Opalanie fajki i… mitów

26 lutego 2010
Autor:

Jeśli komuś się udało opalić prawidłowo swoją pierwszą fajkę, to dokonał cudu i jest godny wyniesienia na ołtarze bez przeprowadzenie procesu beatyfikacyjnego. Artykuł o opalaniu w ogóle nie musi zawierać opisu procesu opalania fajki. To opowieść o wszystkim, co warto wiedzieć, zanim w ogóle pomyśli się o opalaniu.

Proszę mi wybaczyć formę dzisiejszego „wykładu” – piszę według prawideł stosowanych w metodyce klas przedszkolnych i początkowych. Wybrałem taką formę, bowiem jest jedyną, która pozwoli się przebić przez nagar mitów, jakie narosły wokół opalania fajki.

Struktura nagaru

Z nagarem jest tak, jak z cynkowaniem ogniowym – między warstwą żelaza a cynkową powłoką tworzą się wzajemnie przenikające struktury żelaza i cynku. Warstwa ta jest widoczna dopiero pod mikroskopem elektronowym. Dzięki niej cynk nie odpryskuje od żelaza.

Nagar fajkowy to pozostałości spalania tytoniu. Smoły, sadze, żużle. Nagar wciąż przyrasta i jeśli temu nie zapobiegać – zarośnie komin. Nagar ma porowatą strukturę. Jeśli pozwala się nagarowi wyschnąć pomiędzy paleniami, to fajka może swobodnie oddychać, ponieważ pory (kapilarne kanaliki) w nagarze są strukturalnie podobne do wrzoścowych porowatości. Zasysają wilgoć oraz smaki. Wilgoć odparowuje nie tylko w stronę komina, ale jest też odprowadzana na zewnątrz fajki.

Tanie fajki lakierowane są do dupy, nie istnieje bowiem niedrogi lakier o porowatej strukturze. Fajka lakierowana szczelnym, tanim lakierem, to prawie to samo, co chińska fajka z „nieszkodliwego” tworzywa oferowana na portalach aukcyjnych.

Istnieją bardzo drogie fajki wrzoścowe, pokrywane bardzo drogimi „oddychającymi” lakierami. Nikt nie lakieruje fajek z lichego wrzośca bardzo drogimi lakierami. Są to więc perfekcyjne fajki z perfekcyjnego wrzośca pokrytego znakomitym lakierem i dlatego to są dobre fajki. I drogie.

Między warstwą tytoniowego nagaru a wrzoścem na skutek wysokiej temperatury tworzy się pewnego rodzaju spiek, taka porowata ceramika penetrująca zarówno wrzosiec, jak i tytoniowy nagar. Warstwa jest tak cienka, że można ją dostrzec dopiero przez mikroskop elektronowy. Dzięki niej nagar nie odpryskuje od wrzośca.

W jej skład wchodzą głównie nieorganiczne drobiny żużli powstałych na skutek spalania tytoniu oraz związki krzemianowe z wrzośca. Fajki wrzoścowej w żadnym wypadku nie powinno się opalać tytoniami sztucznie aromatyzowanymi, ponieważ nie wiadomo co jest do aromatów dodawane. A mogą być to – jak wykazuje doświadczenie fajczarzy – substancje nie pozwalające na wytworzenie się owego tajemniczego spieku.

Tytonie i główki

Najlepiej jeśli fajkę opala się neutralnymi smakowo i skrajnie naturalnymi oraz dość suchymi Virginiami.

Można też opalać Latakiami i innymi tytoniami orientalnymi, bo są to także czyste i sucho się palące tytonie. Trudno je jednak nazwać neutralnymi smakowo. Więc takim tytoniem opala się fajki z góry przeznaczone do Latakii i Orientów.

W takiej fajce można po opaleniu spopielać także najbardziej agresywne aromaty, o ile w ogóle dadzą się one spopielić do końca.

W tanich fajkach z innego drewna spiek się raczej nie wytwarza. Sztuka opalenia nowej fajki polega na wytworzeniu ochronnej warstwy wyłącznie z substancji powstałych na skutek spalania się tytoniu. Uważne i powolne palenie pozwoli na zupełnie poprawne „przyklejenie” nagaru tytoniowego do drewna. Nie zapobiegnie to jednak zwęglaniu się drewna, jeśli będzie się palić zbyt gorąco. Bo to nie wrzosiec i nie zawiera krzemionki.

Ale już, na przykład, fajki wykonane z karpiny drzew oliwnych rosnących na kamienistym gruncie lub z górskich dębów czy buków, krzemionkę zawierają. Nie jest wykluczone, że w fajkach z takiego materiału może powstać analogiczna warstwa spieku. Pewnie dlatego niektóre fajki z oliwki oraz górskiej dębiny są takie drogie.

