Faja maxima

3 lipca 2015
By

Nigdy nie czułem się na siłach, aby napisać recenzję fajki. Po kilku latach wiem, że dzwoni, ale nadal trafić do kościoła nie mogę. Fajek miałem już ponad sto i z biegiem dni jest ich coraz mniej. Zostają te najlepsze, a jeżeli coś kupuję, to jest wydatek, po którym liżę rany przez kilka miesięcy. Wiem, że warto. Savinelli Punto Oro, czy pianka Bauera zostaną do końca życia. Mojego albo ich. A te „gorsze”, choć coraz lepsze, wysyłam przyszywanemu wujkowi-księdzowi.

strambach

Są też takie, które jeszcze czekają na swoją kolej. A przychodzi, powoli. Ostatnio odpaliłem kałabasza Strambacha. Kupiłem go jeszcze przed premierą „Bękartów wojny”, gdzie występuje w roli głównej jednego z ujęć. Więc nie „pod wpływem”. Za to, bezwzględnie „pod wpływem”, choć już nie filmu, kliknąłem „zapłać” i idą do mnie trzy następne. Bo jest to coś, czego nie można porównać do żadnej innej fajki. Inna jakość. Najwyższa? Nie o to chodzi. To inny rodzaj palenia, dla jednych zapewne dziwaczny, dla drugich…

Pokochałem tą fajkę pod pierwszego płomyka, chociaż ma sporo wad. Nie można się z nią pokazać na spacerze, bo od razu ludzie przykleją łatkę szpanera, albo dziwadła, które za wszelką cenę chce się wyróżnić z tłumu. Nie da się jej ukryć, bo przyciąga każde oczy i nie zmieści się w żadnej kieszeni.

Korpus wykonano z afrykańskiej tykwy. Nabiera ona kształtu podczas wzrostu, wtedy jest wyginana. Jest to więc naturalna forma i w materiale nie ma wewnętrznych napięć. Ustnik jest akrylowy. W wersji bursztynowej nawet ładny, są też żółte, wyglądające na tani plastik. Istotą tej fajki jest wkład z pianki, z dziurką w centrum dna, mocowany w tykwie na korkowym pierścieniu. Jeżeli chodzi o jakość wykonania, to ponoć rękodzieło, chociaż wygląda na produkcję seryjną. Na pewno nie powala wykończeniem detali, zdarzają się niedokładności w dopasowaniu ustnika. Każdy egzemplarz jest inny, bo nie ma dwóch takich samych tykw.

Piankowy wkład to jedno, drugie – rozmiary komina. W mojej fajce ma on szerokość 31 mm, ale zamówiłem takie, które mają 22, 27 i 19 mm (dwie pierwsze właśnie dotarły). Podejrzewam, że wrażenia będą trochę inne, może całkiem odmienne, ale najbardziej chciałbym powtórzenia tego, co mam teraz. Głębokość to jakieś 5 cm. Razem daje to przepaść, pochłaniającą ogromne ilości tytoniu. Wchodzi go ponad dwa razy więcej niż do Petersona 12 XL, cztery razy więcej niż do Savinelli 624. Dla osób, które oszczędzają „materiał” to rozrzutność, porównywalna z odpalaniem cygara stówą. Można ubijać mocno, lżej, jak kto lubi, nie ma to większego znaczenia. Ja pod koniec dopycham prawie na kamień i nie utrudnia to palenia. Ale zanim się ono zacznie, trzeba się przeprosić z Putinem.

Odpalenie pochłania 1/3 gazu w zapalniczce. O ile w „normalnym” kominie wystarczają trzy-cztery pyknięcia, tutaj na początek może ich być… 20. Mocnych pociągnięć, aż zapalniczka zaczyna parzyć. Potem ubijanie prostą stroną kołeczka i następne 20 buchów. Kiedy wierzch rozgrzeje się do czerwoności i przestanie rosnąć, jak drożdżowe ciasto, można popracować ściętym kantem. Tutaj też mam swoje preferencje, ale podejrzewam, że możecie się do nich dołączyć. Większość kołeczków jest zbyt płaska, żeby prowadzić precyzyjnie żar. Nie wiem, z czego to wynika, być może to moja przypadłość/nieumiejętność* (niepotrzebne skreślić), ale zdecydowanie lepiej i precyzyjniej mi się pracuje z ostrzejszym kątem. Jedynym, naprawdę udanym ubijakiem („gotowym”, ze sklepu) jest dla mnie Mimoto Pipes z Fajkowa (KLIK), tam kąt to 45%. Ale jeszcze lepiej mi się używa prezentu od kolegi, drewienka ściętego na 35%. Kiedy już odsuniecie ostrym kątem żar od ścianek i po kilku ostatnich, kontrolnych pyknięciach zobaczycie czerwono pomarańczowy żar, parzący palca z odległości 2 centymetrów, „zmarnowaliście” już pół nabicia wspomnianego Savinellego. I to jest zła wiadomość. Dobra jest taka, że żar zgasi już teraz tylko deszcz.

