Giveaway #3 – Duke of Dundee

19 kwietnia 2013
By

Na akcję giveaway czaiłem się dwukrotnie. Pierwszą edycję odpuściłem, bo nie wierzyłem że potrafię. W drugiej chciałem iść na łatwiznę, wybierając fajkę nie wymagającą pracy i nie załapałem się. Dopiero w trzeciej edycji się udało…Tym bardziej mnie to cieszy, że jest to – zgodnie z zapowiedzią Krzyśka – ostatnia tego typu akcja przez Niego organizowana. Mój debiut – Jego finisz. Z jednej strony szkoda. Z drugiej nie – coś się kończy….może coś się zacznie. Bo jak znam Krzyśka, to pewnie zaraz coś wymyśli nowego…taki typ człowieka-aktywisty! Byłby pewnie przodownikiem pracy w swoim PGR, gdyby przyszło nam żyć w czasach niedawno minionych ;)

Czaiłem się i w końcu udało mi się załapać. Załapać się na akcję chciałem z pobudek czysto egoistycznych: bo chciałem mieć pamiątkę z jednej z ciekawszych portalowych akcji, bo chciałem mieć tą fajkę (lubię amerykanki firm „zniknionych”), bo mi się ta fajka najbardziej podobała z całej puli, bo lubię ciekawostki typu karburator/mega skraplacze, bo chciałem się wziąć za wyzwanie „rewitalizacji” naprawdę mocno zniszczonej fajki. No i na końcu – bo darmowa fajka, jak darmowe piwo – nigdy nie jest zła ;)

No to dostałem, co chciałem…

Fajka dotarła do mnie. Oczywiście, mój listonosz za wyjątkowy wysiłek fizyczny bądź intelektualny uznaje wciśnięcie dwóch guzików na panelu domofonu i doręczenie przesyłki poleconej… zatem musiałem pofatygować się po odbiór awizowanej przesyłki na pocztę. Odebrałem, wsiadłem do samochodu, roztargałem kopertę z miłym dreszczykiem niepewności i…oklapłem ze zgrozy i zniechęcenia jak zobaczyłem tę moją emerytkę do liftingu.

Jeszcze tak zapuszczonej, tak pogryzionej, tak nadpalonej i ordynarnie zniszczonej fajki w rękach nie miałem! Zwątpiłem w to, czy w ogóle uda się coś z tą fajką zrobić…

Fajka przed podjęciem działań:

d przed liftem 4

c przed liftem 3

b przed liftem 2

a przed liftem 1

Fajeczka nosiła na sobie znaki intensywnego palenia, znamiona szczękościsku lub szczerbatego uśmiechu poprzedniego użytkownika/właściciela – co objawiał przegryziony z góry i z dołu ustnik. Oznaki ewidentnej brutalności w obchodzeniu się z rzeczą tak delikatną lub po prostu braku nawyku dbania o palidełko, które to objawiały się rimem paskudnie wypalonym i wykruszonym (zapewne przez wystukiwanie o krawężnik ;) ) oraz ogólnym zasyfieniem fajki smołami.

Do tego – ktoś, w sposób bardzo nieumiejętny i drastyczny, starał się gmerać w kominie i wyczyścić nagar – w efekcie pokaleczył cały rim wewnątrz.

Dumałem, myślałem…Ba! Użalałem się nawet nad ciężkimi losami tej fajeczki, bo lekko to ona raczej w „życiu” nie miała. Szkoda jej mi się zrobiło, tym bardziej, że jak udało mi się ustalić (bardzo skromne znalazłem informacje, ale zawsze jakieś), są szanse, że to fajka z lat pięćdziesiątych (lub wcześniej) ubiegłego wieku, a marki Duke of Dundee  już dziś nie ma. Śmiem twierdzić, że zanim naród amerykański spasł się i ogłupiał do reszty przez tłuszcz z hamburgerów i MTV  – potrafił robić naprawdę dobre fajkowe rękodzieło. Lubię takie stare amerykanki i staram się je zbierać.  Zatem postanowiłem, że z mocą całego mojego sumptu i umiejętności postaram się odratować tę fajkę, bo należy jej się druga szansa  i zasługuje to palidełko na „spokojną starość” i należny jej szacunek.