Tania fajka z wrzośca jest lepsza od jakiejkolwiek fajki z drewna owocowego, bo bulwa nawet najlichszego wrzośca zawiera krzemionki.

Paradoksalnie jednak – jeśli ktoś, kto dopiero zaczyna palić fajkę i pragnie by fajka była prawidłowo opalona, powinien sobie kupić fajkę z jak najlepszego wrzośca. Po prostu taki wrzosiec jest mocno nasycony krzemionką i trudno go zwęglić. Taka fajka, to cholernie droga fajka – ale sama się opala. No… prawie sama.

Fajki z pianki morskiej nie trzeba w ogóle opalać, ona bowiem się nie zwęgla w temperaturach fajkowych.

Bez szans na opalenie

Żmudnego opalania mogą uniknąć jedynie ludzie, których stać na fajki z najwyższej półki. A więc z doskonałego wrzośca, który był doskonale sezonowany. Ale początkujący fajczarz nie ma bladego pojęcia o tym, że wrzosiec ma parę dziesiątków parametrów wg których ustalać można jego jakość. A właściwie miał, bo w dzisiejszym świecie ze skomplikowanego wzornika jakości pozostało zaledwie kilka punktów. Fajkarze, którzy stosowali ten skomplikowany system, już dawno pomarli i zna go zapewne kustosz w muzeum w Saint Claude i kilku pasjonatów na świecie.

Ktoś kto zaczyna przygodę z fajką, chce jak najprędzej poznać smak tytoniu. Taki ktoś na ogół nie ma pojęcia o podstawach fajczarstwa. Radzenie mu, aby kupił sobie fajkę za 1000 zł, to paranoja. Przecież on nie wie, że wrzosiec jest wrzoścowi nierówny. Dla niego fajka wrzoścowa, z gałęzi krzewu Erica arborea, którą można kupić za grosze od pewnego Ukraińca na ebayu jest tak samo wrzoścowa jak fajka Wiktora Jasztyłowa.

Proszę popatrzeć na fora fajkowe na całym świecie – 90 proc. fajkowych nowicjuszy pyta o najtańsze fajki. Każdy z nich twierdzi, że chce najpierw spróbować palić w fajce i dopiero jak mu zasmakuje, to sobie kupi droższą.

Po chwili kolejne 90 proc. pyta o to, jak opalić fajkę – z gruszki, z jatoby, z buka, z rosewoodu… Czy tę z wrzośca wyciętego z samego środka bulwy z krzaka wyrwanego na nizinnej plantacji Erica arborea

No i dostaje odpowiedzi o opalaniu stopniowym albo o opalaniu luźnym tytoniem, ale za to napakowanym po sam rim.

I dziesiątki czy setki tysięcy fajek, których się najnormalniej w świecie nie da opalić – są opalane przez gości, którym ciągle gaśnie, którzy parzą palce, jeśli fajka się pali dłużej niż 5 minut. Którzy wydłubują niespalone resztki tytoniu łyżką niezbędnika i wydrapują co chwila dopiero zawiązujący się nagar.

A na dodatek palą tę fajkę kilka razy dziennie i oszczędzają na filtrach, wyciorach, na tytoniu. Są też przekonani, że palony tytoń wiśniowy powinien smakować jak zjadany dżem z tych owoców, czy palona wanilia winna być podobna do tej w lodach waniliowych.

Niewielu ludzi – w Polsce chyba tylko Rotm i Jar oraz kilka wyjątkowo wytrwałych osób – przypomina nowicjuszom, że proces stopniowego opalania fajki trwa 2-3 miesiące i trudno się podczas opalania spodziewać orgiastycznych wrażeń smakowych. I że jest on dostępny jedynie tym, którzy już umieją palić powoli, bez przegrzewania główki, bez bulgotania kondensatu w przewodzie dymowym.

Nie pisze się o tym, że nie da się opalić fajki, jeśli nie odbiera się jeszcze smaku tytoniu, jeśli się nie wie, co oznacza luźne, a co mocne nabicie, jaki tytoń pali się lepiej, a jaki gorzej…

No to potem się czyta entuzjastyczne posty przejętego – ale oszukanego – nowicjusza, jak mu pięknie nagar narasta w gruszczanej fajce, ale dlaczego jest taki mokry i się zdrapuje łyżeczką… A miesiąc później o tym, że oprócz błotka wydłubuje się węgiel drzewny z paleniska, a wokół „dziurki w kominie” zrobiła się „wielka dziura”.