W Strambachu spalicie wszystko, można go nabić azbestem. Po najbardziej opornych tytoniach pozostanie szary popiół, o najdrobniejszym ziarnie, jakie widziałem. Nawet jeżeli macie miesiąc doświadczenia, uda się to Wam, jak mistrzowi. Fajka wybacza wszelkie błędy, no… Może poza odstawieniem kołeczka, bo jednak czasem warto coś poprawić, a z uwagi szerokości komina doskonale wystarczy „ostrokół”, nawet w okolicy dna. Jest tylko jedna wada, która można ominąć. Na dno warto wsypać trochę rozdrobnionych (nie za bardzo) kryształków Denicoola, albo grysiku piankowego. Nawet nie ze względu na kondensat, bo jest go zdecydowanie mniej niż we wrzoścach, ale z uwagi na finał. Ostatnim buchem wciągamy pył do tykwy i po prostu szkoda ją brudzić tak szybko i nieodwracalnie. Wnętrze jest chropowate i nie nadaje się do czyszczenia. Jedyne, co można zrobić, to wytrząsnąć resztki, po wyjęciu wkładu (należy tą czynność traktować jako część higieny użytkowania).

Ten, w miarę opalania (jest niepotrzebne), barwi się na fiolet złamany różem. Możliwość demontażu dodatkowo ułatwia jego, i tykwy, wysuszenie. Fajka odzyskuje gotowość po kilku godzinach, można ją palić nawet 3 razy dziennie. Ale to żadna rewelacja, tylko pianka morska, po prostu.

Po czaso-, materiało- i gazochłonnym odpaleniu czeka już nas tylko przyjemność, w wydaniu hardkorowym. Faja produkuje ogromne ilości dymu. Głębszy pyk, to chmura e-papierosowego Could Chasera. Jednak nawet kilka takich ekstremalnych uderzeń nie powoduje przeciągnięcia. Czyli, znowu pełne wybaczenie. Nawet kiedy pianka zaczyna mocno parzyć. Lepiej się delikatnie pyka, bo ułamek sekundy wystarczy na solidny, nikotynowy strzał. A smak? Moim zdaniem, świetny, choć jest w nim sporo „powietrza”, które jednak nie rozcieńcza doznań, tylko je zmienia. Na korzyść? Moim zdaniem, przeważnie tak. W każdym razie pokochałem znowu spotkania z latakią. Tu ma inny wymiar. Spalę też Larsena, którego kiedyś tak chwaliłem, a teraz mam do niego mniej entuzjastyczne podejście.

Łatwość palenia, prowadzenia żaru są nieporównywalne z niczym innym. Ale czy to jest najlepsza fajka na początek? Nie wiem, najniższa cena, jaka znalazłem, to 169 Euro. Do 250 siedzi główny ciężar oferty. Wyżej są srebrne pierścienie, moim zdaniem nikomu niepotrzebne. Bo ani tykwa, ani wkład lepszy, zero przyrostu jakości. Wcale też nie wyglądają specjalnie. Ot, srebro, dobre na wilkołaki, obecnie tanie, jak mielony w Barze Ząbkowskim. Ale i to może przyjdzie przełknąć, bo Strambacha kupić ciężko, zwłaszcza z filtrem. Podobno do kałabasza jest niepotrzebny, ale pozwolę się z tym nie zgodzić, jako ślepy fanatyk „zaburzenia przepływu powietrza i geometrii kanału” w fajce. Dlatego tą recenzję napisałem teraz, a nie trzy tygodnie temu, bo byście mi wykupili co lepsze egzemplarze. No, może jeszcze jeden, i szlus. Będzie do latakii, wirginii, aromatów i dziwactw, do szybkiego spalenia. Wujka-księdza to może nie ucieszy, paczki będą lżejsze.

Podsumowując: Strambach to osobna kategoria, esencja kałabasza, jego ekstremalne i być może – najbardziej kałabaszowe wcielenie.

Coś, czego trzeba spróbować i albo pokochać, albo postawić w centrum meblościanki, jak popiersie Piłsudskiego, lub Jana Pawła II. W obu wypadkach, nie będziecie żałowali.

Na koniec chciałem (jak za czasów młodości, po imprezie zbyt zakrapianej kondensatem) „podziękować i jednocześnie przeprosić”. Moja wiedza o fajkach jest skromna i wiem, że są tu osoby, które nie tylko świetnie czują temat, ale nawet wytwarzają wspaniałe rzeczy. To moja osobista wycieczka, kwintesencja subiektywizmu. Odczucia spisane na gorąco i amatorsko, chociaż lepiej palić chłodno i merytorycznie, na temat.

Nie załączam też zdjęć, bo… nie mam aparatu (telefon to ciągle Nokia 6310i, równie dobra, jak pianka Bauera). Jeżeli uznacie ten tekst za przydatny i pomożecie go zilustrować galerią, zapraszam. Poczęstuję dobrym McClellandem i rosyjską herbatą. Znajdzie się też coś mocniejszego od Nightcapa.

 

Tags: , , , ,

51 Responses to Faja maxima

  1. yopas
    3 lipca 2015 at 14:56

    Mam, może nie tak pojemny jak Maćka, ale podpisuję się pod wszystkim oboma nogami. No, może tylko stanę w obronie żółtego ustnika, że on wygląda tandetnie tylko na pierwszy rzut oka, bo jak się przyjrzeć, to jednak solidny kawałek akrylu.
    PozdrY.,

    • maciej stryjecki
      3 lipca 2015 at 16:21

      To mnie ucieszyłeś, bo właśnie idzie do mnie mini-Strambach z takim właśnie ustnikiem :)

