Gawith Hoggarth – historia firmy z Kendal

29 października 2013
By

Wyroby firmy Samuel Gawith oraz Gawith Hoggarth znane są miłośnikom tytoniu fajkowego i tabaki od lat. Absolutna światowa czołówka, którą łączy nazwisko Gawith. Większość fajczarzy i wielbicieli tabaki z Kendal o wzajemnym związku obu firm mówi „jedna rodzina”, wskazując na podobny styl blenderski i nie zawraca sobie głowy szczegółami ich historii i tego, co je tak naprawdę łączyło. Szkoda, bo historia jest fascynująca. Zawiera mezalianse, przejęcia, bratobójcze walki, bankructwa, podziały i powtórne konsolidacje, ale także przyjaźń i wzajemne wsparcie w trudnych czasach. I wcale nie mówimy tu o rekinach biznesu z Wall Street, tylko o małych, familijnych firmach z jednego, niedużego kumbryjskiego miasteczka…

GH front

Historia tabaki z Kendal wiąże się z jego dogodnym położeniem geograficznym. Leży ono bowiem niedaleko trzech portów − Whitehaven, Workington i Maryport, do których docierał importowany z Ameryki surowy tytoń oraz niedaleko Glasgow, które stanowiło w tamtym okresie najważniejsze centrum tabaczane na Wyspach. Ponadto Kendal posiadało dwa inne atuty − dostępność wykwalifikowanej siły roboczej związanej z przemysłem przeróbki wełny oraz rzekę Kent wraz z jej dopływami − Mint i Sprint. Rzeki te stanowiły źródło energii dla młynów, które lokalizowano na ich brzegach. Jak duży był podówczas rynek tabaki? Wystarczy wspomnieć, że przez samo Whiteheaven importowano na Wyspy w latach 1739−1940 pół miliona funtów tytoniu.

Początek historii obu firm nie wiąże się – jak można by się spodziewać – z żadnym z Gawithów, a z pochodzącym z Kendal niejakim Thomasem Harrisonem, który – widząc potencjał związany z rynkiem tytoniowym –  wyemigrował do Glasgow w celu nauki rzemiosła wytwarzania tabaki. To właśnie on, bogaty w stosowne doświadczenie i kontakty handlowe, sprowadził ze sobą do Kendal w 1792 roku pięćdziesiąt ton (!) narzędzi do jej wytwarzania. Warto wspomnieć, że nie były to narzędzia nowe. Oszczędny Harrison kupił bowiem sprzęt używany, który w momencie zakupu miał już około czterdziestu lat. Niektóre z młynów do tabaki zakupione przezeń w Glasgow służyły pierwotnie do wytwarzania… prochu strzelniczego do muszkietów. O trwałości i niezawodności ówczesnej produkcji przemysłowej najlepiej świadczy fakt, że część oryginalnego wyposażenia przywiezionego przez Thomasa Harrisona z Glasgow na końskich grzbietach działa w zakładach Samuela Gawitha do dziś, dając zakładowi zaszczytny tytuł fabryki, w której działa najstarszy przemysłowy sprzęt na świecie. Sam młyn, w którym odbywała się produkcja został zbudowany na brzegu rzeki Mint przy Mealbank.

Dajmy jednak spokój maszynom i powróćmy do ludzi, którzy stworzyli firmę. Wkrótce po otwarciu nowego interesu Thomas Harrison zawarł spółkę z niejakim Thomasem Brocklebankiem „chemikiem i aptekarzem” z Kendal.  Działo się to bowiem w czasach, kiedy aptekarze sprzedawali wyroby tytoniowe jako panaceum na wszelkie dolegliwości. Można zatem domniemywać, że partnerzy podzielili pomiędzy siebie produkcję i dystrybucję wytwarzanych dóbr. W tym samym roku − 1793 − Thomasowi urodził się syn, nazwany imieniem ojca, który z czasem, po śmierci Thomasa Harrisona seniora, przejął rodzinny interes. Ten zaś musiał rozwijać się pomyślnie, bo około roku 1830 Thomas Harrison junior zakupił posiadłość przy 27 Lowther Street, która łączyła funkcję domu rodzinnego i fabryki, tak jak to było podówczas w zwyczaju.

