teraz mam rodzinę. Palę fakję, jeszcze papierosy (jestem na tabexie 3 dni), pije whysky i ogromne ilości piwa z Czarnkowa. Ale rodziny nad używki już nie przedłożę. Trzeba znaleźć we wszystkim kompromis. Sam nie wiem czy dobrze robię rzucając papierosy dla fajki… ale fajki są po prostu piękne! Wymagają czasu i czułości. Jak dobra whysky, płyta winylowa, fotografia. Są to rzeczy, które pozwalają się zatrzymać na chwilę w pędzącym jak zwariowany pociąg świecie. I ja myślę, ze to jest sendo naszych nałogów czy fanaberii. Chcemy się na chwilę zatrzymać, pomyśleć, czy wyłączyć się – po prostu pobyć…

  12. Julian
    Julian
    16 czerwca 2012 at 12:04

    Gramofon i z półtora tysiąca płyt winylowanych to mam ja :-)

    • Julian
      Julian
      16 czerwca 2012 at 12:05

      Dlaczego winylowanych? Miło być winylowych oczywiście.

  13. Janusz
    Janusz
    19 czerwca 2012 at 17:04

    Temat ..może ale to dobrze ..zauważyłem że każdy z nas pragnie zatrzymania się , refleksji spokoju , to w dzisiejszym świecie skarb, luksus wart troszeczkę zatopienia się w dymku z pięknej fajeczki nabitej dobrym tytoniem pykanym w ustronnym miejscu …ba ..! W moim przypadku po takiej kuracji ustąpiła alergia na pyłki …..różne !!!??? Znajomy – uświadomiony mówi że w moim przypadku dobry tytoń rozszerza drogi oddechowe … i co Wy na to bracia (siostry) fajczarze ?

    • Julian
      Julian
      20 czerwca 2012 at 19:16

      Technicznie możliwe, ale gdyby jakiś lekarz to zalecił, to musiałby być naprawdę nonkonformista. Ale podoba mi się myśl, że nasilenie się alergii w końcu XX wieku wzięło się z głupiej mody na niepalenie. Będę się tego trzymał.

    • lookasch
      lookasch
      29 czerwca 2012 at 22:14

      Nie wiem czy dobry tytoń ma zbawienne działanie na drogi oddechowe, ale faktem jest że sporo naszych (i nie tylko) himalaistów kopciło (bądź kopci) fajki. Czytałem kiedyś książkę o tragicznym sezonie 1986 roku na K2 i tam właśnie autor opisywał że po rzuceniu palenia czuł się i aklimatyzował zdecydowanie gorzej niż jak palił.

  14. chris
    1 sierpnia 2012 at 23:03

    Po ponowny przeczytaniu tekstu i nowych doświadczeniach, stwierdzam, że jesteś uzależniony od nikotyny a nie od fajki. Fajka, to tylko postać w której ją sobie dostarczasz, bo w takiej lubisz. Równie dobrze możesz ją zamienić na: papierosy, e-papierosy, plastry, tabletki czy postać dożylną ;-)

    Dobrze czasem jest coś napisać aby coś z siebie wyrzucić i w zasadzie po to jest mój komentarz. Paliłem 27 lat papierosy. Jakoś tam po drodze spotkałem fajkę i uznałem, że to jest to! Nie w sensie nikotyny ale przyjemności palenia tytoniu od czasu do czasu w ramach relaksu. Odbyłem więc terapię antynikotynową (na receptę), bo miałem już dość petów. Paliłem tak dużo, że więcej już nie byłem w stanie, a dalej chciało mi się palić… tragedia. Poczytałem więc o podobnych przypadłościach i podjąłem decyzję. Oduczyłem się i wcale mnie nie ciągnęło. Po terapii zacząłem popalać fajkę. Jak miałem czas. Wieczorem, kiedy dziecko poszło już spać, była wolna chwila aby poćwiczyć palnie, bo paleniem tego jeszcze nie można było nazwać. I wszystko może było by dobrze, gdybym wziął sobie słowa „spokojnie i bez pośpiechu” do serca. Ja szybko chciałem nauczyć się palić, znaleźć swój ulubiony tytoń, etc. W przeciągu niecałych dwóch miesięcy z jednej fajki zrobiło się 6, z czego 3 bardzo drogie. Edukacja przebiegała szybko, bo nie uznaję już filtrów i zastanawiam się po co mi w dwóch fajkach skraplacz? Może go jednak wyrzucić?… Tytoni też dużo, bo spaliłem prawie wszystko od GH poza dwiema puszkami (nie lubię aromatów i Curly cut zostawiłem sobie na później), trochę Dunhili, Astleye, Petersony, Virginie no1, Mysore i cholera wie co jeszcze… Do tego sporo jeszcze innych tytoni. Były nawet te po 30 zł ale po jednym kominie poszły do kosza. Mniej więcej wiem czego chcę od tytoniu i jakiego poszukuję nadal. To jest jeden plus tego całego zachłyśnięcia się fajką, jako nowością.