  2. Antemos
    Antemos
    3 lipca 2015 at 17:55

    I teraz chcę. Dzięki…

  3. maciej stryjecki
    3 lipca 2015 at 22:41

    Dzisiaj kurier mi przyniósł dwa kolejne Strambachy i muszę to i owo dodać do recenzji. Jeżeli admin będzie tak łaskawy, to przeniesie do testu wyżej.
    Jednego z nich odpaliłem. Myślałem, że tajemnica leży w szerokości komina, jego „potwornym” ogromie. Jednak nie.
    Odpaliłem identycznego kałabasza, jak na zdjęciu, z tym, że jest równo o 1/3 mniejszy, wygląda przy dotychczasowym jak samochodzik na resorach, model. Średnica komina to 21-22 mm, a więc cywilizowana, głębokość lekko poniżej 35mm. Standard. Załadowałem do niej SG FVF, świeżo kupiony (też dzisiaj kurier przyniósł), a więc wilgotny i może nie kłopotliwy, ale na pewno nie tak palny, jak chociażby angielska mikstura BBB.
    Najpierw FVF trafił do Ser Jacopo Per Aspera, fajnego kałabasza circa 400 euro. Duma mojej kolekcji, kanał 3mm, piękne mocowanie ustnika, usłojenie. Świetnie się w nim paliło, a parametry „pieca” podobne, no – głębszy o pół centymetra. W Ser Jacopo smak może był minimalnie bardziej skondensowany, ale na dnie zostało jednak trochę materiału, który utworzył elegancki koreczek, i ostatnie chwile palenia nie były juz tak komfortower. Jakas 1/5 nadbitki to obcas buta. A Strambach? Znowu wszystko wypalone do ostatniego ździebełka, na szary pył. Identyczne doznania, tylko rozpalanie łatwiejsze. Wiadomo, 22mm to nie 31. Ale, palenie tak samo bezproblemowe i łaskawe dla błędów.
    To chyba kwestia konstrukcji fajki. Miejsca zasysania powietrza, przepływu. A może materiału? Nie wiem, w każdym razie pali się w tym znowu wszystko jak w krematorium, to jest maszyna do usuwania dowodów winy. Na pył. Tym razem od razu rozdrobniłem kryształki Denicoola i już nic nie brudzi mi tykwy od środka.
    Modelu z białym, plastikowym mocowaniem ustnika jeszcze nie użyłem, ale ten na zdjęciu jest lepszy. W „plastikowym” komora na filtr jest za głęboka. Ale to dla mnie nie problem, bo w każdym wydaniu jest też i za szeroka. Filtr lata, jak wiadro w studni. Owijam go warstwą ręcznika papierowego z Biedronki (mają najlepsze), wyciętą nożyczkami i pasuje, jak ulał, powietrze bokami nie idzie.
    Tego maluszka (w normalnym ujęciu, to bardzo duża fajka) zostawię sobie na virginie.
    A! I jeszcze jedna uwaga. W Strambachach pali się szybciej. Oceniam ta różnicę nawet na jakieś 20, do 30%. Ale to głównie dlatego, że lubię palić łapczywie i zaciągać się mocno (tak!), a ta fajka to spokojnie umożliwia. Nie leje kondensatem, nie karze innymi, przykrymi efektami. Zbyt szybkie palenie owocuje co najwyżej efektem „papierosowym”. Ze wszystkimi minusami, ale też i plusami, które zapewne doskonale znacie.
    Naprawdę, „świetny sprzęt”. Bo to przecież nie dzieło rzemieślnika, jak wspomniany Ser Jacopo, czy Viprati, następny w kolejce.
    Jednym zdaniem, generalnie ta konstrukcja owocuje zawsze podobnymi wrażeniami. Jednak na początek przygody proponuję spory komin. Bo to jest kwintesencja różnicy, mimo wszystko. Jeżeli polubicie ten rodzaj palenia, przyjdzie kolej na mniejsze. Ja poszukam teraz jakiegoś olbrzyma  32 mm, minimum. O ile takie są. Te mniejsze już mam.

  4. Boro
    Boro
    6 lipca 2015 at 09:47

    Potwierdzam 90% tego, co napisał Maciej jako szczęśliwy właściciel Strambacha od dłuższego czasu.

    Ustniki żółte wyglądają bardzo porządnie, jedyną wadą jest czarny akryl przy łączeniu z tykwą, ktory jest dość chybotliwy i od samego początku ma się wrażenie, że można fajkę złamać. Szczególnie, że czop siedzi dość ciasno. Pawle, u Ciebie chyba taka sama sytuacja, co nie?

    I moim zdaniem jest to idealna fajka na początek. Fuck cash, jakość i łatwość palenia są niesamowite. Nie można się pomylić, poparzyć, przeciągnąć. Uwierzcie mi, próbowałem. Jarałem mojego Strambacha po 3 razy POD RZĄD, wypuszczałem z niego dzikie chmury dymu i dym nawet nie był ciepławy.

    Polecam te większe, bo są IMHO bardziej komfortowe. Calabashe nigdy nie będą dyskretne, tak jak powiedział Maciej. Zawsze będzie „wow effect” i ciekawskie spojrzenia. Ja mojego palę prawie wyłącznie w ogródku, raz paliłem z Tomkiem w pubie i on może potwierdzić jak go wygląda. :)

    Czyszczenie problematyczne ze względu na strukturę wewnątrz tykwy. Podobno raz na jakiś czas można ostrzykiwać wnętrze spirytusem w celu wypłukania nieczystości. Ustnik i piankowego grzybka czyści się standardowo.