W żadnym przypadku nie nabijam się tutaj z ludzi zaczynających fajczarską przygodę. Powtarzam wciąż, że powinni sobie kupić kilka jak najlepszych fajek, dobry tytoń, a przede wszystkim posiąść jak najwięcej wiedzy, informacji, wiadomości. O fajce i paleniu fajki

Ale kto wie, może droga do fajki przez gruchę, Poniatowskiego i Tillbury Vanilia oraz Alsbo Cherry jest zupełnie naturalna i niemal każdy ją musi przebyć na początku. Jeśli się zrobi wszystko, aby na starcie paliło się jak najgorzej i jak najobrzydliwiej – to jeśli wciąż chce się z fajką męczyć, jest szansa, że fajczarzem się pozostanie…

Droga na skróty

Dla tych wszystkich zaczynających wymyślono prekarbonizat, czyli to czarne, czym zamalowywany jest komin. Co to w ogóle jest ten prekarbonizat? Otóż w żadnym wypadku – jak w nieskończoność się to powiela – nie jest to sztuczny nagar. Jeśli już, to substancja ta ma naśladować, tudzież pełnić funkcję owego spieku, o którym wspominałem wcześniej.

Najprostszy prekarbonizat to po prostu szkło wodne z czarnym tuszem kreślarskim. To pierwsze jest wodnym roztworem krzemianu sodu lub potasu. To drugie zaś, to najzwyczajniejszy tusz kreślarski, a więc przede wszystkim sadza, czyli taki przetłuszczony węgiel.

Niektórzy fajkarze opracowują własne, objęte tajemnicą prekarbonizaty – do szkła wodnego dodaje się związki wapniowe, magnezowe,… Próbuje się „naśladować” złożone minerały, które zawiera wrzosiec, a nawet poprawiać naturę i nasączać fajkę związkami magnezowymi podobnymi do sepiolitu. Dodaje się także bardzo drobno mielony i bardzo higroskopijny oraz szybkoschnący węgiel drzewny.

Szkło wodne jest bezbarwne, bezwonne i w czystej postaci nie zawiera żadnych substancji szkodliwych dla zdrowia. Nie ma też właściwości izolacyjnych jak lakier – substancja wsiąka w strukturę drewna, woda odparowuje i w kapilarach zostają drobiny żarodopornych soli mineralnych. Nawet taka grucha w jakimś tam stopniu nabiera cech wrzośca…

W kanaliki w drewnie wsiąka też sadza z tuszu – tak jak we włoskowate naczynia krwionośne podczas tatuowania ciała. W kominie natomiast pozostaje najtłustsza sadza, do której znakomicie przyklejają się produkty spalania tytoniu.

Prekarbonizat, na tyle na ile można, całkiem udanie „podróbkuje” pewne etapy naturalnego i prawidłowego opalania fajki. Po wpływem wysokiej temperatury jeszcze bardziej zbliża się do natury. Nie następują przy tym żadne dziwaczne reakcje chemiczne, nie wydzielają się szkodliwe związki ani brzydko pachnące substancje.

Nie mam pojęcia, dlaczego w internecie wciąż powtarzają się jakieś legendy, bajędy, sabały i z palca wyssane historie o szkodliwości prekarbonizatów i ich podobieństwie do wodoodpornych lakierów. Osobiście – jeśli zauroczy mnie jakaś prekarbonizowana fajka – natychmiast, delikatnie ale ostatecznie, zdzieram to świństwo i palę jak człowiek. Przyczyna jest jedna, jedyna – bywam szowinistyczną świnią i uważam, że to nie honor palić fajkę opalaną na skróty.

Fajki prekarbonizowane jednak uprościły drogę do pierwszego prawdziwego smaczku dziesiątkom tysięcy ludzi na wszystkich kontynentach. Nikt, co prawda, nie prowadził takich badań, ale ja śmiem twierdzić, że większość zaczynających od prekarbonizowanych kominów, w chwili obecnej patrzy na czarne wnętrza nowiutkich fajek – podobnie jak ja – z największym obrzydzeniem.

A nawet jeśli wciąż kupują fajki malowane na czarno, to i tak nie widać, czy karbonizat był, czy go nie było. I różnicy w smaku nie ma, bo być jej nie może. Chyba że jakiś producent użył jakiegoś gówna, co w dzisiejszych czasach nie jest, niestety, niemożliwe.

Opalactwo

Zupełnie na marginesie tego artykułu, słów kilka o technikach opalania. Można wyróżnić dwie, a pozostałe są tylko ich wariantami. Najbardziej tradycyjne i chyba przynoszące najlepsze rezultaty jest stopniowe opalanie komina. Fajkę nabija się dość mocno do 1/3 wysokości komina i powoli wypala do samusieńkiego dna. I tak 15-20 razy.