W 1837 roku druga najstarsza córka Thomasa Harrisona juniora – Jane − zakochała się w szklarzu i hydrauliku z Kendal nazywającym się Samuel Gawith. Para postanowiła pobrać się wbrew woli ojca panny młodej, pieczętując swój związek ceremonią, którą dziś nazwalibyśmy „ślubem w Vegas” (dociekliwym czytelnikom pozostawiam przyjemność sprawdzenia co oznacza angielskie określenie „married over the anvil”). Dodajmy, że Jane w dniu ślubu była niepełnoletnia (miała osiemnaście lat − do pełnoletności brakowało jej zatem kolejnych trzech) i nominalnie nie mogła podejmować podobnych decyzji bez zgody rodziców. Czy mezalians został w końcu zaakceptowany − o tym źródła milczą. Samuel i Jane przeprowadzili się jednak na Lowther Street dopiero po śmierci jej ojca, który zmarł w 1841 roku.

Swoje dobra i udziały w firmie Thomas Harrison podzielił pomiędzy Jane i jej siostrę – Annę. Pozwoliło to Samuelowi porzucić ostatecznie wykonywane dotychczas zajęcia i skoncentrować się na zarządzaniu interesem prowadzonym przez teścia. Dodajmy, iż drugą częścią  spółki zarządzał niezmiennie Thomas Brocklebank, który zmarł  dopiero w połowie lat czterdziestych. Ostatecznie całość udziałów w firmie trafiła w ręce Samuela Gawitha po śmierci Anny Harrison w 1852 roku. W międzyczasie zdołał dorobić się następcy − Samuela Gawitha Drugiego, urodzonego w 1842 roku (młody Samuel miał jeszcze piątkę młodszego rodzeństwa).
Samuel Gawith był człowiekiem sukcesu − poza prowadzeniem fabryki był radcą miejskim, a w 1864 roku został wybrany burmistrzem Kendal. Niestety, wybór zbiegł się w czasie z osobistą tragedią − w tym samym roku, 3 października zmarła Jane. Samuel zmarł w rok później; oboje pochowani są na cmentarzu na Castle Street, parę minut marszu od obecnej siedziby firmy.

Samuel Gawith pozostawił firmę w rękach trzech zarządców (powierników): Samuela Drugiego (wówczas 22-letniego, który był już zaangażowany w działalność rodzinnego przedsiębiorstwa), Henry’ego Hoggartha i Johna T. Illingwortha. Warto wspomnieć, iż wszystkie te nazwiska są związane z trzema znanymi i cenionymi na rynku tabaki producentami, a ich historia zaczyna się właśnie od firmy założonej przez Thomasa Harrisona.

Henry Hoggarth był geodetą, który prowadził w Kendal firmę zajmującą się geodezją i pośrednictwem w handlu ziemią (a z czasem również nieruchomościami). Ponadto był sąsiadem Gawithów (mieszkał na 29 Lowther Street) i równolatkiem Samuela Pierwszego, istnieje zatem uzasadnione podejrzenie, iż byli zaprzyjaźnieni. Poza sąsiedztwem łączyło ich również pełnienie funkcji publicznych.

John Thomas Illingworth pracował dla Samuela Gawitha Pierwszego w charakterze podróżującego dystrybutora i poszukiwacza nowych rynków zbytu. Była to funkcja ważna i odpowiedzialna, ponieważ taki pracownik „terenowy” był pełnoprawnym reprezentantem przedsiębiorstwa, zatem sieć jego kontaktów i znajomość lokalnych rynków często decydowała o sukcesie firmy. Funkcję tę pan Illingsworth pełnił w chwili śmierci Samuela od około dziesięciu lat (sam miał ich wówczas trzydzieści pięć), a dla Gawithów pracował od szesnastego roku życia.