    • yopas
      6 lipca 2015 at 10:18

      Boro napisał:
      „jedyną wadą jest czarny akryl przy łączeniu z tykwą, ktory jest dość chybotliwy i od samego początku ma się wrażenie, że można fajkę złamać”

      Tak. Też to mam. Rozkręcaniu i składaniu fajki zawsze towarzyszy obawa, że ukręcę ogóra ;)

      • maciej stryjecki
        6 lipca 2015 at 19:34

        One w ogóle mają „zawsze coś”. Te z białym mocowaniem trzymają ustnik tak, że aż piszczy przy odkręcaniu. Na razie najlepiej i najrówniej spasowane są te z metalowymi ringami i bursztynowymi ustnikami. Cholera, może te srebrne są ze staranniej selekcjonowanych (ładniejszych i większych) tykw i precyzyjniej poskładane?

  5. golf czarny
    6 lipca 2015 at 09:58

    „Coś, czego trzeba spróbować i albo pokochać, albo postawić w centrum meblościanki, jak popiersie Piłsudskiego, lub Jana Pawła II. W obu wypadkach, nie będziecie żałowali.”- Maciej za 100 lat będą cytowali w podręcznikach narodu. Bardzo ładne. I bardzo trafne ;) i jakież …

  6. Janusz J.
    Janusz J.
    6 lipca 2015 at 10:25

    Też byłem zachwycony swoim, czemu dałem i wyraz na portalu, co prawda nie Strambachem, ale zgadzam się z Maciejem co do możliwości palnych.

    Fajka ta jednakże ma jeden minus – ciężko ją trzymać cały czas w ustach. A ja tak głównie palę, że trzymam fajkę pomiędzy zębami (co i teraz ma miejsce – o! rączki obie na klawiaturze). W przypadku kalabasza, to nie lada umiejętność – utrzymać ją tak, by nie odgryźć ustnika.

    Co do czyszczenia, to jak pisał Mateusz, w przypadku tykwy, spirytus zrobi za nas całą robotę.

    Niezła kolekcja Macieju, życzę smacznego palenia.

    • maciej stryjecki
      6 lipca 2015 at 19:30

      Dzięki :) A z tym spirytusem spróbuję, chociaż wolę go dolewać do soku. Fakt, do trzymania w zębach się kompletnie nie nadają, nawet te „miniaturki”.

  7. KrzysT
    KrzysT
    6 lipca 2015 at 12:12

    Chciałem przy okazji zwrócić uwagę, że łatwość spopielania tytoniu jest powiązana z szerokością komina jako taką i stanowi cechę łączącą go z fajkami o ponadstandardowej średnicy komina. Stąd tak komfortowo pali się w potach.
    A sam kalabasz… no cóż, nie bez kozery na APF-ie cytowali kiedyś doświadczonego trafikarza, że żeby nie wiadomo jak wymagający klient szukał fajki doskonałej, to i tak kończy na dużym kalabaszu. Więc coś w tym musi być.

    (Ale sam cały czas mam opór. Mam za mało wewnętrznego hipstera, żeby pokonał wrodzone poczucie obciachu :))

    • Boro
      Boro
      6 lipca 2015 at 13:21

      Fajka sama w sobie to obciach i hipsterstwo, więc nie baw się we wrzoścowe półśrodki i zainwestuj w ogóra. :>

      WARNING: feeling palenia jest jak w klasycznej piance. Przy nagrzaniu daje merszałmem smakowo, a wiem, że są tacy jak Krzyś, że im to przeszkadza. Mnie akurat w ogóle, ten (ab)smaczek wyjątkowo fajnie zgrywa się z latakią.

      I dodatkowe info: mój ogór ma średnicę komina 21-22 (nie mam przy sobie), także jest bardzo klasycznie zorientowane palidło i śmiem twierdzić, że nie tylko w średnicy leży łatwość palenia.

      • KrzysT
        KrzysT
        6 lipca 2015 at 14:48

        Zwracam uwagę, że 21 to już spory komin ;)

        • Boro
          Boro
          6 lipca 2015 at 17:33

          No, bez przesady. 19 to minimum moim zdaniem. 21 to średniej wielkości fajka. :>

          • KrzysT
            KrzysT
            6 lipca 2015 at 17:45

            Bo jesteś skażony włoską myślą fajkarską ;)
            Jednak „święte” brytolskie 3/4″ to w przeliczeniu 19mm – czyli standard, nie minimum. A przecież zdarzały się i mniejsze, 18, 17, czy nawet 16mm.
            Jak obejrzysz stare pianki, to tam przecież też bywało sporo nader, z dzisiejszego punktu widzenia, ciasnych fajek.
            Oczywiście, kominy 20+ tez się zdarzały, ale to były, jako się rzekło, spore kominy. Poza tym zwracam uwagę, że komin 21mm średnicy można uznać (od biedy ;)) za średni, kiedy jest stożkowy bądź „stożkowaty” – jak w gourdzie właśnie, albo w neoklasycznych ;) duńskich kształtach. Jak jest równy (w sensie walcowaty) i dorzucisz do tego jeszcze głębokość +45mm – to już jest małe wiaderko.