Znajdzie się w mojej kolekcji! Choć nie obejdzie się bez bólu niestety – lifting musi być drastyczny, musi nosić znamiona gwałtu na tej historycznej materii, bo nie uda się wyprowadzić fajki z tak opłakanego stanu jedynie przez polerkę ustnika i posmyranie główki carnaubą. Zatem przystąpiłem do roboty (a co bardziej wrażliwych czytelników bądź renowatorskich purystów upraszam o pominięcie tej części tekstu).

Na początek – wyczyszczony został komin. Komin zasypany niejodowaną solą, zalany spirytusem, odstawiony na dwie godzinki w celu zmiękczenia nagaru. Później delikatna skrobanka moim „frezem” – czyli nożykiem do masła z zaokrąglonym szpicem. Luźny nagar, usuwany „z głową” zszedł bezproblemowo. Zresztą – nie było go dużo…. jak to mówią: „nasi tu byli! ;) Ktoś tu dłubał przede mną, ale mało umiejętnie. Dalej – wyciorowanie wstępne kanału dymowego, przetkanie igłą karburatora. I dajemy odpocząć.

Kolejnego dnia papierek ścierny i dalsza część pracy nad kominem. Na specjalnym „trzpieniu” z drewnianego trzonka łyżki nawijam papier ścierny i bardzo uważnie i delikatnie, by nie rozkalibrować, czyszczę wnętrze komina PRAWIE do zera. Najpierw 100, potem 180, kończę na 360. Komin i dno komina gładkie, czyste.

I pierwsze zdumienie – pierwszy przebłysk nadziei! – komin jest w zadziwiająco dobrym stanie w kontekście tego, jak ta fajka całościowo się prezentowała. Widoczna delikatna i płyciutka siateczka w kominie, brak nadpaleń wrzośca, brak węgla na dnie komina i uszkodzeń przy ujściach kanału dymowego i karburatora. Inżynieria fajki – czyli nawiert jest idealnie przy dnie komina. Jestem w szoku, naprawdę! Spodziewałem się przysłowiowej „kiły i mogiły”. A nie jest źle. Powiem więcej – jest całkiem dobrze.

Czyszczenie wnętrza komina:

szlif komina 1

szlif komina

Zastanawiam się, czego jest to zasługa – wydaje mi się (a może mam naiwną nadzieję), że surowiec, z którego wykonana została ta fajka, jest naprawdę wysokiej jakości, skoro wytrzymał w takim dobrym stanie ewidentnie brutalne traktowanie tej fajki i widocznie intensywne użytkowanie.

Dobry wrzosiec ponoć nie poddaje się łatwo chamskim łapom ;).

Kolejnym krokiem było (o zgrozo!) splantowanie rimu o prawie pół centymetra! Starałem się amputować absolutnie najmniej jak to było możliwe, ale aż tyle trzeba było usunąć materiału, by wyrównać wypalony i wykruszony rim. Amputacji dokonałem ręcznie – delikatnie nożykiem zdejmując materiał i na koniec wyrównując rim na płaskim arkuszu papieru ściernego 180, 300, 600.

Przed i po splantowaniu rimu:

b przed liftem 2

planowanie główki

Wiem, że to działanie kłóci się z wszelkimi prawidłami renowacji/konserwacji i przyjmę z pokorą gromy słusznego w tym kontekście opierdolu. Ale jak pisałem – fajka jesień życia spędzi u mnie. Zatem ten ostatni przejaw gwałtu znieść musiała, byśmy mogli zgodnie koegzystować. Bo ja, jeśli idzie o staruszki (ogólnie) – to preferuję ten typ „dziarski”, energiczny, atrakcyjny mimo wieku i zadbany, ponad ten pachnący formaliną, zgarbiony nad laską i noszący politycznie słuszne berety.

Zatem moja fajka, mimo że w nobliwym wieku – musi mieć prezencję, musi być czyściutka, musi cieszyć oko. Więc zrobiłem tej fajce lifting, a nie konserwację zabytku. I tyle usprawiedliwień w temacie plantowania rimu ;)

Na szczęście – komin jest na tyle głęboki, że moje działania nie będą miały żadnego wpływu na ergonomię i funkcjonalność fajki jako narzędzia do spopielania tytoniu. Dodatkowo – ścinając wrzosiec z rimu przekonałem się, że drewno, z którego jest fajka, jest rzeczywiście doskonałej jakości – twarde, zwarte, jednorodne, suche.