Rodzinnym biznesem zarządzał teraz zatem Samuel Drugi wraz z bratem − Johnem Edwardem. John był wówczas zaledwie osiemnastolatkiem, co oznaczało, że w świetle prawa był niepełnoletni i w związku z tym jego funkcja musiała zostać zatwierdzona przez Lorda Kanclerza. Pozostałe dzieci dostały do dyspozycji rezydencję na Lowther Street pod warunkiem wszakże, że zapewnią Samuelowi i Johnowi dostęp do części „produkcyjnej”.

W roku 1867 z firmą rozstał się J.T. Illingworth, który postanowił założyć konkurencyjną firmę. Wybudował fabrykę na Sandes Avenue (ostatecznie otwartą w roku 1869), a następnie przeniósł się do większej posiadłości na Canal Head (obok Kendal Brown House). Posiadłość przetrwała do wczesnych lat osiemdziesiątych XX wieku, kiedy pochłonął ją ogień. Sama firma została po kilku latach przejęta przez koncern Joseph Wilson i ostatecznie zakończyła działalność w roku 1986.

Braterskie partnerstwo Samuela i Johna przetrwało parę lat, po czym − jak to bywa w rodzinie − doszli do wniosku, że lepiej będzie im się wiodło oddzielnie, w konsekwencji czego 31 marca 1878 roku oficjalnie podzielili firmę. Samuel, jako starszy brat i partner, miał pierwszeństwo wyboru, którą część majątku chce zatrzymać − zdecydował się na zatrzymanie młyna przy Mealbank, podczas gdy Johnowi przypadła w udziale rodowa posiadłość przy Lowther Street. Interesujący jest punkt szósty porozumienia, który stanowił, iż całość dokumentacji firmowej bezpośrednio po podziale będzie do wglądu dla każdego z partnerów, a pieczę nad nią będzie sprawować firma Henry’ego Hoggartha.
Samuel szybko uznał, iż Mealbank nie odpowiada jego wymaganiom i w 1881 roku zbudował nową posiadłość, która przetrwała do dnia dzisiejszego − słynny Kendal Brown House, do której dołączył prywatną rezydencję nazwaną „Greenbanks”. Całość zlokalizowana była niedaleko końca kanału łączącego Kendal i Lancaster (posiadającego własną fascynującą historię).
Dodajmy, iż mimo, że „porozumienie odnośnie separacji” pozwalało obu firmom produkować zarówno tytoń do palenia, jak i tabakę − bracia podzielili się rynkiem. Samuel skoncentrował się wyłącznie na tabace, podczas gdy John kontynuował tradycję tzw. „twistów”, czyli tytoni które mogły być zarówno palone, jak i żute (i które stanowiły również część dziedzictwa firmy z Kendal).
Z czasem również John dokonał próby wejścia na rynek tabaki i pozyskał napędzany wodą młyn w Low Mills, na południe od Kendal. Niestety, jak to często bywa w interesach, próba wejścia na nowe rynki połączona z koniecznością inwestowania doprowadziły Johna do bankructwa, na czym skorzystał jego brat, który wykupił należące doń wyposażenie i marki i receptury, przejął również na pewien czas posiadłość przy Lowther Street. John zmarł siedem lat później, w stulecie założenia przez Thomasa Harrisona przedsiębiorstwa przy Meal Bank.
Samuel widząc pozostałą po wyrugowaniu z rynku przedsiębiorstwa brata niszę i po przejęciu jego mocy produkcyjnych, 6 lipca 1885 roku uzyskał oficjalną licencję na produkcję tytoniu i kontynuował jego produkcję.