  8. maciej stryjecki
    6 lipca 2015 at 19:27

    Ci uzupełniają stany regularnie, jako jedyni. Pewnie to sklep jakoś zbratany z producentem. http://www.pfeifenkonsulat.at/shop/index.php?k=769&lang=eng

  9. Boro
    Boro
    6 lipca 2015 at 19:57

    Ja to nieśmiało odsyłam interesantów do Piotrka z Fajkowa. Kilka Strambachów u siebie już sprzedał i pewnie ma kontakt z Wiedniem, więc może istnieje taka możliwość, aby zamówić coś „pod wymiar. :)

  10. maciej stryjecki
    6 lipca 2015 at 19:59

    Pod wymiar, właśnie… !!!!
    Teraz brakuje mi juz tylko jakiegoś smoka, typu 33 mm komin :)
    Napiszę maila, albo zadzwonię :)

  11. R.Woźniak
    6 lipca 2015 at 23:00

    A ja mam pytanie. Rozumiem, że taka tradycja i w ogóle ale czy musi być meerschaum? Dlaczego nie grzybek z wrzośca? Albo morty? Lżejsze by było, może i by się w zębach dało trzymać. Krzyś by nie narzekał na absmaczki.

  12. maciej stryjecki
    6 lipca 2015 at 23:27

    Dodam, że bardzo chętnie i zapytam, cy mogę się z tej okazji uśmiechnąć szerzej, niż klown z V sezonu pewnego serialu?

  13. maciej stryjecki
    6 lipca 2015 at 23:33

    Poza tym, taka fajka może mieć 5 wkładów. Do FVF, VA no1, Latakii, aromatu jakiegoś i co tam sobie niedoszła Stryjenka zyczy. Taka Fajka mogłaby byc przebojem rynkowym, oczywiście w naszej wąskiej skali. Ale zawsze.
    Bo spróbujcie sobie kupic wkład do Strambacha. Alie czniać tam, nawet Hislona (nie musi być tykwa) http://www.pipetobacco.com/hilson-virgin-deluxe-champagne-pipe-no-001.html

  14. maciej stryjecki
    6 lipca 2015 at 23:48

    To też sposób na „modułową ” konstrukcję oferty, mozna mieć 3-4 korpusy. Różne usłojenie, z filtrem, bez filtra. Morta, wrzosiec, tania grucha. Jeden jasny, drugi ciemny, jeden błysazczy lakierem, inny surowe drewno, bo oddycha. A do tego 25 wkładów. Wrzościowe, piankowe, gruszane, mortowe, może byc nawet ceramika, szkło, albo nawet sprasowane otręby. Różne średnice otworu i głębokości komina. W ten sposób mozna się od jednej firmy uzależnić. To taki mój mały pomysł na wytwórstwo fajkowe. :)
    Żaden wynalazek. Tak robi Apple w komputerach i Naim w hi-fi. No i Lego…

  15. maciej stryjecki
    6 lipca 2015 at 23:53

    Do tego wymienne ustniki. Bursztynowe, czarne, białe, koniecznie długie i krótkie.l każdy może kupic zestaw, albo skonfigurować sobie własną fajkę. A potem kupować dalej.

  16. maciej stryjecki
    6 lipca 2015 at 23:57

    I każdy nowy produkt (ustnik, wkład, korpus) trafia zarówno do nowych, ale przede wszystkim starych klientów. Zapiszą się na newsletter.
    Taka produkcja nie zaprzecza jakości. To zalezy od wytwórcy.
    Byli już w fajczarstwie „systemowcy”, ale wydaje mi się,. że chyba sami nie palili fajki.

  17. maciej stryjecki
    7 lipca 2015 at 00:07

    Na potwierdzenie moich słów Siłacz palnie pięścią w stół, jak powiedział Kapral w „Kajku i Kokoszu”. Bo wyobraźcie sobie teraz, że Strambach oferuje zamienne wkłady, powiedzmy po 49 euro, które pasują do wszystkich korpusów. Od 19 do 35 mm. Szybsza decyzja?
    Nawet, jeżeli trzeba czekać i zamawiać, to nie problem.
    Można się załapać na darmową wysyłkę :)
    Korpus może być grogi, ale wtedy musi być piękny. 2 kształty i rozmiary i 6 wersji wykończenia to świat i ludzie.

  18. Janusz J.
    Janusz J.
    7 lipca 2015 at 01:58

    Rafale, z wrzośca nie zrobisz lżejszej fajki niż z pianki i tykwy. Oba materiały są lżejsze od wrzośca.

    Nawet jeśli dorobić komin wrzoścowy, to nie dosyć, że zwiększy to wagę fajki, to przy takim wygięciu tykwy będzie ona dosłownie nie do utrzymania między zębami, ale jak zaprojektujesz, to wiesz… biała wstawka i mail do Jasia.

    • 7 lipca 2015 at 12:13

      Janusz, wszystko ok. W sensie chęci miałeś dobre ale palnąłeś grubego byka, którego śpieszę sprostować by ludziom się nie utrwaliło.
      Owszem ZROBISZ lżejsze fajki niż z pianki.
      Sepiolit (pianka morska) – ma gęstość 1,5 kg/dm3
      Wrzosieć (erica arborea) – ma gęstość ok 0,94 kg/dm3
      Zatem wymiana piankowego wkładu w fajce na wrzosiec jak sugerowałem na gadaczce lub mortę, jak sugerował Rafał – przyniesie efekt w postaci lżejszej fajki.

      A to, że to już nie będzie to samo, co oryginał – to inna inszość.

  19. 7 lipca 2015 at 13:40

    Hm, ciekawa sprawa z tą gęstością pianki.
    Coś mi się wydaje, że ten minerał w zależności od tego gdzie występuje może mieć dość rozbieżne właściwości.

