Sprawa sir Cavendisha

8 marca 2010
By

Deprymuje mnie fakt, że w internetowych społecznościach koledzy palący aromaty dali się zepchnąć w pewnym sensie na gorsze pozycje. „Prawidłowy” rozwój fajczarza, jego droga, wygląda następująco: tanie i złe aromaty, lepsze aromaty, doskonałe aromaty, wirginia, latakia… No i przy latakii automatycznie nadawany tytuł fajczarza dojrzałego. ..

Jak to mówił ks. Tischner w trakcie snucia swoich filozoficznych przypowiastek? Ano, g…o prawda!

Ogromna większość zaczynających przygodę z fajką zwabiona zostaje do takiej formy zażywania tytoniu nie przez żadne smaki i tytoniowe głębie, lecz przez room note. Przez te piękne i nadzwyczajne zapachy, które wokół siebie roztacza fajczarz mijany na spacerze, spotkany w knajpie (jeszcze, wciąż jeszcze), czy wywąchany w pociągu.

Gdyby spotykał samych miłośników latakii, zapewne nigdy po fajkę by nie sięgnął.

Przekroje społeczne

Choć sam mam w pogardzie tzw. amerykański styl palenia oraz amerykańskie tytonie, to bardzo podoba mi się to, że na forach fajkowych za oceanem palacze aromatów są liczącą się formacją i nie dają sobie w kaszę dmuchać. Tam miłośnicy czystych wirginii bywają w mniejszości, a koledzy palący wyłącznie latakie uznawani są wręcz za ekscentryków. Z tym że podziały tu bywają nieostre – tysiące ludzi lubi różne, często skrajnie odmienne tytonie. To oddaje rzeczywisty przekrój tej grupy społecznej, która nazywa się fajczarzami.

Śmiem twierdzić, że w Polsce ten przekrój jest bardzo zbliżony. Że więcej niż 3/4 palaczy pali tytonie aromatyzowane i pozostanie przy nich do ostatniej fajki. Ale ich głosu nie słychać tak głośno jak opinii ekscentryków. Pewnie się boją czarnego…

Czarnego Cavendisha! Bo to właśnie on jest tym Czarnym Ludem… Ileż razy spotykałem się, rozmawiając z przyjaciółmi przez komunikatory ze stwierdzeniem, że tego tytoniu to oni nie kupią, bo w jego składzie wyszczególniono Cavendish. A jak jeszcze podkreślono czarną barwę, to już w ogóle taki tytoń jest do niczego…

No cóż, tak także bywa, ale nie wynika to z przypisanych Cavendishom pierwotnych właściwości – co tak wyraźnie podkreśla Alberto Bellini w przetłumaczonym przez keilwertha artykule – ale z tego, że zarówno tytoń bazowy mógł być niskiej jakości, jak i dodatki, których użyto podczas drugiej fermentacji mogły być podłe, zaś sama fermentacja oraz inne operacje aromatyzujące prowadzone „na skróty”.

Przypomnę i może trochę rozwinę temat, który był pokrótce opisywany w „Tytoniowej typologii„.

Sprawa sir Cavendisha

W 1585 roku Thomas Cavendish, zwany też Candishem, brał udział w słynnej wyprawie sir Richarda Greenville przewożącej do Ameryki pierwszych brytyjskich kolonistów. Hiszpanie już tam byli i zwrócili uwagę Cavendisha na tytoń. W marynarce królewskiej zapożyczony od żeglarzy kastylijskich obyczaj przyjął się nadspodziewanie szybko, marynarze już wówczas palili na potęgę i zapewne sir Thomas niejeden raz spotykał się z zapachem z glinianych fajeczek… Kto wie, może sam popalał.

