Przepalony komin – szybka reaktywacja

26 sierpnia 2016
By

Ponieważ jest to mój pierwszy wpis na tym portalu, serdecznie witam wszystkich jego bywalców. Jestem zatwardziałym nikotynistą od trzydziestu lat. Nie jest mi z tym dobrze, ale nie płaczę też z tego powodu. Najzwyczajniej w świecie – lubię palić, a jako osoba dorosła znam i pełni rozumiem potencjalne konsekwencje moich działań. Fajkę tradycyjną okazjonalnie paliłem niemal od początku swojej kariery palacza, jednakże dopiero przed paru laty zabrałem się za to miłe zajęcie nieco poważniej. Nie wnikając w szczegóły dodam, że głównym katalizatorem tej zmiany była moja przelotna internetowa „znajomość” z śp. Jackiem „Jalensem” i jego nigdy niesłabnącym humorem oraz zaraźliwym fajczarskim entuzjazmem. Wtedy też trafiłem po raz pierwszy tu, na portal fajka.net.pl i w konsekwencji – zostałem jego bardzo cichym, aczkolwiek wiernym czytelnikiem.

Ok. Myślę, że wystarczy już tego przynudzania o mnie. Przechodzę do bardziej interesujących zagadnień.

Kilka tygodni temu, po ponownej (już nie liczę której…) lekturze arcyciekawego opisu autorstwa kol. Andrzeja K. dotyczącego ratowania fatalnie uszkodzonego komina w „darowanej” fajce Viprati, przypomniałem sobie o własnej, równie „epicko” przepalonej fajce – Worobcu 108. Ta zgrabna i poręczna fajeczka była dla mnie od samego początku mocno pechowa. Już podczas pierwszego delikatnego jej rozpalenia przekonałem się, że wypalenie w niej zawartości komina do suchego dna nie jest wcale takie łatwe. Było to dla mnie zjawisko dość dziwne, ponieważ geometria rzeczonej fajki nie wzbudzała we mnie jakiś szczególnych zastrzeżeń. Niezrażony początkowymi trudnościami przez kolejne dni nadal spokojnie pracowałem nad opalaniem komina. Podczas jednej z takich obowiązkowych „roboczych” sesji, w pewnej chwili poczułem wściekłe ciepło promieniujące z dolnej, cienkościennej części główki fajki. Przydusiłem żar kołkiem, przegarnąłem i wystukałem niedopalony tytoń na korku popielnicy. Na zewnętrznej powierzchni główki fajki zauważyłem paskudne, niemal zupełnie czarne przebarwienie. Oględziny wnętrza komina wykonane z latarką w ręku tylko potwierdziły moje pesymistyczne przypuszczenia. W dolnej części ściany komina znalazłem pokrytą tu i ówdzie brykami węgla drzewnego wielką dziurę o niebagatelnej głębokości co najmniej paru milimetrów. Przy takim typie uszkodzenia ściany, zwężająca się ku dołowi główka fajki nadawała się już tyko do wyrzucenia. Z żalem odłożyłem zniszczoną 108-kę do szuflady i głośno pomstując na własnego pecha oraz bardzo podejrzaną jakość wrzośca, postanowiłem o całej sprawie jak najszybciej zapomnieć.

epic-01

Tak jak już napisałem we wstępie, przypomniał mi o tej fajce dopiero kol. Andrzej K. artykułem o swojej heroicznej walce z dziurami w kominie Vipratiego. Postaniem spróbować naprawić swoją przepaloną 108-kę. Przeanalizowałem sytuację i oczywiście doszedłem do podobnych wniosków co Andrzej – do zakitowania dziury w kominie potrzebowałem czegoś co jest po pierwsze bardzo dobrze przyczepne, po drugie nieszkodliwe dla zdrowia i nie wpływające na smak fajki, a po trzecie – żaroodporne i zarazem odpowiednio trwałe mechanicznie. Dość szybko wykombinowałem, że idealnym rozwiązaniem byłoby punktowe zastosowanie jakiejś bliżej nie określonej masy zbliżonej właściwościami do masy ceramicznej. Tylko jakiej masy? Ponownie przeanalizowałem sytuację – dziura w kominie mojej 108-ki jest wypalona niemal na wylot, więc raczej nie da się go oszlifować papierem ściernym do gołego wrzośca. W rejonie nadpalenia muszę więc siłą rzeczy pozostawić porowaty i bardzo kruchy węgiel drzewny i jednocześnie związać z nim masę wypełniającą w taki sposób by połączenie było w miarę trwałe mechanicznie. Ponieważ powierzchnia węgla świetnie chłonie wilgoć, hipotetyczna masa wypełniająca przeznaczona dla takiego podłoża może być oparta na wodzie lub innym nieszkodliwym płynie. Zawarty w takiej masie płyn pomoże jej osiągnąć na tyle rzadką konsystencję by mogła swobodnie wnikać w najdrobniejsze szczeliny i chropowatości podłoża, a nawet być może – nasączać i utwardzać sam węgiel. Doszedłem także do wniosku, że moja idealna „mokra” masa szpachlująca po pierwszym wygrzaniu w kominie fajki i stwardnieniu, powinna wykazywać się odpornością na wtórną wilgoć pojawiającą się za w kominie podczas spalania tytoniu. Dobrze by też było, by po stwardnieniu i pod wpływem temperatury zbytnio nie pękała a jednocześnie nie stanowiła nieprzepuszczalnej bariery izolującej palenisko od zewnętrznej powierzchni główki fajki. Oczywiście, wszystkie te cechy powinny łączyć się z prostotą jej aplikacji i możliwie jak najkrótszym czasem koniecznym do uzdatnienia zepsutej fajki.