Kiedy ogarnięty został komin i rim, całość główki przetarłem szmatką nasączoną spirytusem by usunąć powłokę starego, ściemniałego woskowania, przetarłem całą główkę (oczywiście szyjka i sygnatury zabezpieczone) papierkiem ściernym 600 by „otworzyć pory w drewnie” i zniwelować rysy i obicia. Później główka trafiła do kąpieli spirytusowej. Fotka ze szlifowania główki:

Szlif główki:

szlif główki

Peklowanie w spirytusie w zasadzie nie było koniecznością – fajka nie była już zasyfiona. Kanał dymowy udało się doczyścić, komin prima sort, fajka nie śmierdziała i nie lepiła się do rąk (od bardzo dawna widocznie nie była palona). Ale jak lifting, to lifting! Peklowanie przebiegało przez 4 dni i potwierdziło to, co piszę – fajka była zasadniczo „czysta”. Spiryt po 4 dniach zabarwił się na kolor leciutko słomkowy.

Peklowanie w spirytusie – czyli uduchowienie ;) :

peklowanie

To dobry znak! Czuję, że naprawdę będziemy się lubili z tą staruszką.

Kiedy główka się suszy ze spirytusu i odpoczywa w oczekiwaniu na w końcu świetlaną przyszłość, zakończona została łatwiejsza cześć zadania. Czas przyszedł na prawdziwe wyzwanie – czyli rekonstrukcję zrujnowanego ustnika.

Stan ustnika przed rekonstrukcją:

ustnik przed 1

A jest nad czym dumać….. ustnik utleniony, przegryziony na wylot i to z dwóch stron! Masakra, jednym słowem.

Zastanawiałem się, czy nie zarzucić planu rekonstruowania, bo im więcej starałem się dowiedzieć o technice takiej naprawy – tym większą miałem ochotę na usunięcie ogryzka i dorobienie nowego ustnika. Ale przecież nikt nie mówił, że będzie lekko, co nie? ;)

Technika rekonstrukcji okazuje się bowiem dosyć problematyczna i nie zawsze daje estetycznie efekty, których byśmy pragnęli. W czym rzecz: można powiedzieć, że nic trudnego – trzeba zrobić kit z odpowiedniego kleju i sproszkowanego ebonitu, zaklajstrować dziurę i na koniec nadać kształt, wyszlifować i wypolerować. Niby prosto – ALE…Zawsze psiakrew jest „ale”.

Ebonit ma mianowicie dość paskudną właściwość – przy próbie ścierania laski/starego ustnika celem pozyskania pyłu, uzyskany materiał jest brązowy. Kit wykonany na takim pyle również będzie brązowy/brązowawy. Stwarza to problem natury estetycznej – bo przecież chcemy, by ustnik był czarny i świecił się jak psu…oczy. Nijak ładnie nie wygląda brązowa łata kitu na czarnym, wybłyszczonym ustniku.

Dlaczego tak się dzieje? Nie wiem. Ostatnio z Krzyśkiem usiłowaliśmy teoretyzować na szczekaczce…. i teoria, która wydaje się najbardziej rozsądna jest taka, że ebonit jest wysoce reaktywny z tlenem. Wydaje się, że już w trakcie ucierania na proszek dochodzi do utlenienia na powierzchni drobinek ebonitu i dlatego z czarnego ustnika wychodzi brązowy proszek. A nie da się zrobić proszku inaczej niż ucierając.

Zatem, poświęciłem dwa wieczory na chałupniczą alchemię, kombinacje, mieszanie kitów i dobieranie klejów. Bo wszak będziemy to docelowo w ustach trzymać – dobrze by było mieć czarny ustnik bez szkody dla własnego zdrowia czy chemicznych posmaków w japie ;)

Tu zaznaczyć muszę jedną rzecz: długo zastanawiałem się, czy w ogóle zamieszczać poniższy opis – użyte składniki mogą nie być obojętne fizjologicznie. Mogą reagować z kondensatem/dymem. Nie wiem tego na 100% i nie potrafię przewidzieć. Zatem nie biorę odpowiedzialności za skutki ewentualnego powielania mojej metody. Robiłem opisane  eksperymenty i stosowałem swoją metodę wyłącznie na fajce dla siebie. Zatem świadomie biorę na siebie ryzyko niepowodzenia i ewentualne konsekwencje zdrowotne z używania mojej – tak spreparowanej fajki.