Arystokrata zwietrzył natychmiast okazję na godziwy zysk i do ładowni upakował pewną ilość tytoniu. Rejs z Ameryki do ujścia Tamizy trwał dość długo, więc podpatrzył, jak tytoń przechowują marynarze…

Wiadomo, alkohol konserwuje, marynarski alkohol to rum, zresztą także zapożyczony od Hiszpanów… Żeby tytoń nie pleśniał, nie gnił i nie wysychał, żeglarze pakowali go – zakropiwszy uprzednio rumem – w szczelne pęcherze, natłuszczone skórzane worki lub w specjalnie spreparowane jelita. Tytoń – w tamtych czasach głównie różne odmiany wirgińskie – w takich warunkach ulegał w mniejszym lub większym stopniu tzw. drugiej fermentacji… Fermentacja ta, jako żywo, przypomina kompostowanie. Temperatura w pęcherzu podnosi się znacznie, wilgoć paruje, przenika i nasącza zwartość opakowania, wyrównują się smaki i zapachy…

Ale marynarze nie transportowali tytoniu na handel, więc co i raz do pakunków wpuszczali powietrze. Cavendish nie miał takiej potrzeby, duża część drugiej fermentacji odbywała się więc bez tlenu. Po kilku miesiącach do Londynu dotarł więc pięknie dojrzały tytoń. Pierwszy taki w Anglii. Kto wie, może i na świecie. Pierwszy cavendish.

Zapewne podczas o wiele dłuższej wyprawy dookoła świata, Thomas Cavendish nie omieszkał powtórzyć tego hadlowo-technologicznego zabiegu i po opłynięciu globu, którą zasłynął, na angielski rynek trafiła kolejna dostawa cavendisha.

Ten ciemny, słodki, aromatyczny i znakomicie palący się w fajce tytoń zrobił w Europie furorę. Był jednak stanowczo zbyt drogi, by stać się standardem.

Cavendish zmarł młodo i tak naprawdę dał technologii przetwarzania tytoniu jedynie swoje imię. Dopiero kiedy kolonia w Wirginii umocniła się, a więc w pierwszej połowie XVII stulecia, tak przygotowany tytoń trafił do powszechnego użytku. Jednak to nie droga morska determinowała jego smak.

Ameryka już od początku swojego istnienia wzbudzała w ludziach przedziwny zmysł przedsiębiorczości. Ktoś coś skojarzył, ktoś połączył fakty i gotowy tytoń typu cavendish w całości był produkowany w koloniach – opracowano na miejscu kompletny proces technologiczny udatnie naśladujący to wszystko, co działo się przed dziesięcioleciami w pakunkach sir Thomasa.

Po pierwszej, naturalnej fermentacji w stertach i wysuszeniu, tytoń dosładzano rumem, nieco później także miodem, melasami oraz syropem klonowym, nawilżano parą lub po prostu skrapiano wodą, ładowano pod prasę i inicjowano kolejną fermentację, czy jak to się ładniej mówi – poddawano dojrzewaniu. Na rynku angielskim mówiono o tytoniu „podwójnie słodkim”.

I taki był – procesowi cavendishowania poddawano głównie najlepsze i naturalnie najsłodsze rodzaje Virginii. W efekcie fajczarzom zaproponowano o wiele słodszy i ciemniejszy tytoń. W XVIII i XIX w pod parę i pod prasę trafiły burleye, czyli tytoń niezbyt zasobny a niekiedy nawet pozbawiony cukrów. Po drugiej fermentacji był jeszcze bardziej ciemny.

Nowy cavendish

Niespecjalnie zachwycił w Europie, ale w XX stuleciu paliła go „cała Ameryka”. Wcale nie dla niskiej ceny, lecz przez coraz śmielsze eksperymentowanie z dodatkami. Tzw. Cavendishe ciemniały coraz bardziej, coraz śmielej lano do ich syropy owocowe, i amerykańskie alkohole, dosypywano przypraw… A potem zaczęto dodawać przed drugą fermentacją aromaty wytwarzane w fabrykach chemicznych oraz substancje intensyfikujące i skracające proces. W mieszance

W drugiej połowie ub. w. różnica w cenie między amerykańskimi cavendishowanymi burleyami, a mieszankami europejskimi stała się tak znaczna, że trzeba było spojrzeć na nie łaskawszym okiem. Poza tym także na starym kontynencie zaczęły fajczarzom smakować tytonie zza oceanu. Nie tylko ze względu na koszt, ale także przez coraz częstsze eksperymenty ze smakiem. Także przez to, o czym wspomniał Bellini w swoim artykule – to właśnie aromatyzowane cavendishe gwarantują powtarzalność smaku określonych mieszanek.