    W kilku źródłach, które znalazłem gęstość pianki waha się od 0,9 do 1,5 kg / dm3, z kolei źródło opisujące badania w miejscach wydobycia pianki w Somalii podaje wartość gęstości od 0,8 przy powierzchni do tak niskiej jak 0,4 kg/dm3 na głębokości 2-3m, kolejne źródło podaje wyliczenie 2,25 kg/dm3 z zastrzeżeniem, że w pewnych skupiskach może być mniejsza, jeszcze inne źródło podaje że pewien typ pianki („non-breccia-like sepiolite”, czyli prawdopodobnie ten mniej skało-podobny, czystszy typ minerału) ma w naturalnej postaci gęstość ok. 0,5-0,6 kg/dm3.
    Wydaje mi się, że można przyjąć, że minerał ten ma podobną gęstość do wrzośca, ale w przypadku zastosowania w fajkach najbardziej cenione są te bardziej porowate (lżejsze) „odmiany”, stąd potoczna opinia o małej wadze tego materiału.

    • carlos cruz
      carlos cruz
      7 lipca 2015 at 13:46

      Warto pamietać o procesie przez ktory przechodzi sepiolit- suszenie to chyba dosyć znacząco zmniejsza masę, pamietam opisy wg których wycinanie fajki przypomina rzeźbienie w serze, gotowa fajka raczej juz sie nie łapie na takie porównanie

      • 7 lipca 2015 at 14:09

        Oczywiście, pianka chłonie wodę jak gąbka i w stanie mokrym da się ją ciąć jak twardy żółty ser, w stanie „powietrzno-suchym” jest natomiast bardzo twarda i krucha.

        W międzyczasie udało mi się w warsztacie dokonać przybliżonego pomiaru gęstości dwóch klocków pianki, które czekają na obróbkę, wynik dla obu klocków był około 0,6-0,8g/cm3.

  20. Janusz J.
    Janusz J.
    7 lipca 2015 at 14:13

    Tomku, podawałem tylko przykłady z własnego doświadczenia, gdzie fajka z pianki – tej rzeźbionej z jednego kawałka, nie prasowanej wersji z Tanganiki, była lżejszą od wersji wrzoścowej.

    Jeśli jednak, moje bardzo skromne doświadczenia z materiałem wprowadzają chaos, to bardzo wszystkich przepraszam. Szczególne przeprosiny kieruję w stronę Rafała.

  21. KrzysT
    KrzysT
    7 lipca 2015 at 14:20

    Ale weźcie pod uwagę, że naturalne materiały wykazują znaczne wahania gęstości, z uwagi na strukturę, obecność zanieczyszczeń i zawartość wody. Wrzosiec też je przecież wykazuje. Każdy macał jakąś wielką fajkę, która była zaskakująco lekka (czy to z sepiolitu czy z wrzośca) i każdy się chyba zetknął z niedużym na pozór „klockiem”.
    Nie bez kozery przy tych surowcach mówimy o klasie materiału – i związanej z tym różnicy w cenie.

  22. maciej stryjecki
    7 lipca 2015 at 21:13

    M’sorry za ten wczorajszy „serial” z odkrywczym planem marketingowym. Za dużo, zbyt mocnego tytoniu.

  23. mareek
    mareek
    8 lipca 2015 at 02:17

    Nie wiem czy ktoś wspominał o tym sposobie, ale ja za radą Rotma do tykwy wkładam mały prostokącik chusteczki higienicznej, dzięki temu wnętrze tykwy czyściutkie cały czas, i na chusteczce widać ile syfu z komina potrafi zlecieć w czasie palenia :)

  24. maciej stryjecki
    17 lipca 2015 at 08:58

    Myślałem, że odkryłem proch, a tu proszę: jest firma, która robi kałabasze z wrzośca, z wymiennymi główkami. W różnych kolorach, wykończeniach. Można osobno dokupić „wkłady”, wybrać sobie ustnik – co i jak się komu podoba. Ale, znowu… Zonk. No filter :(

    http://briarworks-store.myshopify.com/

    http://www.smokingpipes.com/pipes/new/Briarworks/index.cfm?utm_source=Smokingpipes.com&utm_campaign=8819e92884-Thursday_July_16_20157_16_2015&utm_medium=email&utm_term=0_0e8b6a473f-8819e92884-209319769

    Ech, może u nas komuś się zechce podłubać…

  25. Marek Mr❂
    M.M.
    13 stycznia 2016 at 21:07

    Nadzwyczaj ciekawy artykuł, zwłaszcza że nie wyrażasz jedynie zachwytu nad tą przepiękną fajką, lecz także piszesz bezstronnie o jej wadach. Gary Schrier w swoim dziele „History of the Calabash Pipe” twierdzi, że większość firm wcale nie umieszcza w kalabaszach bloku pianki morskiej, a tylko wymodelowaną papkę z sepiolitowego pyłu. Owszem, wymienia trzy firmy, które stosowały całe bloki, ale wśród nich nie ma Strambacha. Czy można w ogóle samemu ustalić, z jaką pianką ma się do czynienia? A jak pod względem samego smaku wypada ten strambach na tle bauera, o którym wspomniałeś?