Zamieszczam poniższy opis jedynie w celu zachowania ciągłości relacji z prac nad fajką. Proszę nie poczytywać go jako instrukcji, a ewentualne powielanie mojej metody czynione jest na Wasze własne ryzyko.

Mieszałem z pyłem różne kleje. Przerobiłem:

  • distal epoksydowy + pył ebonitowy
  • małocząsteczkową żywicę akrylową + pył
  • żywicę epoksydową epidian + pył
  • klej polimerowy + pył
  • cyjanoakryl (gęsty) + pył

Za każdym razem wychodził mi kit brązowawy. Do tego – odrzuciłem żywicę akrylową przez wzgląd na kruchość po związaniu, cyjanoakryle – przez wzgląd na mocną i gwałtowną reakcję termiczną (w sekundzie po zmieszaniu kleju i pyłu wydzieliło się ciepło, dym i całość „zesztywniała” momentalnie z trzaskiem, dając twardą, kruchą masę). Klej polimerowy zwyczajnie śmierdzi. Odrzuciłem też klej distal – choć sprawdził się dobrze, ale nie daje elastycznej spoiny, na czym mi zależało.

Pozyskanie pyłu ebonitowego i próby umieszania odpowiedniej szpachli 

przygotowanie klajstru 1

przygotowanie klajstru 2

Wytypowałem w końcu „lepiszcze” w postaci żywicy epoksydowej epidian 5 i utwardzacza PAC w proporcji   wagowej 100:75, co daje spoiwo o zwiększonej elastyczności. Do tego dodałem kropelkę spirytusu – dla spowolnienia wiązania oraz jako nośnik barwnika, oraz pył ebonitowy do uzyskania gęstej pasty.

Próby wyszły obiecująco – konsystencja masy po związaniu żywicy idealna – podobna do ebonitu lub bardzo twardej gumy. Również obrabialność dobra. Tylko kolor brązowy ;) Pigmentów do barwienia żywic nie posiadam (a są takie). Zatem znów alchemia i kombinowanie. Przerobiłem to, co miałem w domu:

  • barwniki spożywcze w proszku
  • tusz kreślarski/tusz do tatuażu
  • marker spirytusowy (tzw. permanentny)

Barwniki spożywcze odpadają – nie jestem chemikiem, zatem nie rozumiem zależności – ale wyszło mi, że rozpuszcza się toto wyłącznie w wodzie. Nie udało mi się rozpuścić w spirytusie. Dodanie nawet minimalnej ilości roztworu wodnego z barwnikiem do masy epoksydowej powoduje zepsucie lepiszcza – nawet jak uda się to wymieszać ze sobą, to zaburzone zostaje wiązanie żywicy i masa jest miękka, gumowa – jak asfalt albo smoła. Tusz kreślarski i tusz do tatuażu również się nie nadaje – z powodów jak wyżej. Zawierają wodę. Marker spirytusowy okazał się być strzałem w 10! Tylko jak kolor umieścić w masie? ;)

Wypraktykowana „technologia” pozyskania mojego czarnego lepiszcza do ustnika wygląda tak:

Na metalowej/szklanej powierzchni malujemy markerem kółko lub innego kleksa. Jak wyschnie, to malujemy znów i znów i znów. Kilka razy w tym samym miejscu, warstwa na warstwie i im więcej – tym lepiej.

Osobno przygotować należy żywicę + utwardzacz i wymieszać. Żywica i utwardzacz w fazie płynnej są dość mocno reaktywne, dodana do żywicy kropelka spirytusu dodatkowo poprawia „transfer” koloru – po przeniesieniu porcji lepiszcza na pomalowany flamastrem kleks i zabełtaniu np wykałaczką – barwnik zostaje rozpuszczony i łączy się z żywicą. Otrzymujemy czarną żywicę – do której teraz dodać należy pył ebonitowy do momentu uzyskania dosyć gęstej pasty (aby pyłu było jak najwięcej, ale masa zachowała „czepliwość”). I gotowe.

Na przygotowany, odczyszczony z warstwy utlenienia i odtłuszczony ustnik (oczywiście trzeba coś włożyć w kanał do środka – ja wsunąłem zwitek folii aluminiowej) nakładamy masę i zostawiamy na 48 godzin do związania.