W roku 1884 żona Samuela Drugiego (angielscy biografowie podkreślają fakt jej szkockiego pochodzenia) urodziła pierwszego syna, którego zgodnie z rodzinną tradycją nazwano Samuelem. Samuel Anderson Gawith, czyli Samuel Trzeci (drugie imię pochodziło od panieńskiego nazwiska matki) miał piątkę rodzeństwa − brata i cztery starsze siostry. Niestety, dwa lata później, 27 listopada 1886 roku Samuel Gawith Drugi umiera w wieku zaledwie 44 lat. Na znak żałoby i szacunku dla zmarłego flaga przed ratuszem w Kendal została opuszczona do połowy. Samuel Gawith był bowiem nie tylko odnoszącym sukcesy przedsiębiorcą; był on również członkiem lokalnej organizacji strzeleckiej. Szeregi Westmorland Volunteer Rifles, bo tak nazywał się ów oddział, Samuel Drugi zasilił w roku 1859 awansując po kolei od szeregowca aż do stopnia majora w 1878 roku (w 1886 roku został „za długą służbę” mianowany honorowym podpułkownikiem). Sam pogrzeb miał militarną oprawę i wzięło w nim udział ponad 200 strzelców, stanowiących kompanię honorową.

Samuel Trzeci w chwili śmierci swojego ojca miał zaledwie dwa lata i pięć miesięcy. Jak łatwo się zatem domyślić, nie był w stanie samodzielnie zarządzać fabryką, która raz jeszcze została przekazana w ręce powierników. Tym razem byli nimi prawdopodobnie matka Samuela i bracia zmarłego: niegdysiejszy rywal − John Edward Gawith oraz najmłodszy z braci − William Henry.

I tu okazuje się, że historia bywa przewrotna i że wszystko kręci się wokół rodziny i w niej pozostaje − William Henry Gawith został bowiem z czasem założycielem trzeciej z wielkich firm tytoniowych z Kendal, czyli Gawith Hoggarth. Nie uczynił tego jednak sam, ale zawiązał spółkę z synem Henry’ego Hoggartha – Henrym Hoggarthem juniorem. I o ile w wypadku przyjaźni ojców obu Henrych możemy jedynie domniemywać, że była przyjaźnią „od kołyski”, o tyle w wypadku późniejszych założycieli Gawith Hoggart takich wątpliwości nie ma. Ich losy były bowiem bliźniaczo podobne: dzielili nie tylko imię i rok urodzenia, ale obaj byli „młodszymi synami” dwóch dużych, wielodzietnych rodzin, wychowali się po sąsiedzku, chodzili do tych samych szkół, grali w tych samych drużynach krykieta i rugby. Ponadto wychowywał ich ten sam człowiek, czyli Henry Hoggarth senior, który – jak pamiętamy – po śmierci Samuela Gawitha Pierwszego sprawował nie tylko rolę powiernika w firmie przyjaciela, ale również opiekował się jego rodziną. Można zatem powiedzieć, że przyszli partnerzy w interesach byli ze sobą związani jak bracia. Obaj też rozpoczęli pracę w firmie Gawithów około 1870 roku (wówczas była ona zarządzana jeszcze wspólnie przez Samuela Drugiego i Johna Edwarda) w wieku lat szesnastu. Biorąc pod uwagę, że znaczna część produkcji przebiegała wówczas na Lowther Street można powiedzieć, że obaj właściwie wychowali się na linii produkcyjnej. Łatwo zatem przewidzieć, iż mieli wszelkie predyspozycje ku temu, żeby w krótkim czasie stać się prawdziwymi ekspertami w tytoniowym biznesie.

