Bellini Torino – recenzja @wulfa

4 marca 2015
By

Stary dowcip stanowi, że można poznać kiedy polityk kłamie po tym, że rusza ustami. Obserwacje potwierdzają, że coś jest na rzeczy – obiecano nam już, że będziemy drugą Japonią (i gdzie można w Polsce zjeść dobre fugu?), drugą Irlandią (gdzie w Polsce te destylarnie whiskey?), drugimi Węgrami (gdzie w Polsce jest jakiś turul?), trzecim światem, czwartą Rzeczpospolitą i piątą kolumną. Zapewniano nas o tym, że podatki będą niskie, wysokie, liniowe, że nie będzie ich wcale. Ba, że nic nie będzie. Idzie kampania wyborcza, więc będą nowe obiecanki-cacanki.

Bellini Torino

Są jednak pewne sfery życia gdzie kłamstw jest mniej, a może nawet ich nie ma. Wydawało mi się, że tak jest z tytoniem fajkowym. Tu kłamstwo ma krótkie nogi, najczęściej więc go nie ma. Jak ktoś obiecuje wiśnię, to najczęściej wiśnia gdzieś jest – może chemiczna, może jakaś landynkowa, może nie kwitnąca, a gnijąca, ale przynajmniej można stwierdzić że jest. Dotychczas wypalone tytonie były dość zgodne z zapowiedziami. Może to też i zaleta dobierania tytoniu po opiniach użytkowników, a nie po nazwach. A może po prostu mam szczęście – dużo tych tytoni nie było, łącznie będzie max. 10 pełnych puszek + kilka próbników.

Dlatego tytoń, który dostałem do recenzji mnie zdziwił. Bo albo on kłamie, albo organizatorzy. Albo ja czegoś nie rozumiem. A łatwiej mi jednak przyjąć, że kłamie tytoń, a nie organizator. We własną omyłkę nie wierzę.

„Palony będzie aromat” brzmiała zachęta. Przynajmniej dla mnie zachęta. Dla części pewnie był to sygnał odstraszający. Ja aromaty lubię. Nie przeżyłem z nimi wielu przygód, ale nigdy mnie nie odstraszały. A i żonie łatwiej zaakceptować aromaty – jak istotna to kwestia nie muszę chyba nikomu mówić.

Dilerka, którą dostałem wyglądała zachęcająco. Tytoń wielobarwny, przypominający późną jesień – wiele odcieni brązu, od jasnych po prawie czarne. Niektóre kawałeczki mniejsze, inne większe. Cięcie takie, że niewiele musiałem zrobić. Wilgotność też akuratna, może minimalnie zbyt sucha. Zapach nierozpalonego tytoniu tytoniowy, kwaskowy, lekko może zapach wilgoci i orzecha, chociaż może to zapach drewna. Trudno od razu wyczuć jakieś aromaty. Przed jednym z paleń trochę nawilżyłem, żeby może wyczuć coś więcej. Ale dalej jakoś bez wyraźnej aromatyzacji mi wyszło wszystko. Nie czułem ani typowej wiśni, ani wanilii, ani innych typowych klimatów tego rodzaju. Pierwsza obawa – dostałem aromat z gatunku tych bardziej ambitnych, gdzie niuanse schowane są tak, że pewnie ich nie wyłapię, bo tu trzeba mieć kubki smakowe jak przy winach, a do tego palić trzeba porządnie i klinicznie wręcz, ani za szybko, ani za mocno, ani za gorąco. Żadnych aromatyzacji nachalnych nie było. Wręcz przeciwnie, jakbym miał powiedzieć, to dostałem mieszankę z niewielką domieszką latakii, bo pachniało mi tam trochę torfem w tej torebce.

Fajkę tytoniem napakowałem. Luźniej trochę, bo to aromat miał być, a te mi zazwyczaj lepiej się pali na luźno. Rozpalił się szybko i ładnie, dymił bardzo przyjemnym, prawie mlecznym dymem. Gęstym, długo wiszącym. I pachnącym znowu czymś, co w moich dotychczasowych doświadczeniach musi być latakią. Niezbyt mocno, ale jednak jakieś klimaty leśno-torfowe. I lekko kwaskowe, jakby cytrusowe. Gdybym miał szukać na siłę, powiedziałbym, że dym przypomina jakąś szkocką, ale bardzo delikatną.

Samo palenie to przyjemność. Bezobsługowe, nie gaśnie, nie bulgoce. Sucho i w miarę chłodno, chociaż trzeba się pilnować. W zakresie popiołu tylko od czasu do czasu odsypać biało-szare resztki. Pali się ładnie, delikatnie, nie gryzie w język. Mocy też za dużo nie ma, łeb nie boli, kapcia po wszystkim nie ma. Sam zapach za długo się nie utrzymuje, nie wgryza w ciuchy i meble. Nie pachnie papierosami. Ze średniego nabicia został mi tylko popiół. Fajka niezapaskudzona (no może trochę, ale nie jakoś masakrycznie), nie przejęła zapachu jakiegoś. Ennerdale to to nie jest.

I tu ciekawostka i kolejny dowód, że coś tu jest dziwnego. Żona, dzielny towarzysz moich fajkowych przygód, nawąchała się w międzyczasie różnych rzeczy z różnych fajek. Nawet na jednym spotkaniu w większym gronie. Po zapachu już potrafi wyczuć kiedy palę aromat, kiedy coś mocno latakiowego, kiedy czystą wirginię. I daje wyraźnie znać, gdy zapach jej nie pasuje. Nie pali sama, ale węch ma godny psa myśliwskiego. Jaka była jej reakcja na recenzowany tytoń? Zareagowała, że pachnie jakoś niezbyt aromatycznie, ale nie na tyle mocno by jej to przeszkadzało. Spytana czy czuje jakiś aromat, powiedziała, że nie, że chyba sobie żartuję. Wyczuła tylko coś, co jej delikatną przypomina, jakieś wędzonkowe bagienne zapachy. Ale nie wywołuje reakcji alergicznej jak dotychczasowe spotkania z latakią.

Gdybym miał zgadywać, to albo mi się do torebki dostało nie to co trzeba, albo autorzy akcji robią sobie z recenzenta jaja (doceniam taki żart), albo po prostu istnieje gdzieś tytoń, który jest aromatem… dymnym. Względnie w zakresie aromatów są aromaty tak delikatne, że mnie pachniał tylko i wyłącznie normalnym tytoniem, nie czystą wirginią, może lekkim latakiowym miksem, który nadaje się na tytoń codzienny. Względnie jest to aromat jakiś orzechowo-whiskaczowy, bo wtedy też bym zrozumiał skąd ta torfowość i zapach wilgoci. O ile aromatu wiśniowego, owocowego na co dzień palić nie mogę, ba najczęściej nie mogę palić ich częściej niż raz w miesiącu, o tyle ten tytoń mógłbym palić często. Raz w tygodniu nawet (na moje standardy byłoby to nałogowe i smocze palenie). Tytoń jest bowiem bardzo smaczny, niezbyt ciężki i co najważniejsze, nie absorbuje jak szalony.

Świetny do palenia przy książce, pisaniu albo innej aktywności. Dobry towarzysz, który pomaga, a nie dominuje. Tylko cholera gdzie ten aromat?

Tags: , , , , , , ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


*