    W pewnym momencie przyszła refleksja… nie po to męczyłem się terapią, po czym czułem się świetnie, aby ten koszmar przenieść na fajkę… kiedy wieczorem okazało się, ze nie ma w co nabić, bo wszystkie fajki mokre! Innym czynnikiem sprzyjającym temu wszystkiemu były warunki. Inaczej jest kiedy w mieszkaniu się nie pali, a inaczej kiedy jest się w domu na wsi gdzie wszyscy palą, więc i ja mogłem „uczyć się fajki” do oporu. Uczyć OK., ale jak zacząłem się coraz częściej zaciągać to i coraz częściej zaczynała się pojawiać myśl – a, zapalę sobie faję. Druga rzecz jaka mnie nakręcała to te wszystkie puszki tytoniu jakie zostały do spalenia i nowe, które zostały zamówione i jadą właśnie. Słowem – szaleństwo.

    Piszę o tym ku przestrodze nowych fajczarzy, a także z powodu samooczyszczenia czyli uzmysłowienia sobie swoich błędów. Wszystkie używki są dla ludzi. Kawa, herbata, tytoń, czekolada, maryśka, grzybki, alkohol, piwo etc. I wszystko jest w porządku, dopóki używki nie rządzą nami. Jeżeli zaczynają się domagać, przypominać o sobie, to już robi się źle i trzeba na tym etapie już podjąć jakieś działania, bo później będzie już tylko gorzej. Jednak jest to kwestia wyboru. Ktoś może chcieć pić dużo whisky, palić jak najęty i wypijać 20 kaw dziennie (zabija 99te espresso w przeciągu doby). Może to jest i wolny wybór ale ja myślę, że pod tym hasłem są tylko usprawiedliwienia dla nałogów. Nałogowiec nie CHCE; on MUSI. Musi zapalić, wypić, dać w żyłę etc, bo jak nie to zwariuje, a dla otoczenia będzie nie do wytrzymania. Po prostu musi. Gdyby chciał, to by tego nie robił, nie szukał by petów w koszu na śmieci, grama wódki w domu etc.

    Myślę, że należy sobie samemu postawić pytanie i szczerze na nie odpowiedzieć. Ja miałem motywację i determinację rzucając papierosy. Chciałem i chcę obcować z fajką, przedmiotem pięknym i przyjemnym. Chcę zaszczycać swoje nozdrza zapachem dobrego tytoniu, którego palenie sprawia mi przyjemność (choćby to miała być czysta Latakia, to w d…e mam room note). Chcę zapalić sobie fajkę od czasu do czasu i delektować się nią; kiedy jestem na spacerze, kiedy praca za bardzo nie idzie i mogę się oderwać – zebrać myśli delektując się czymś przyjemnym, kiedy się spotkam z kimś podobnym, w czasie rozmowy. Chcę podziwiać i dbać o moje fajki jak o płyty winylowe, negatyw, slajdy, odbitki barytowe. Chcę aby fajka była uatrakcyjnieniem mojego życia i czymś w rodzaju azylu. Jeżeli będę palił fajkę tak jak chcę czyli od czasu do czasu, to wiem, że nikt mi w tym nie przeszkodzi. Moja rodzina poczeka, aż sobie skończę. Jak zacznę wypalać 5-6 fajek dziennie, to raz, że wydam więcej na tytoń niż na papierosy, a dwa będę słyszał ciągle „zostaw tego śmierdziela i choć tu”. Moja żona już mi wytyka; „twój ojciec palił jedną fajkę wieczorem, a ty rano, po południu i wieczorem”. Ja jej na to, że uczę się palić, nabijać itd. Ale to jest tylko głupie usprawiedliwienie.