Oczywiście zamieszanie związane z podziałami firmy pomiędzy starszych braci Henry’ego Gawitha nie pozostało bez wpływu na losy obu młodzieńców. Trudno powiedzieć, dla której z firm pracowali, ale logika wskazuje, że związali swoje losy raczej z Johnem Edwardem, który, jak pamiętamy, pozostał wierny rodzinnemu domowi i fabryce przy Lowther Street (w którym cały czas mieszkał Henry). Po jego bankructwie natomiast byli prawdopodobnie zatrudniani przez Samuela Drugiego, ale pozostawali rezydentami rodzinnej posiadłości Gawithów. Samuelowi nie zależało zresztą szczególnie na przejmowaniu Lowther Street, biorąc pod uwagę, że ledwie parę lat temu wybudował Kendal Brown House (zresztą istnieją przesłanki, aby twierdzić, że część fabryki na Lowther Street cały czas należała do Johna Edwarda). Przypomnijmy również, że interes Johna upadł w roku 1785, a więc w momencie, kiedy obaj panowie mieli już po trzydzieści jeden lat i od piętnastu lat pozostawali zaangażowani w biznes tytoniowy. Posiadali zatem stosowne doświadczenie i własne pomysły na poprowadzenie przyszłej firmy.
Czynnikiem decydującym o jej otwarciu stało się…. kolejne bankructwo. Tym razem jednak niezwiązane z firmami Gawithów, ale z bankructwem konkurencyjnej firmy z Kendal – Noble & Wilson. Jej upadek, umożliwiający przejęcie części rynku, klientów, receptur i fabryk wraz z ich wyposażeniem stał się ostatecznym impulsem do założenia w 1887 firmy Gawith Hoggarth and Company.
Przejęty od Noble & Wilson młyn Natland Beck partnerzy po roku zamienili na jeden z młynów należących do Marble Works, położony w Helsington Laithes na południe od Kendal. Historia tego młyna (rozebranego dopiero kilkanaście lat temu) jest również ciekawa − został on zbudowany w końcu XVIII wieku przez znanego architekta i budowniczego z Kendal − Francisa Webstera, a jego pierwotnym przeznaczeniem było napędzanie szlifierni wapienia i marmuru.

W 1890 roku William Henry Gawith poślubił Harriet Hoggarth, siostrę swojego przyjaciela i partnera, wiążąc ostatecznie losy obu rodzin. Z czasem, po śmierci Johna Edwarda Gawitha firma odzyskała także fabrykę i biura przy Lowther Street 27, dokąd została przeniesiona w 1893 roku. A potem historia zatoczyła kolejne koło – William Henry Hoggarth zmarł 4 września 1895 roku, w wieku 39 lat pozostawiając po sobie dwójkę małych dzieci – córkę o Constance Adę i syna, Samuela Henry’ego. I po raz kolejny w dziejach obu firm wychowaniem młodego spadkobiercy (Samuel Henry miał w chwili śmierci swojego ojca zaledwie cztery lata) zajął się wspólnik w interesach (a w tym wypadku jednocześnie jego wuj) – Henry Hoggarth junior.

W taki oto sposób William Henry Gawith i Henry Hoggarth dali początek spółce Gawith Hoggarth. Reszta jest, jak mawiają Anglicy, historią. Warto jedynie wspomnieć, że firma Gawith Hoggarth do dzisiaj pozostaje w rękach rodziny Gawithów − obecnym jej właścicielem jest John Gawith, który jest prawnukiem Williama Henry’ego Gawitha. Potomkowie Henry’ego Hoggartha pozostawali partnerami firmy aż do 1973 roku. Siedziba na Lowter Street przetrwała jako zakład produkcyjny aż do 2009 roku, kiedy firma została przeniesiona do nowych pomieszczeń na Shap Road.

Jako ciekawostkę można jeszcze dodać, iż historycznie rzecz biorąc, najważniejszymi produktami w dziejach firmy były nie kojarzone z GH w Polsce tytonie fajkowe, a tabaka i tytonie typu twist, które służyły do żucia. Obie te używki były popularne wśród górników − w przeciwieństwie do żucia i wciągania tabaki palenie było w kopalniach ze zrozumiałych względów zabronione. Rozwój innych gałęzi biznesowych, czyli tytoniu fajkowego i tytoniu do „skrętów” nastąpił jako reakcja firmy na… długotrwałe strajki w sektorze górniczym w połowie lat osiemdziesiątych XX wieku, co odbiło się niekorzystnie na obrotach firmy i wymusiło zmianę profilu produkcji.