Nakładanie kitu:

nakładanie klajstru1

Całość zastyga w twardą, czarną masę o konsystencji i obrabialności bardzo zbliżonej do ebonitu.

klajster po związaniu

Żadnych chemicznych posmaków organoleptycznie nie stwierdziłem. Kolor jest czarny, choć przyznam uczciwie, że zabrakło mi cierpliwości przy malowaniu kleksów flamastrem i za mało barwnika wprowadziłem do szpachlówki. Zatem moja masa wyszła bardziej grafitowa niż czarna – są to minimalne różnice tonalne koloru, ale jednak są. Widoczne zwłaszcza w świetle sztucznym – przy świetle dziennym ustnik jest czarny i bardzo mocno trzeba się wpatrywać by zauważyć łatki.

Po kitowaniu ustnik został wyprofilowany ręcznie nożykiem, iglakami i papierem ściernym. A dalej – po zabezpieczeniu sygnaturki – wyglancowany papierem wodnym 1000 i 2000. Prześwit kanału dymowego, po wydłubaniu ze środka folii aluminiowej, został udrożniony cienkim wiertłem i przepolerowany z ewentualnych zadr starą harcerską metodą – przez kilkukrotne przeciągnięcie struny do gitary ;)

Stosowałem i sprawdziłem to, co miałem pod ręką. Pewnie są lepsze/bardziej odpowiednie środki do takich prac. Chętnie sam się dowiem czego lepiej używać na przyszłość. W ostateczności – zawsze mogę iść na łatwiznę i dosztukować ten ustnik od jakiegoś „dawcy”. Ale póki co – myślę, że moja metoda się sprawdzi.

Foto ustnika po wstępnym modelowaniu i foto po wyszlifowaniu:

modelowanie ustnika

modelowanie ustnika gotowe

Ustnik był zapewne kiedyś szlifowany „osobno” – pewnie przez jakiegoś poprzedniego „renowatora”, stąd ledwo co zachowana, płyciutka sygnaturka oraz minimalne rozjechanie średnicy ustnika w stosunku do szyjki. Ustnik miał minimalnie mniejszą średnicę niż krawędź szyjki – zatem po spasowaniu i ustawieniu obu elementów, szyjka została przeszlifowana papierkiem ściernym 600 tak, by pasowała idealnie do ustnika.

Dopasowanie szyjki i ustnika:

pasowanie średnicy szyjki 1

pasowanie średnicy szyjki 2

Na szczęście – jest to ustnik kombinowany (jak często u amerykańców) z elementami aluminiowymi (czop, obwódki). Dzięki temu poprzedni majster nie popsuł za dużo i nie zaoblił krawędzi ustnika. Sygnaturka na ustniku ostała się, ale tak płytka, że nie odważyłem się tego szlifować. Została więc na tym fragmencie warstwa utlenienia, co nawet – moim zdaniem dodało uroku całości. Jest przejście od jasnej stosunkowo główki, przez brązowy fragment ustnika do ustnika czarnego. Mnie się to podoba bardziej, niż gdyby ustnik był cały czarny :)

fotka ze spasowanym ustnikiem, fajka przygotowana do wykończenia:

gotowa do polerki 1 gotowa do polerki 2 gotowa do polerki 3 gotowa do polerki 4

Na koniec fajka została natarta oliwą virgin i pastą z carnauby. Wykołkowana metodą „drewno o drewno”. Ustnik wypolerowany pastą tempo i nabłyszczony carnaubą.

Fotki gotowej fajki:

gotowa 1

gotowa 2 gotowa 3 gotowa 4

Wiem, że zapewne popełniłem przy okazji rewitalizacji tej fajeczki wiele kardynalnych błędów. Pewnie znajdą się tacy, co powiedzą wprost, że fajka została wręcz zepsuta. Że okazałem ignorancję i brak szacunku dla starocia. No i na pewno rację będą mieli ci, co powiedzą, że dało się to zrobić inaczej/lepiej/ładniej…

Ale ja osiągnąłem to na co liczyłem, a nawet więcej:

Po pierwsze – udało mi się doprowadzić fajeczkę do stanu technicznego i wizualnego, który mnie osobiście satysfakcjonuje i pozwala mi się cieszyć ładnym palidełkiem, a i bez wstydu wyjść z nim „do ludzi”.

Po drugie – udało mi się nauczyć kilku nowych, przydatnych być może w przyszłości rzeczy, a efekty moich eksperymentów i prób wydają się być zadowalające. Mam wielką satysfakcję z udanego przeprowadzenia rekonstrukcji ustnika. Podjąłem się tego po raz pierwszy i efekt przekroczył moje własne, dosyć śmiałe oczekiwania.