    • Grimar
      Grimar
      17 stycznia 2016 at 12:33

      Istnieje kilka sposób sprawdzenia czy pianka to pianka, a nie sklejka miału, czy też podłej jakości blok:

      1. Wystarczy poślinić palec i dotknąć nim wewnętrznej ścianki komina. Fajka nie może być wcześniej palona. Nawet raz. Jeśli testuje się używkę, należy wcześniej papierem ściernym dokładnie zetrzeć nagar, aż do ukazania się białej powierzchni. Ponadto fajka musi być sucha. Jeśli wilgotny palec będzie się wyraźnie kleił do ścianki, można mieć pewność, że to blok. Im mocniej się przyssie, tym lepszy materiał. Kilka moich fajek lepiło się na tyle, że wkładając do komina wilgotny palec, potrafiłem w ten sposób podnieść całą główkę do góry. Paląc w takiej fajce – nawet niezbyt ostrożnie – szybko można zobaczyć, że po odsypaniu resztek niedopalonego tytoniu dno pozostanie suche jak pustynia.

      2.Pozostałe sposoby to metoda srebra i ołówka. Tu również potrzeba jest nieopalona i nienawoskowana część pianki. Srebrny przedmiot, którym potrzemy sklejkę z sepiolitowego pyłu, zostawi na niej ślady jak po ołówku. Jest to ponoć reakcja chemiczna na klej. Z ołówkiem jest odwrotnie: jeśli maźniemy nim genuie block, zostawi ślad. Obie metody mogą zdemaskować podróbkę, jednak pozostają nieskuteczne w przypadku niskiej jakości bloków, a te – podobnie jak klejonki – dobrze chłonać nie będą miały zamiaru. Mam jedną fajkę, która z powodzeniem przechodzi te testy, a mimo to zostawia bajoro na dnie paleniska. Dlatego bardziej miarodajna i uniwersalna jest metoda „palca”.

      • Marek Mr❂
        M.M.
        18 stycznia 2016 at 19:09

        Co do sposobu pierwszego, to istotnie, miałem gdzieś odłupany kawałek sepiolitu, który moja była narzeczona przywiozła kiedyś razem z fajką z Turcji, i nieraz sprawdzałem, jak przykleja się do niego pośliniony paluch. Przypomniałem sobie o tym, czytając Twoje słowa. Drugi sposób to dla mnie całkowita nowość. Przy jakiejś nowej fajce postaram się go wypróbować. Dzięki za wskazówki.

        Na swój użytek mam jeszcze inny sposób, niestety nie nadaje się on zupełnie do fajek nowych. Fajka przepięknie wybarwiona jest z całą pewnością z bloku, nasuwa się tylko pytanie, czy nie jest już zanadto nasycona kondensatem, co może niekorzystnie wpłynąć na jej smak. Tak czy inaczej, zabawa polega też chyba na tym, żeby samemu wybarwić taką piankę. Załóżmy więc, że jakaś fajka w dobrym stanie, ledwie palona, przyciąga moją uwagę na internetowej licytacji. Bacznie wtedy oglądam na każdym zdjęciu jej barwy. Jeżeli na szyjce pojawia się subtelna mgiełka w rozmaitych odcieniach żółcieni, czerwieni i brązu, zakładam, słusznie albo niesłusznie, że nie jest to sklejona papka, lecz istotnie kawałek minerału. Skąd ten wniosek? Ano miałem kiedyś fajkę zrobioną z całą pewnością z takiej mieszaniny pyłu i kleju. Nigdy, przenigdy nie pojawiły się na niej takie odcienie! Od góry natomiast wędrowały od komina czarne smugi. Kiedy widzę podobne barwy na licytowanej fajce, podczas gdy zachowuje ona w innych miejscach podejrzaną biel, odwracam się od niej ze wstrętem. Zdaję sobie sprawę, że logicznie z tego w żaden sposób nie wynika, że fajka o leciutkim wybarwieniu jest zrobiona z bloku, a już na pewno nie sposób tak stwierdzić, jakiej jakości jest ów materiał, faktem jednak jest, że w swoich zakupach się nie zawiodłem. Dwie fajki, w których ze względu na smak palę najczęściej, kupiłem w ten własnie sposób, jedną na targu staroci, drugą na licytacji.
        Tak czy inaczej, Twoje słowa zapamiętam, bo to wszystko jest bardzo ciekawe.

        • Grimar
          Grimar
          18 stycznia 2016 at 20:35

          Tylko trzeba pamiętać, że spotykane na aukcjach brązowe i czerwone odcienie szyjki są najczęściej – takie mam przynajmniej mocne przekonanie – wynikiem nie naturalnego wybarwienia fajki będącego konsekwencją być „blokiem”, lecz pozostałością po sztucznym, fabrycznym zabarwieniu fajki mieszaniną pszczelich wosków (fajki współczesne) lub olbrotem (fajki stare). Fajki były pokryte całe, ale temperatura wytrąciła materiał w miejscach, gdzie fajka się nagrzewa, czyli na główce. I jeśli fajka się naturalnie przebarwia, to zaczyna właśnie od główki, ponieważ nagrzany sepiolit ma znacznie większe właściwości do absorbowania tytoniowych soków (i innych brudów) niż ten letni na szyjce.

          P.S. Fajki farbowane olbrotem – obecnie nie używanym – można często spotkać na Ebayu. Są to najczęściej główki rzeźbione w kształcie kobiecej głowy z kapeluszem. Dzięki olbrotowi mają czasami wręcz krwiście czerwony kolor. To bardzo stare pianki, często z przełomu XIX/XX w.