A symboliczne domknięcie historii obu firm nastąpiło w 1928 roku, kiedy Samuel Henry Gawith objął oficjalnie kierownictwo firmy Gawith, Hoggarth & Co. Ltd. Wówczas na czele firmy Samuel Gawith stał już od jakiegoś czasu… Samuel Anderson Gawith. I tak dwaj wnukowie Samuela Gawitha Pierwszego przez ćwierć wieku stali na czele firm, które wyrosły niegdyś z jednego przedsiębiorstwa, które rozkwitło pod rządami ich dziadka.

Opracowano na podstawie:
„Kendal Brown. The History of Kendal’s Tobacco and Snuff Industry” J.W. Dunderdale, Helm Press, 2003

Tekst ukazał się w ostatnim (tj. 2/2013) numerze czasopisma „Trafika.eu”.

27 Responses to Gawith Hoggarth – historia firmy z Kendal

  1. Piotr M. Głęboki
    Piotr M. Głęboki
    29 października 2013 at 20:32

    Chyle czoła. Świetny artykuł, niemalże encyklopedyczny

    • KrzysT
      KrzysT
      29 października 2013 at 20:45

      Cała zasługa należy się panu Dunerdale’owi. Właściwie wszystkie wiadomości egzystujące w sieci powstały w oparciu o jego książkę.
      Warto wspomnieć, że nie był on zawodowym historykiem, tylko emerytowanym inżynierem. Który na dodatek nie zdołał opublikować swoich notatek, stało się dopiero po jego śmierci.

      …za to wszystkie przekłamania, nieścisłości i ewentualne błędy w tłumaczeniu są moją wyłączną winą.

  2. pigpen
    pigpen
    29 października 2013 at 22:50

    Dziękuję za tak ciekawy artykuł. To nie tylko historia firmy, ale także po części samego Kendal. Mam nadzieję, że kiedyś uda mi się odwiedzić to miasto.

    Wyłapałem literówkę:
    „(…) Dodajmy, że Jane w dniu ślubu był niepełnoletnia (…)”
    powinno być „była niepełnoletnia”

    Jeszcze raz podziękowania.

    • KrzysT
      KrzysT
      29 października 2013 at 23:01

      Dzięki Janku.
      W ogóle jest tak, że o tym można bardzo dużo jeszcze napisać – np. o tym, jak do rozwoju Kendal przyczynił się fakt, że w północnej Anglii nie było… przyzwoitych dróg. Dzięki czemu transport odbywał się konno, a Kendal było akurat z racji odległości główną stacją przeładunkową dla transportów m.in. tytoniu.
      Albo o tym, że dystrybutorzy Gawithów (w tym wspomniany Illingworth) byli również odpowiedzialni za zbieranie pieniędzy od klientów, w związku z czym podróżowali uzbrojeni ;) Czytaj: koleś z samopałem na mule objeżdżał pół hrabstwa, często podróżując w takiej konfiguracji przez kilka tygodni, albo i dłużej. Albo o tym, jak firmy z Kendal rozwinęły się na skutek obu wojen światowych. Ale niestety nie da się tego zmieścić w jednym artykule ;)
      I tak mam wrażenie, jak to teraz czytam po przerwie, że całość jest strasznie drętwa ;)

      • pigpen
        pigpen
        29 października 2013 at 23:15

        Ja po przeczytanie tekstu mam właśnie takie wrażenie, że temat jest ino liźnięty ;) i jak najbardziej mam świadomość tego, że nie da się i nie ma sensu zamieszczać wszystkiego w tak „krótkiej” formie. Ale ukazanie wielu wątków historii firmy, miasta, które pięknie splatają się ze sobą daje możliwości do łatwiejszego pogłębiania wiedzy, o ile ktoś będzie miał na to ochotę.
        W każdym razie podałeś nam KrzysiuT zarówno rybę jak i wędkę :)

  3. golf czarny
    29 października 2013 at 23:06

    Bardzo wartościowy tekst. No cóż ja tylko mogę dodać tyle nazwisko Wilson po dziś dzień w świecie tabaki znane chociażby dla przykładu Wilsons of Sharrow. Sharrow to teraz dzielnica Sheffield i tam znajdują się młyny produkujące tabakę pod tą marką , marką F&T , marką Mullins&Westley i prawdopodobnie także Frederick Tranter.