Pomimo tych wszystkich skomplikowanych wymagań, okazało się, że znalezienie takiej masy jest w sumie dość łatwe. Po długich przemyśleniach, postanowiłem potraktować moją 108-kę jak piec kaflowy i zakitować… masą zduńską. Herezja? Jak zaraz spróbuje wykazać – niekoniecznie.

Prawdziwa masa zduńska powstaje z wymieszania gliny z solą kuchenną w proporcjach ok. 8:1. Glina, a szczególnie tzw. glina tłusta posiada świetną przyczepność, ale z uwagi na tendencję do pękania po wyschnięciu, bywa zwykle modyfikowana poprzez dodanie odpowiedniej ilości rozluźniającego ją piasku lub mielonego szamotu. Podobną rolę w masie zduńskiej pełni dodatek soli kuchennej, która krystalizując w glinie dodatkowo zapobiega jej pękaniu i wykruszaniu się pod wpływem działania wysokiej temperatury. Do produkcji mojej „masy zduńskiej” zamiast zwykłej gliny użyłem wysokojakościowej, bardzo drobno zmielonej, suchej glinki kaolinowej – produktu stosunkowo łatwego do nabycia w sklepach z artykułami dla plastyków. Sól natomiast pozyskałem prosto z kuchennej solniczki. Zachowując przybliżone proporcje 8:1 wymieszałem obie substancje w niewielkim moździerzu. Dodałem parę kropel „kranówki” w ilości „na oko”, tak by uzyskać odpowiednio mażącą się i lepką mokrą szpachlę.

Gotowy produkt naniosłem patyczkiem – i tu uwaga – na nieskrobane żadnym papierem ściernym ani w żaden inny sposób nie przygotowywane/nawilżane/gruntowane/lub cokolwiek innego – paskudne nadpalenie w kominie fajki. Nadmiar wilgoci z nakładanej masy niemal natychmiast został wchłonięty przez węgiel, tak że powierzchnię kaolinowej plomby mogłem już po krótkiej chwili wygładzić palcem.

epic-03

Zadowolony z efektu, odłożyłem zakitowaną fajkę na noc, do przeschnięcia. Następnego dnia, gdy plomba nie była jeszcze nawet całkiem twarda, nabiłem bardzo luźno komin tytoniem i odpaliłem swoją reaktywowaną worobiankę. Podczas jej palenia, przy każdym kolejnym ubijaniu żaru kołeczkiem, badałem dłonią temperaturę zewnętrznej ściany główki fajki w miejscu jej feralnego nadpalenia. Fajka była zupełnie chłodna co wskazywało, że plomba cały czas trzyma się na miejscu i spełnia swoją rolę. Po dopaleniu tytoniu do dna komina, sytuację mogłem ocenić także wzrokowo. Plomba rzeczywiście dobrze trzymała i najwyraźniej nie pokruszyła się. Prawdziwy test stanowiło jednak końcowe wypukiwanie popiołu o korek w popielniczce. Tu również poszło wszystko dobrze, z fajki wysypał się sam popiół, a kaolinowa plomba pozostała nietknięta i nadal na swoim miejscu. Ostatnim wyzwaniem było delikatne czyszczenie komina ręcznikiem papierowym. Tu poszło również bez niespodzianek.

epic-04

Dzisiaj, będąc już po paru kolejnych intensywnych paleniach w kitowanej 108-ce, mogę stwierdzić, że kaolinowa plomba ma się nadal wyśmienicie. Naprawioną „metodą zduńską” fajkę daje się całkiem normalnie używać, a jej komin stopniowo zaczyna się coraz lepiej opalać. Ponieważ podczas opalania fajki trudno mówić o jakiś ewentualnych zmianach smaku spowodowanych naprawą komina, powiem tylko, że kitowana glinką kaolinową fajka smakuje dokładnie tak, jak właśnie powinna smakować nieopalona fajka, czyli ogólnie – wciąż tak sobie, ale chyba i tak coraz lepiej. Oczywiście, cały czas liczę się z tym, że być może cieszę się trochę przedwcześnie efektami wykonanej naprawy. Być może za jakiś czas będę musiał tą całą operację powtórzyć i poświęcić na nią kolejne 15 minut. No cóż… Chyba dam sobie jakoś z tym radę.