W ostatnim ćwierćwieczu żonglerkę cavendishami do perfekcji opanowali Duńczycy i Niemcy. Teraz to Ameryka zachwyca się europejskimi blendami aromatyzowanymi. Mogą konkurować cenowo z lokalną produkcją, smakowo są na pewno lepsze, „podrabiają” bowiem smak i zapach klasyki. I nie boją się wyszukiwać nowych aromatów, o których ćwiczący kubki smakowe na hot-dogach Amerykanie nawet nie pomyśleli.

Cały świat oszalał i był gotów płacić za mieszanki w których skład wchodziły tytonie poddane opisywanym procesom. Tymczasem tak preparowane burleye, stanowiące podstawę duńskich i niemieckich blendów. Nawet stare dobre firmy brytyjskie zaczęły produkować pożądane przez rynek mieszanki z czarnym tytoniem i smaczkami do tej pory nieznanymi w ich fabrykach. Od niedawna można palić wiśniówki, waniliówki i inne bogate mieszanki produkowane w Kumbrii.

Vox populi, vox pecuniae – jak już starożytni Rzymianie wykpiwali szlachetne przysłowie. Głos ludu, głosem pieniędzy…

Co powiecie na taki skład typowego współczesnego czarnego cavendisha? Około 54 procent tytoniu, 22 procent wody, 8 procent alkoholu, sztuczne słodziki, czyli gliceryna i sorbitol, oraz cukier i syropy aromatyzujące. Oraz bliżej nieokreślone wypełniacze…

Zdarzają się jednak naprawdę smaczne, odpowiednio wilgotne i fermentowane na naturalnych dodatkach cavendishe. To przede wszystkim te oparte na virginiach lub ze znacznym dodatkiem tych szlachetnych i szlachetnie zbieranych oraz suszonych i preparowanych gatunków. To także mieszanki oraz tzw. tytoniu Kentucky, czyli burleyów hodowanych na glebach ubogich w azot, a więc zawierających sporo cukrów…

Tak na marginesie, to Kentucky miał naśladować tytonie orientalne i na początku suszony był nawet na słońcu – dziś już schnie w stodołach i dosuszany jest na gorąco. Czas to pieniądz. A cukier wciąż pozostaje.

Są więc, o czym także pisał Bellini, cavendishe, które on sam i zapewne dziesiątki tysięcy ludzi uważają za bardzo dobre. Włoski spec od aromatów wręcz zaprzyjaźnił się z nimi. Jednak wcale nie jest łatwo wyłapać dobre tytonie tego rodzaju. Na fajczarskich forach wciąż trwają dyskusję o organoleptycznej oceny jakości – podobno liche cavendishe powodują uczucie suchości w ustach. Jak np. w moich lubiany i polecany przez wielu plantowski Black and Bright.

I tu paradoks – będę za kilka kwadransów pił sodówkę jak rażony kacem (właśnie palę wielką faję B&B) – ale podobnie jak tysiącom, mi to smakuje. Znam zresztą sporo substancji wywołujących daleko większe suchoty i o wiele mniej smakowitych, a namiętnie je spożywam…

Ale do recenzowania tytoniu z czarnym cavendishem siadam rzadko. Niewielka jest bowiem szansa na obiektywne opisanie mieszanek tego typu. Właściwie to już nie boję się tak preparowanego tytoniu i zazwyczaj kupuję sobie jedną, dwie nowości miesięcznie w celach poznawczych. Czarny Cavendish nie jest Czarnym Ludem przez fakt zaklasyfikowania go do tej grupy. Niektóre blendy smakują mi na tyle, by zakup powtórzyć, niektórych nie kupię już nigdy więcej, ale zdarzają się też takie, które powodują moją wściekłość i odbierają mi zdrowy rozsądek.

Tak to już jest w sprawie sir Cavendisha. Totolotek.

Tags: , , , ,

25 Responses to Sprawa sir Cavendisha

  1. Alan
    Alan
    8 marca 2010 at 16:22

    We wstepie brakuje powinno być: „…że w internetowych…”
    Pierwszy akapit w części „Nowy Cavendish”: ostatnie zdanie jest niedokończone chyba…
    Czwarty akapit w tej samej części, ostatnie zdanie: winno być „Od niedawna”.

    Swoją drogą, ja z wyczuciem Cavendisha zawsze mam kłopot. Chyba po prostu nie paliłem tytoniu, w którym jakoś znacznie można go wyczuć. Latakię rozpoznam, dobrą Virginię również, słodkość Orientali też wyczuję…ale Cavendisha jakoś nie mogę rozpoznać, co w sumie nawet mi na rękę, bo nie zrażam się opiniami „w tym jest cavendish, ble!”.