    Co do wkładu Kendal w rozwój tabaki to niewątpliwie powstał tam specyficzny gatunek – nazywany Kendal Brown-grobomielonej,ciemnej o wyrazistym tytoniowym smaku. SG produkuje rożne warianty tej tabaki a GH jeden ale za to bardzo dobry. Generalnie bardzo polecam ten rodzaj tabaki.

  4. mareek
    mareek
    30 października 2013 at 16:07

    ciekawy wątek o skrętkach, czyżby współczesne skrętki, np brown 4 również nadawały się do żucia ? Próbował ktoś ? :)

  5. W13
    30 października 2013 at 20:30

    Merytorycznie tekst bardzo ciekawy i dający szeroko ujęty temat. Ale – co tu kryć – cholernie nudny. Niestety grzęźniecie w szczegółach nie gwarantuje historyczności. Zapewnia za to, że czytelnik zniechęci się w gdzieś w połowie. I tak zamiast tekstu o ważnych firmach tytoniowych dostaliśmy telenowelę, niestety…

    • montoya
      montoya
      30 października 2013 at 21:16

      Nuda to pojęcie wbrew pozorom względne… Wszystko zależy od tego, co kogo interesuje ;)

    • Alan
      30 października 2013 at 22:47

      Jak by nie patrzeć – historia sama tę telenowelę napisała (a z tego co widzę, to Krzyś opisał góra trzy odcinki ;) ). A pomijanie historii ludzi w przypadku takich firm byłoby dużym błędem.

      Dla mnie artykuł wypas ze względu na treść. I od razu widać skąd niektóre nazwy produktów się wzięły.

    • KrzysT
      KrzysT
      5 listopada 2013 at 19:45

      Czy nudny – nie mnie oceniać. Spokojnie zgodzę się z tym, że tekst jest przeładowany faktami i czyta się ciężko – nie umiem niestety pisać na zamówienie i nie mam talentu na miarę Jalensa. Oczywiście żadne to usprawiedliwienie. Największą zaletą tego tekstu jest to, że w ogóle jest ;)
      …ale do zarzutów o brak historyczności chętnie bym się odniósł, tylko przyznam, że nie wiem, cóż to jest ta historyczność. Czytelniku pomóż i powiedz, o co chodziło.

    • Zyrg
      zrg
      5 listopada 2013 at 21:21

      W kwestii nudy i długości tekstu polecam felieton Jacka Dukaja napisany dla GW pt „Lament miłośnika cegieł” (do znalezienia w sieci). Osobiście podpisuję się pod panem Jackiem, a w tekście Krzysia brakuje mi kropki nad „i” w postaci dnia dzisiejszego (czy zarządca jest z rodziny, czy tylko pracuje u familii). Pozdrawiam!

      • KrzysT
        KrzysT
        5 listopada 2013 at 21:49

        Uczciwie przyznaję, że nie wiem.
        Informację co do tego, że GH nadal znajduje się w rękach Gawithów otrzymałem od samej firmy w formie „wyciągu z historii”, który znaleźć się ma na nowej stronie internetowej.
        Jak usytuowany jest w tym wszystkim Rob – nie mam pojęcia.
        Może chłopaki z Fajkowo albo Tomek mają na ten temat jakieś bliższe informacje.

        • wulf
          wulf
          6 listopada 2013 at 09:36

          Tekst świetny… chociaż mało krwi, zdrady, intrygi :-) Trupów w szafie nie ma jakiś?

          Wychodzi na to, że biznes był w miarę spokojny, raczej bez większych konfliktów. To i tekst taki wyszedł – cisza, spokój, ot angielska flegma. Myślałem, że może jakiś spektakularny pojedynek gdzieś będzie, no chociaż ktoś komuś w przytomności królowej da w mordę czy złamie fajkę ;-)

          A tak serio – historia miła do poczytania, jakby wpasowana w klimat „fajkowy”. Czekam na kolejne wizyty, w kolejnych fabrykach i kolejne historie.