***

Zmierzając do zakończenia, chciałbym jeszcze wyrazić wyrazy głębokiego uznania dla pomysłowości i technicznego zacięcia kol. Andrzeja K. Moim zdaniem, są to w ostatnich czasach coraz rzadziej spotykane i tym samym niezwykle cenne cechy. Dziękuję więc za inspirację i serdecznie pozdrawiam.

 

Tags: , , ,

7 Responses to Przepalony komin – szybka reaktywacja

  1. KrzysT
    KrzysT
    27 sierpnia 2016 at 14:23

    Po absolutnie kosmetycznych poprawkach upubliczniłem.
    Moim zdaniem – super debiut. Bardzo fajnie i ciekawie napisane.
    Jestem bardzo ciekaw, co na to Andrzej (Endrju, liczę na ciebie. Wiesz, na taki pojedynek raperów :>).

    • Zyrg
      Zyrg
      27 sierpnia 2016 at 22:18

      Coś czuję, że może być tzw. ‚diss’, trzymając się raperskiej terminologii. Pytanie kto kogo? ;-)

      • KrzysT
        KrzysT
        28 sierpnia 2016 at 07:53

        Myślałem raczej o merytorycznym pojedynku.
        Ale skoro już mowa od dissie, to w ramach supportu przed głównym starciem – jak się czuje relacja z Kramarzówki?
        Bo to, że jej nie ma do tej pory – to jest totalna porażka. Janek ma pełne prawo czuć żal i zniechęcenie i wcale bym mu się nie dziwił, gdyby przemknęła mu przez głowę myśl, że nie warto robić imprezy za rok.

        Autora bardzo przepraszam za offtopic, ale nic nie poradzę, że akurat tu Zyrg się objawił.
        Zresztą dygresje są na tym portalu modne. Plus jest taki, że coś się dzieje i wątek nie umyka.

        • Zyrg
          Zyrg
          28 sierpnia 2016 at 11:08

          Ano bywa czasami, że sprawy życiowe się tak układają, a nie inaczej i trzeba chwilowo się zająć nimi w odpowiedniej kolejności. O artykule nie zapomniałem, wróciłem, ogarniam.

  2. Brudny Harry
    22 września 2016 at 14:06

    Podbiję temat, ale tylko dlatego, że mam wreszcie odpowiedzi co do trwałości i aspektów użytkowych wyremontowanego „metodą zduńską” komina fajki. Przez trzydzieści dni, dzień w dzień, przez rzeczony komin na przemian przelewał się peterson’owski „Wild Atlantic” lub przelatywał w obłokach gęstego dymu „Squadron Leader” od Samuela G. Intensywne ubijanie kołeczkiem, wystukiwanie o korek, codzienne czyszczenie papierem i oczywiście sam wściekły żar paleniska, kompletnie nie zaszkodził łatanemu kominowi. Kaolinowa plomba całkowicie poczerniała i wtopiła się w wrzoścowe otoczenie. Trzeba się teraz naprawdę dobrze przyjrzeć by ją zauważyć – chętnie wrzuciłbym tu fotografię wnętrza komina, ale niestety nie wiem jak to zrobić. Tak czy inaczej, moim zdaniem, naprawiona fajka w chwili obecnej niczym nie rożni się pod względem użytkowym i „smakowym” od egzemplarza nieuszkodzonego o podobnym, dość krótkim (kwestia sporna – liczy się ilość przepaleń, czy kalendarzowy czas użytkowania fajki?) przebiegu. Podsumowując – jestem naprawdę bardzo zadowolony – szczególnie że sam mocno powątpiewałem w trwałość zastosowanego rozwiązania. Nie mam teraz takiej potrzeby, ale z pewnością przetestuję kiedyś jeszcze „metodę zduńską” także w innych zastosowaniach, chociażby do podnoszenia dna komina bez potrzeby wypalenia „przepysznego” i drogiego cygara. ;)

  3. krisp
    19 lipca 2019 at 20:43

    właśnie uratowałem dwie ulubione fajeczki, które przepisałem na straty. Serdeczne dzieki

    • Brudny Harry
      28 lipca 2019 at 17:24

      A proszę bardzo i nie ma za co. :)
      Mojej kitowanej 108-ce lada chwila stuknie 3 lata intensywnego użytkowania, a glinka nadal się świetnie trzyma i sprawuje.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


*