Po trzecie – bardzo się cieszę, że mam tą fajkę. Naprawdę mi się podoba, a praca nad nią była wielce przyjemna. Jest to wspaniała pamiątka z jednej z najfajniejszych akcji fajkanetowych jaką był (jest) giveaway. Jeszcze raz – Krzyśku, dziękuję!

Dodatkowo, jestem przekonany, że mój Duke of Dundee będzie mi wiernie i smacznie służyć, bo fajkę tą zamierzam włączyć w poczet moich fajek „celebracyjno-użytkowych” jako mocne uzupełnienie składu „reprezentacji amerykańskiej”. Myślę że czeka nas sporo przyjemnych chwil z dobrym tytoniem jako trzecim do tanga ;)

A za miłe chwile których już doświadczyłem dzięki udziałowi w akcji giveaway – serdecznie dziękuję!

Tags: , , , , ,

10 Responses to Giveaway #3 – Duke of Dundee

  1. Andrzej K.
    19 kwietnia 2013 at 10:07
  2. golf czarny
    19 kwietnia 2013 at 10:38

    Bóg jest wielki (milczacy) a ja taka(i) malutlka(i). Parafrazując . Czytałem rozdziawiony. Zdradż za jest na tym kołku?

  3. golf czarny
    19 kwietnia 2013 at 10:39

    tzn natym do szlifowania…

    • Andrzej K.
      19 kwietnia 2013 at 10:54

      jedynie zgaduję o co pytasz… ;) Ale jeśli o kołek służący do szlifowania komina – jest to kawałek trzonka łyżki, oklejony papierową taśmą malarską i na nim nawijam papier ścierny odpowiednio ponacinany. Taśma malarska służy do „pogrubienia” patyka by pasował do średnicy komina ;)

  4. Marek Juzwa
    juzwa
    20 kwietnia 2013 at 17:27

    Krótko mówiąc – fachowo !
    Jestem pełen podziwu za rekonstrukcję ustnika. To (jak dla mnie) wysoka poprzeczka. Zrozumiale i przejrzyście napisany artykuł. Szacunek dla Twoich umiejętności !

  5. Piotr M. Głęboki
    Piotr M. Głęboki
    21 kwietnia 2013 at 09:10

    Panie Andrzeju, spróbuję skomentować w trzech zdaniach:
    1. Czytałem jak dobrą książkę (sic!)
    2. Pana opis walki z ustnikiem to dobry rozdział powieści sensacyjnej
    3.Jednym słowem … WOW !!!

    Jestem pełen podziwu dla pracy i efektu, a ogryzek niech będzie dumny i super zadowolony że trafił właśnie w Pańskie ręce

  6. Andrzej K.
    21 kwietnia 2013 at 23:07

    Piotrze, na Pana mam za krótkie wąsy i za mało ziemi ;)

    Dziękuję za miłe opinie!
    Brak „burzliwej dyskusji” poczytuję jako znak, że może aż tak wielu (jak mi się wydawało) błędów przy tej fajce nie popełniłem….
    Dobrze! Optymistyczne to i powoli zaczynam łapać motywację, by zrobić w końcu wiosenne porządki i ogarnąć złomy i ogryzki uskładane w czeluściach szafy ;)
    Pozdrawiam

    • yopas
      22 kwietnia 2013 at 09:03

      Kur… czerwony na kalenicy…
      Andrzeju, twa konstrukcja wewnętrzna zaczyna z wolna wywoływać we mnie mdłości.
      Ja wiem, że należy oczekiwać od siebie wiele, ale u licha, rozejrzyj się… W tym wątłym gronie, któremu chce się wykonywać jakiekolwiek prace ręczne, uprzednio nałożywszy warstat (pis. oryg. skarysz.), jakim dysponujesz, to TY JESTEŚ MISTRZ!
      I zacznij się wreszcie tak postrzegać, nawet jeśli starannie odebrana kindersztuba nie pozwala.

      No!

      UkłonY,

  7. pigpen
    pigpen
    22 kwietnia 2013 at 14:38

    Po przeczytaniu szczęka opadła i nie chce się podnieść … po prostu klasa światowa …

  8. kusznik
    kusznik
    8 października 2013 at 12:43

    Znakomita robota. Dzięki za tak sugestywny i poparty fotkami opis pracy…przyda się do własnych eksperymentów! Szacun i kropka…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


*