Robert McConnell Paddington

17 czerwca 2021
By

Tytoń, którym zajmiemy się dzisiaj, jest efektem (przypadkowo całkiem korzystnym) kompletnego burdelu spowodowanego przez tożsamościowe konwulsje marki Dunhill. Po tym, jak Dunhill jakieś kilkanaście lat temu postanowił porzucić brandowanie tytoniu (po upadku gallaherowskiego Murray’s, ówczesnego producenta połowy brytyjskich mieszanek) na rzecz galanterii, nastąpiła światowa żałoba, a ceny zapasów skoczyły do stu i więcej dolarów za puszkę. Opłakano tego Dunhilla i już myśleliśmy, że więcej o nim nie usłyszymy. Nagle po kilku latach ktoś się zorientował, jaka fortuna idzie firmie koło nosa, i najpierw nieśmiało, a potem coraz energiczniej, zaczęto do tytoniu wracać. Ten śmiały eksperyment się udał i i już miało być normalnie, w produkcji było ze dwadzieścia klasycznych mieszanek, robionych tym razem oczywiście gdzieś w Danii, co rusz pojawiały się kolejne, a tu nagle Dunhill znów wrzucił wsteczny, aż pasażerom zadzwoniły zęby. Przypuszczam, że zmienił się CEO albo coś równie przełomowego. Wdrożono program sprawczy, naprawczy czy coś w tym rodzaju i znowu ogłoszono, że Dunhill tytoniu produkował nie będzie. Trochę niewdzięcznie jak na firmę, która na fajkowych mieszankach powstała i wyrosła.

Zrobiła się dezorientacja, ale tym razem rynek wiedział, że klienci są i łatwo nie odpuszczą. Pojawiły się mieszanki naśladowcze, często w nazwach odwołujące się do oryginałów i powołujące się nawet na oryginalne receptury. Od razu całe linię produktów. Taką linię wprowadził Charatan (niedawno reaktywowana półmartwa marka na rynku fajkowych tytoni), jak również McConnell, którego dziś przerabiamy. Dodam jeszcze, że w sklepie tytoniowym w Luksemburgu widziałem wyroby jakiejś beneluksowej firmy, które również imitowały Dunhille. Nie pamiętam nazwy. Musiały się tam pod dywanem dziać straszne rzeczy, bo na przykład McConnell przynajmniej raz zmienił nazwy całej linii tych mieszanek, jak również design etykiet, na mniej przypominające oryginały. W dodatku na koniec, żeby już wszystkich zmylić, prawo do „oryginalnego” (a raczej duńskiego) produktu i nazw kupił Peterson i niespodziewanie wypuścił z powrotem niemal całą linię pod własną marką z oryginalnymi nazwami. Deklarując, że tym razem jest to w 100% to samo, co ostatni wypust pod marką Dunhill. Całkiem możliwe. Ale dzisiaj mam na tapecie McConnella i jego wersję Royal Yachtu, która pojawiła się najpierw jako Royal Island, a teraz jako Paddington, czyli od żeglarstwa, przez robinsonadę do kolejnictwa.

Z opisywaniem tego tytoniu mam kłopot biorący się z tego, że nieźle pamiętam starą wersję Jachtu. Pierwszy raz paliłem ten tytoń gdzieś pomiędzy oryginałem, a wersją Murray’s. Zdaje się,  że był to jeszcze oryginał, i pamiętam jego konsystencję, smak i zapach. Był to shag, jednolicie ciemnobrązowy, o silnym, bardzo swoistym aromacie, który mnie kojarzył się z czymś pomiędzy tytoniem Kentucky, a kawowymi fusami. Nie dajmy się spłycić śliwką, o której często się wspomina w przypadku tej mieszanki. Jeśli to była śliwka, to może w formie jakichś angielskich powideł o całkowicie swoistym aromacie. Paliło się łatwo (jak to shag), natomiast ciężka, męska aromatyzacja przebijała przez cały czas palenia, była dziwna, ale jednocześnie intrygująca i dla mnie trochę trudna do zaakceptowania. Może nieco gawithowska, ale wtedy nie słyszałem o firmie Gawith & Hoggarth. Nie sięgałem po ten tytoń często, również dlatego, że w owych ostatnich latach normalności był po prostu drogi. Prawdziwy Dunhill, jako produkt z najwyższej półki, kosztował o połowę więcej od przeciętnego fajkowego tytoniu, co wydaje się raczej naturalne.

Po powrocie marki, już w formie produktu „made in EU”, czyli w Danii, oczywiście wypróbowałem ten tytoń ponownie i stwierdziłem, że znacznie odbiega od oryginału, mimo, że jest podobny. Zamiast shagu pojawiły się niechlujne wstążki, zapach osłabł i stał się bardziej typowo wirginiowy, ekscentryczna aromatyzacja straciła pazur. Royal Yacht stał się łatwiejszy, królewska jednostka zaczęła pływać z załogą skautów, a sama królowa się posunęła. A potem, jak się rzekło, nastąpił krach i dzięki temu mam kolejną szansę zapoznania się z tą mieszanką, tym razem produkowaną przez zręcznego (być może) naśladowcę. Ależ epicki wstęp, prawda? Ale tak było, nie zmyślam.