Potem to samo przy nabiciu do 2/3, i abarot przy naładowaniu całego komina.

Jeśli dopalać się będzie do samego dna – co nie jest możliwe do powtórzenia 60 razy pod rząd jeśli się opala aromatami – jeżeli nie będzie się grzebać w kominie żelastwem niezbędnika, to po dwóch miesiącach można mieć wspaniale opaloną fajeczkę. Jeśli zaś potrafi się już palić i wyczuwać smak tytoniu, to gadanie o „niesmaczności” opalania nowej fajki, może okazać się mitem.

Uwaga! Nie ma mowy o żadnych Denicoolach czy piankowych okruchach, bo pod nimi nie wytworzy się ani nagar ani spiek. Tzw. kryształki, jak ktoś lubi, wrzuca się wyłącznie do dobrze opalonych fajek.

Po 60 paleniach fajka może być idealna – na dnie nagar jest najtrwalszy, bo paliło się tam 60 razy. I tak ma być, bo nie bez kozery najniższą część komina określa się terminem Hell, czyli piekło. Wrzosiec musi być tam najskuteczniej odizolowany od żaru. Do wysokości 2/3 nagar tworzył się i umacniał 40 razy, w górnej części razy 20…

Te 20 razy, to całkiem wystarczająca ilość paleń na niezłą warstwę nagaru i mikrowarstewkę całkiem poprawnego spieku. Wielu bardziej zaawansowanych fajczarzy za dobrze opaloną fajkę uznaje taką, którą od pierwszego palenia napełniało się calutką – ale niezbyt silnie ubijając tytoń. Posiadający spore doświadczenie, mają fajkę przyzwoicie opaloną po 20 dniach. I mogą się cieszyć pełnią smaku od pierwszego pstryknięcia zapalniczką.

Istnieją też szkoły, które twierdzą, że zanim tytoń stanie się naprawdę smaczny, to trzeba fajkę zapalić 30, 40 albo i 50 razy.

Herezja końcowa

Na początku fajczarskiej przygody, moim zdaniem, w ogóle nie ma co sobie głowy zawracać opalaniem fajek a zająć się wyłącznie paleniem i studiowaniem smaku tytoniu. Aby myśleć o opalaniu, trzeba się nauczyć palić chłodno i sucho, rozpoznawać stopień wilgotności tytoniu w jedną setną sekundy po włożeniu palucha do koperty czy puszki, mieć, używać i szczerze kochać swój kołeczek…

A także naczytać się, naoglądać i nagadać o fajce i jej paleniu. No i wyczuwać w najprostszym tytoniu z setkę smakowych akcentów. No, może z tym ostatnim nieco przesadziłem…

Zanim jednak to wszystko nie nastąpi, to gadanie o opalaniu jest, proszę mi wybaczyć, pieprzeniem w bambus.

Zaszufladkowany w kategorii Fajka w praktyce w dniu 26 lutego 2010 , 17:02

142 komentarzy do “ Opalanie fajki i… mitów ”

  1. pga dnia 23 października 2011 o godzinie 09:19

    Ok wielkie dzięki za odpowiedź, ale czy gdy opale fajkę tą wanilią to czy jeśli będę chciał opalać wirginią to zdzierać nagar waniliowy? Chodzi mi głównie o to zeby wrzosiec uzyskał jak najbardziej neutralny smak. Aha no i czy opalanie tą wanilią nie zaszkodziło wrzoścowi? Sorry za takie pytania ale jakoś sam nie wiem co dalej.

    • oskar dnia 23 października 2011 o godzinie 14:32

      Nie wiem po co opalać fajkę virginią skoro i tak masz zamiar palić w niej waniliowy aromat? Jeżeli palisz chłodno i sucho to nagar jaki narośnie w wyniku palenia virginii będzie taki sam jak po waniliowym aromacie. Ja nie stosuję, żadnego procesu opalania – po prostu kupuje fajkę, nabijam do pełna i pale powoli tytoniem, który mam zamiar w niej palić. Wyznaje jedynie zasadę: jedna fajka = jeden tytoń.

      • pga dnia 23 października 2011 o godzinie 17:41

        Nigdzie nie napisałem że zamierzam palić w niej TYLKO wanilię, a poza tym jeśli nie opalasz fajki tak jak się powinno to robić tylko od razu pchasz po rim to gratuluję.Nagar nie będzie taki sam, zawsze po wanili będzie pozostawał lekki posmak, a virginia jest najbardziej neutralna.