          • Marek Mr❂
            M.M.
            19 stycznia 2016 at 06:28

            Z pewnością, chociaż mój bauer łapie bardziej jaskrawą barwę na szyjce niż na główce. Może prócz temperatury liczy się też grubość materiału, bo ścianka cybucha jest cieńsza niż komina. Mam też do Ciebie kolejne pytanie: czym i w jaki sposób były farbowane czarne pianki? Barwa przypomina z bliska gęsty atrament, poza tym, że fajka ma po stu latach wciąż połysk, jest też absolutnie jednorodna, jakaś maleńka plamka czerwieni pokazała się tylko tam, gdzie po poprzednim właścicielu usunąłem kopeć z brzeżku komina.

            • Marek Mr❂
              M.M.
              19 stycznia 2016 at 07:01

              PS

              No, chyba byłem w błędzie, bo jeśli się przyjrzeć uważniej, ścianka szyjki nie jest dużo cieńsza, o ile w ogóle, niż ścianka główki. Kila tureckich fajek, w których palę od nowości, łapie barwę z grubsza równomiernie, zarazem na główce i na cybuchu. To natomiast, co piszesz o olbrocie, tłumaczyłoby istotnie owe specyficzne wybarwienia starych fajek. Niektórzy palacze wkładali tez do komina metalowe pierścienie, czy i to miało służyć jakiemuś efektowi kolorystycznemu?Wszystko to bardzo ciekawe. Pozostaje też pytanie o ową czarną piankę. Coś niecoś udało mi się o takich fajkach ustalić, nigdzie jednak nie znalazłem informacji o sekrecie ich barwienia.

            • Grimar
              Grimar
              19 stycznia 2016 at 09:03

              O „pierścieniu” nie słyszałem. Niestety nie mam pojęcia czym uzyskiwano czarny kolor. Fajki barwiono łojem, woskiem, olbrotem i innymi organicznymi wydzielinami. Natomiast szczegółowej receptury nie uświadczysz. Podejrzewam, że na czarny kolor złożyła się ostatecznie jakaś wyjściowa koloryzacja plus ciemnienie wraz z użytkowaniem. Z moich doświadczeń z koloryzowaniem – które opisałem tu http://www.fajka.net.pl/poradniki/fajka-w-praktyce/kolorowanie-pianki-morskiej/ – wynika, że przez koloryzowanie samym pszczelim woskiem można uzyskać kolor jasno-zółty/kremowy (wosk żółty) lub po prostu żółty (wosk ciemny).

              • Marek Mr❂
                M.M.
                24 stycznia 2016 at 13:24

                Czytając zamieszczone tu informacje, w tym Twoje wpisy, znalazłem chyba odpowiedź, dlaczego mój bauer, choć przepyszny w smaku, niewątpliwie też wykonany z przyzwoitego materiału, wybarwia się najszybciej na szyjce. Jeśli prawdą jest, że fajka prędzej łapie kolor tam, gdzie jest tłuszcz, choćby pochodził z palców palacza, to rozwiązanie zagadki jest proste. Otóż ja paląc fajkę, nigdy właściwie nie trzymam jej za główkę, lecz zawsze za szyjkę. Niesamowite, jak bardzo fajka piankowa odzwierciedla charakter właściciela.

  26. maciej stryjecki
    17 stycznia 2016 at 00:43

    Co do bloku/mielonki – nie wiem. Producent pisze, że to blok, cena raczej juz dość wysoka, więc wypada wierzyć. Wygląda mi jednak zdecydowanie na blok, bo wkłady są bardzo lekkie, a te sklejane raczej ważą więcej, znacznie więcej.
    Do Bauera bym nie porównywał, dlatego że obie marki preferują inne konstrukcje. Powiem tak: Bauer to chyba (nie miałem lepszych) najbardziej wyrafinowana, i precyzyjnie wykonana pianka „klasyczna”. Od razu zaznaczę, że lubię te większe (i niestety – droższe), ze względu nie na pojemność, ale grubość ścianek. Te małe szybko się nagrzewaja, nawet jak palisz chłodno. Tak samo jest z Alitayami i chyba tak naprawdę, różnicy pomiędzy wysokim bauerem a najwyższym Alitayem specjalnie nie czuję. Za to widzę.
    Strambach to ogromny (przeważnie, są mniejsze, ale szkoda chyba na nie czasu, jednego mam i jakos rzadko po niego sięgam) kałabasz, pochłaniający dużą ilość tytoniu. Inaczej się go pali, inaczej nabija, rozpala, wszystko jest inaczej. A że wkład z pianki? Jakby był z drewna, różnice by pozostały. No, dłużej by musiał odpoczywać.

  27. maciej stryjecki
    17 stycznia 2016 at 00:44

    Ale jeżeli chcesz porównania wartościującego to OK; Bauer to jednak wyższa klasa.

    • Marek Mr❂
      M.M.
      18 stycznia 2016 at 18:41

      O to mi chodziło. Bauera mam, dzieło na rynek angielski, ze znaczkiem „Astley’s” w futrale, zastanawiałem się, czy warto kiedyś pomyśleć o strambachu. Dzięki za rzeczowy i uczciwy opis.

  28. maciej stryjecki
    18 stycznia 2016 at 19:10

    No to masz cudeńko. A o Strambachu i tak warto pomyśleć. Pamiętaj, ma być DUŻY i POJEMNY. Ponad 27 mm średnicy komina, nawet ponad 30. Wtedy to prawdziwy Strambach :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


*