Paddington już po otwarciu puszki mocno przypomina… nie, nie oryginał. Przypomina wersję Scandinavian Tobacco. Podobny lekki, wręcz delikatny zapach aromatyzacji, trochę herbacianej a trochę kawowej, podobnie pobieżnie zagniatany papier zamiast perfekcyjnego karbowania i ordynarny pusty kartonik zamiast wkładki zawierającej opis tytoniu i firmowe logo. Pod kartonikiem natomiast zobaczyłem niezbyt starannie pocięte wstążki w dosyć ciemnym, jednolitym brązowym kolorze. Mocny niuch ujawnił, obok wyczuwalnej aromatyzacji typu „English, floral, mild”, zapach Wirginii średnio fermentowanej, siano pół na pół z razowcem. Połączenie zapachów było przyjemne, nieagresywne i zdecydowanie zbliżone do ostatniej wersji RY. Wszystkie skandynawskie nie-latakiowe mieszanki Dunhilla były jakieś takie sienne, niektóre nawet zbyt młodosienne (Elizabethan, Ye Olde Signe).

My tu sobie gadamy, a miało być o paleniu. W paleniu ten tytoń jest przede wszystkim łatwy i to we wszystkich znaczeniach. Dosłownie wszystkich. Spala się dobrze i równo wyjęty prosto z puszki. Dym podczas palenia (z perspektywy palacza) jest dość delikatny, nie gryzie (!) i jest leciutko doprawiony aromatyzacją. Pali się to raczej jako czystą czerwoną virginię, niż jak aromat. Ma takie chlebowe nutki, kojarzone z tym rodzajem virginii. Zgodnie z opisem, w mieszance innych gatunków tytoni niż Va nie ma. Jest to Va bardzo pięknie oswojona, bo jak wspomniałem, nie stwierdziłem tongue bite. Szalenie łagodny tytoń. I tu znowu mam zagwozdkę, bo przechodzimy do mocy. Tytoń oryginalny jest opisywany jako mocny, wręcz bardzo mocny. Natomiast Paddington dla mnie ma moc średnią, bez żadnych wyskoków w strefę stanów wyższych, ale ja jestem bardzo odporny, mówię to z doświadczenia. Załóżmy więc, że jest średni. Pali się spokojnie do końca, nie zmieniając szczególnie smaku. W odbiorze jest łagodny, spokojny smakowo (dobrej jakości i skromny aromat), mocno relaksacyjny. Czuć głównie fermentowany liść. I tak też mogę go zarekomendować. Bardzo dobrej jakości liście, umiejętnie przefermentowane, uzupełnione delikatnym aromatem owoców w kawie (jest coś takiego?). Zero mydła, zero Lakelandu, ale też zero kontynentalnych sosów owocowo-waniliowych. Brytyjska wstrzemięźliwość. Fajka wypalona w drawing roomie wśród przyjaciół. Taki jest ten tytoń.

Mieszankę tę mogę chętnie zarekomendować dla niej samej, nie odwołując się zbytnio do wzorca. Jednak do wzorca w postaci produktu Scandinavian Tobacco ta mieszanka jest akurat mocno zbliżona. Natomiast od dawnego oryginału różni się poważnie, zachowując tylko fragment jego mocy i łagodząc znacznie dodatkowy aromat. Tym niemniej, dobry tytoń.

Tags: , , , ,

5 Responses to Robert McConnell Paddington

  1. Radek_Z
    Radek_Z
    17 czerwca 2021 at 21:04

    Dzięki za tekst. Może warto go sprawdzić. Przyznam jednak, że jakoś razi mnie ta marka po wypróbowaniu jakiegoś Skotisz Blenda od nich.

    • Julian
      Julian
      18 czerwca 2021 at 12:10

      Paliłem kiedyś Glen Piper i był zapewne dobrej jakości, ale strasznie słodowy w mojej osobistej opinii. Nie odpowiadał mi ten typ aromatyzacji. Jednak Paddington to inny typ.

  2. KrzysT
    KrzysT
    17 czerwca 2021 at 22:30

    Zalogowałem się tylko po to, żeby napisać, że to przyjemność znowu Cię poczytać. No i recenzje tradycyjnie dobre.

    • Julian
      Julian
      17 czerwca 2021 at 22:39

      Cała przyjemność tradycyjnie po mojej stronie.

  3. andzejus
    21 czerwca 2021 at 18:57

    O pięknie! No i pięknie dziękuję za tekst. Nareszcie mam punkt zaczepienia, w poszukiwaniu zamiennika. Był taki moment po wspomnianych konwulsjach Dunhilla, że szczerze zapłakałem nad Royal Yachtem – tym od STG, innego nie znam. Bardzo polubiłem, a później w pocie czoła przyszło szukać pośród wielu zamienników.. i tak niedostępnych w Polsce. Zanim się zdołałem zaznajomić okazało się, że wracają jako Petersony (również w PL niedostępne). Cały ten galimatias uświadomił mi, ze dla RY i jego klonów trudno o zamiennik w kategorii mocnej (jednak), dofermentowanej VA. Jeśli nawet pojawiała się nadzieja, że trafiłem na substytut to zwykle okazywał się ubogi w nikotynę. Nie wiem ile w tym prawdy, ale podobno Royal Yacht bazuje w dużej części na virginii uprawianej częściowo w cieniu, co pozwala liściom nabierać mocy, a nie masy. :) Tak czy inaczej nie jest to raczej popularna taktyka blendowania.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *


*