  6. 31 października 2013 at 10:51

    Tekst z wielką przyjemnością przeczytałem już wcześniej w Trafika.eu. Świetnie opisany kawał historii, a zdjęcia i relacja Tomka z wyprawy fajkowej ekipy do Kendal znakomicie go uzupełniły. Super!

  7. Krzysztof
    Krzysztof
    31 października 2013 at 12:19

    Tego się powinno nauczać w szkołach :-), swoją drogą bardzo ciekawy tekst, oraz historia. Nabijając fajkę, częściowo oddam się zadumie, a tu nawet pora ku temu.

  8. Boro
    Boro
    3 listopada 2013 at 23:10

    Zdawało mi się, że skomentowałem, ale widocznie coś przeoczyłem.

    Krzysiu – dzięki za wspaniały tekst. To kolejny artykuł, który udowadnia, że w Polsce pod względami merytorycznymi fajkanet jest najlepsiejszy i najważniesiejszy.

    • yopas
      4 listopada 2013 at 08:41

      Eee… gdyby to napisał trzynastozgłoskowcem, najlepiej we dwunastu księgach, to by było cuś. A tak…

      • Zyrg
        zrg
        5 listopada 2013 at 22:50

        No i nie było zaprotokołowanego publicznego odczytu ujętego w odpowiednim punkcie porządku spotkania :)

  9. Marek61
    4 listopada 2013 at 11:44

    A gdzie w tej historii plasuje się nasz Rob Young?Na końcu-to wiem :),jednak dokładniej?

  10. KrzysT
    KrzysT
    2 października 2014 at 12:10

    Smutne wieści z Kendal.
    Zmarł John Gawith, właściciel firmy Gawith&Hoggarth.
    http://www.thewestmorlandgazette.co.uk/announcements/deaths/deaths/11494485.John_Gawith/

    • miro
      2 października 2014 at 15:22

      Wiadomość rzeczywiście bardzo niedobra.

    • Grimar
      Grimar
      3 października 2014 at 08:23

      Człowieka szkoda zawsze.

      Jednak ciśnie się na usta pragmatycznie pytanie: co w bliższej lub dalszej przyszłości będzie z produkcją fajkowych blendów w Gawith&Hoggarth? Bo wiadomo, że zarabiają raczej na tabakach, i nie chciałbym, żeby tytonie pod ich szyldem zaczął produkować nagle np. Kohlhase & Kopp.

      • KrzysT
        KrzysT
        3 października 2014 at 08:28

        Z epitafium wynika, że istnieją spadkobiercy, to raz. Dwa, że jaka jest dokładnie struktura własności, tego nie wiadomo. Po trzecie wreszcie, to w dzisiejszych czasach właściciel to jedno, a zarząd firmy to niekoniecznie to to samo.

  11. Marek Mr❂
    Marek Mr❂
    26 lutego 2017 at 06:42

    Świetny artykuł, wreszcie człowiek ma pojęcie o historii tych wspaniałych firm.

    • KrzysT
      KrzysT
      26 lutego 2017 at 08:44

      Przyznam, że przymierzałem się do drugiej części, ale to chyba już nie w tym wcieleniu, bo niestety takie opracowania strasznie żrą czas poświęcony na research. Powyższy artykuł zajął mi ponad dwa tygodnie, a i tak udało się skończyć tylko dlatego, że byłem przez tydzień na L4 i nie robiłem nic innego, tylko sprawdzałem fakty i pisałem. Samo wyszukanie w angolskim antykwariacie książki, na podstawie której powstał artykuł i ściągnięcie jej do PL było karkołomne. BTW – antykwariat już nie istnieje, przysłali mi jakiś rok temu informację, że się zamykają. To nie są czasy dla antykwariatów i firm produkujących tytoniu fajkowe…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


*