        • Alan
          Alan dnia 23 października 2011 o godzinie 17:44

          A po co komu nagar… [groups.google.com]

          • marek milczek
            marek milczek dnia 23 października 2011 o godzinie 18:12

            Alan i tu dochodzimy do sedna problemu, o który przetoczyło się przez ten i wszystkie inne portale, wiele burzliwych dyskusji. Jakoś intuicyjnie myślę, że nagar w fajce jest zupełnie zbędny. Bo po co kupować fajkę za grube pieniądze, poddanej zabiegom wyjaławiania drewna z syfów, by później mieć znagarowaną, o właściwościach najtańszej albanki. Nagar owszem jest potrzebny, ale tylko jak najcieńsza warstwa, by drewno się nie wypalało. Natomiast pianka w ogóle powinna być jego pozbawiona. Ja swoje fajki poddałem płukaniu w chlorku metylenu. Pisałem o tym kiedyś. Muszę tylko tą metodę ulepszyć, ale do tego potrzebna mi tokarka, ale się zepsuła. I na wszystkich nie mam żadnych bejc, wosków i innych zapychaczy. wypolerowane są kołeczkiem i filcem.

        • oskar dnia 23 października 2011 o godzinie 19:58

          Przepraszam, źle zrozumiałem. Pozostaje jedno pytanie… Skoro dedykujesz fajkę do aromatów to po co neutralny posmak fajki po pierwszych paleniach? Przy pierwszych paleniach tytoni aromatycznych i tak ta neutralność zginie… Mi lekki posmak pierwszych paleń nie przeszkadza, bo jak napisałem jedną fajkę mam do jednego tytoniu.

  2. borek660
    borek660 dnia 17 lutego 2012 o godzinie 08:55

    Teść przed opaleniem fajki wlewa pieczołowicie brendy i odstawia na godzinę. Po godzinie wylewa i czeka 24 godziny do odparowania. Następnie opala fajeczkę w systemie 10 X 1/3 10 X 2/3 10 X full. Czy ktoś jeszcze stosuje taką technikę albo o niej słyszał?

    • JSG
      JSG dnia 17 lutego 2012 o godzinie 09:29

      „technika” ta została opisana w książce i felietonach p. Turka- książka na allegro traktowana jak buały kruk, a felietony w Przekroju i tu na fajkanecie znajdziesz.
      Stosunek do tej metody? Chyba większość zgodzi się ukutym tu niedawno określeniem pracy pana T. radosną twórczością…
      Genezy tego mitu szukał bym w tym jak traktuje się calbashe, na których czyszczenie innej metody jak płukanie alkoholem nie ma.

      Teścia zostaw z jego bajkami i legendami, a sam poprostu nabij fajkę i pal przez kilka miesięcy z większą delikatnością.

      • borek660
        borek660 dnia 17 lutego 2012 o godzinie 23:31

        Dziękuję… myślałem, że mit ten wywoła choć cień polemiki. Jednak jak widzę nikt go nie broni! Wobec tego biorę się za opalanie z pominięciem kąpieli!

        • JSG
          JSG dnia 18 lutego 2012 o godzinie 21:47

          A dla czego miał by być kontrowersyjny? Nawet dla najbardziej idiotycznych pomysłów trzeba mieć tolerancje- co nas za przeproszeniem interesuje co ktoś robi ze swoimi fajkami- jak tak robi i mu z tym dobrze to jego sprawa, my możemy jednie- na podstawie własnych doświadczeń i tego co wiemy o fajce teoretycznie, przytaknąć skromnie, lub obszczekać daną metodę wyjaśniając że nie ma ona uzasadnienia ani w praktyce ani w teorii.
          Gdybyś zadął pytanie- czy wlewając do fajki burbona, czy innego sikacza, zaszkodzę fajce- odpowiedz była by- w zasadzie nie, ale jeśli nalewasz do drewnianego naczynia wodę, możesz spodziewać się że opalanie będzie mokre, a efekt mizerny (czytaj o spieku)
          Ale ty pytałeś o to czy ktoś tak jeszcze robi- skoro nie było odpowiedzi twierdzących- znaczy się że nikt nie robi… proste…

          Jak szukasz takich co tej metody będą bronić idz do dowolnego koła łowieckiego- gdzie jest kilku fajczarzy weteranów- na pewno znajdziesz takich którzy będą bronić. Wśród ludzi którzy coś tam przeczytali i coś tam wypraktykowali, poza tym co pokazali koledzy, lub przeczytali w falietonach Turka, raczej nie znajdziesz….
          Ot chyba wszystko.
          jasna sprawa- w mojej cholernie subiektywnej opinii.

Skomentuj ten artykuł

*