    Jeżeli decyduje się na coś, to na długi czas. A skoro tak, to będę miał dużo czasu aby nauczyć się wszystkiego i poznać wiele smaków tytoniu. Więc czas chyba zostawić fajkę na kilka dni i sprawdzić jak zareaguje mój organizm. Jak będzie się domagał, to znaczy, że trzeba znów się oduczyć palić…

    PS. Mam wrażenie, ze zamieniłem siekierkę na kijek. Jeszcze dwa, trzy tygodnie temu mogłem wypić 3-4 piwa i nie myśleć o papierosie. Dziś po kolejnym piwku myślę o paleniu – fajce. Chyba jednak czas ponownie rzucić palenie ;-)

    I pamiętaj czytelniku, zwłaszcza po papierosach, że jak zaczniesz się coraz częściej zaciągać fajką, to zmierzasz ku kolejnej katastrofie…

  15. marcin szarywilk
    marcin szarywilk
    4 sierpnia 2012 at 14:15

    Trzymam kciuki. Niech fajka będzie tylko przyjemnością :)

  16. 11 lutego 2015 at 16:21

    Serdecznie witam wszystkich forumowiczów, jestem nowy w temacie proszę wyrozumiałość

  17. hombre40
    2 marca 2015 at 21:43

    ciekawy wątek…. Popalam fajke i cygara ( te ostatnie tylko latem na swieżym powietrzu) od dobrych 20 lat… od paru m-cy fajke pale prawie codziennie. KUouje coraz to nowe tytonie, robie zapasy.. dokladnie jak z whisky Sm której 15-20 butelek mam zawsze ” na stanie” Czy to juz nałóg? ple wieczorem , odpoczywając po stresujacym dniu w pracy… tak sie składa ze wtygodniu mieszkam sam, w weekendy bywam w domu, gdzie żona ” z troską” patrzy na moje wieczorne posiedzenia z whisky i fajką…W kominku pali sie ciepłym płomieniem drewno, psy śpią albo leniwie mruczą i patrzą na mnie leżąc obok, jak jeszcze biorę w ręce broń i czyszcze ją po polowaniu, czuje sie szczęsliwy. Żona spi na górze.. w domu słychac tylko trzaskanie polan w kominku…To jest to!. Jedyny mój problem to zmartwienie, że przez to moge skrócic sobie zycie, ktore bardzo lubię.. Ale własnie takie życie lubie , z wieczornym relaksem , ze szklneczką whisky i fajką…. Kurcze, jest problem,

    • 19 września 2015 at 13:08

      Czy ja wiem czy ‚jest problem’ … Myślę, że masz całkiem fajne życie, a tak przynajmniej wnioskuje z tych paru linijek. Może to spotkać się ze sprzeciwem fajkowej społeczności, ale uważam, że lepiej żyć trochę krócej, ale najlepiej jak się da, niż odmawiać sobie wszystkiego, dożyć późnej starości i umierać z myślą, że człowiek mógł zrobić jeszcze wiele, ale rozsądek go od tego odwiódł. Co do wątku to uważam, że palenie powinno być kontrolowane – ja palę swoją fajkę zawsze z dala od ludzi i nie smakowałoby mi to tak samo wówczas, kiedy miałbym jakąś presję na barkach związaną z rodziną itd. Także warto znaleźć kompromis, popalać w samotności itd niż wybrać fajkę ponad wszystko. Takie moje skromne zdanie. Pozdrawiam, Bono ;)

  18. pykający faję
    2 lutego 2017 at 12:35

    CO WY WSZYSCY PALICIE??!!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


*