    Co do „prawidłowego” rozwoju fajczarza…no ja to nieźle namieszałem ;)

    • 8 marca 2010 at 16:25

      Nie ma smaku cavendisha :) A raczej są dziesiątki smaków.

      • Alan
        Alan
        8 marca 2010 at 16:30

        Zatem czym jest spowodowana niechęć do niego? Skojarzeniem, że Cav= syrop, chemia i inne sztuczne dodatki?

        • 8 marca 2010 at 16:42

          No właśnie, skąd się ona bierze?

        • yopas
          8 marca 2010 at 16:58

          Tak, to jest dobry trop. U mnie największą niechęć wzbudza niejasność produkcji (może i powtarzalna). Po pierwsze nie wiadomo z czego to jest zrobione, bo można szkielet zrobić ze wszystkiego – w sensie poddano wielu fermentacjom zmiotki po produkcji FVF -o to, to może by było jeszcze dobrze, ale jak to były zmiotki po Prince Albercie? Po drugie dodaje się do tego bógwico, a ja chciałbym jednak palić tytoń.
          UkłonY,

  2. 8 marca 2010 at 17:25

    Ja tam w ogóle już nie wierzę w istnienie schwarckawendisza jako takiego. Wiem natomiast, ze utkwił w ludzkich mózgach jak wągry tasiemca czy innego robala. Bellini powtaraza – nie! nie jest to tytoń w rozumieniu tytoń! To jest pewna, proszę mi wybaczyć, ale tu się mocne słowo przyda – zaśmiergnięta grupa tytoni bazowych do sporządzania mikstur.

    W wielu drogich mieszankach, tytonie powstające w procesie cavendish (czy może raczej w jednym z wielu takich procesów) bywają bardzo smaczne.

    To, co się obecnie w firmach pisze o składzie blendu, jest wymysłem specjalistów od Public Relation, a więc terminem służącym do prania mózgu konsumentów.

    Bellini podał jako przkład Amphorę, ja proszę się o przypatrzenie się „wiśniówkom”. Alsbo Cherry dla wielu bywa traumą (choć jest palony i lubiany przez tysiące ludzi). Niedrogi wiśniowy Palladin, na przykład, całkiem mi smakuje. Podobnie jak – i tu już bardzo – mieszanka z Kendal, czyli SG Black Cherry. To wszystko czarny cavendish.

    Tymczasem, jak pisałem wyżej, czarny cavendish nie istnieje.

    Można przyjąć, że Coca Cola oraz Hoop Cola są napojami z grupy Cocolowej (oba zawierają ekstrakt z orzeszków ziemnych i dodatek kofeiny) i dać to do obróbki pijarowcom. Za kilka lat masa napojów będzie zawierała Cocolę. I jakaś kolejna Obszczy Cola, znakomicie się sprzeda przez fakt, że zawiera Cocolę.

    Przepaść, jaka dzieli tytoń, który przefermentował Sir Thomasowi w świńskim pęcherzu od plantowskich srytoni jest większa od różnicy między żurkiem z żurka, a żurkiem z proszku. Ale także żurki z proszku są i do jedzenia, i do wyrzygania.

    PS. Proszę się nie oburzać na mocne określenia – to tylko socjotechnika podobna do tej, aby w skład blendu wpisywać coś, czego już dawno nie ma.

    • 8 marca 2010 at 17:33

      Aaaa, jeszcze jedno, następnym etapem marketingowym będzie rozbieranie czarnego cavendisha na składniki i opisywanie procesu. To jedyny sposób dla firm, które się nie wstydzą tego, co nam dają do palenia. Jedyny sposób na uwiarygodnienie. Pytanie – kiedy to nastąpi. Skoro Gawith wszedł w takie coś, wcale nie musi być to w najbliższym czasie, skoro kawendisz istnieje w świadomości fajczarzy, choć go wcale nie ma.

    • miro
      9 marca 2010 at 21:34

      Bardzo a propos a nawet vis a vis :-)
      Dysputa o Cavendishu
      Znakomicie uzupelnia, wzmacnia, miejscami – kontrapunktuje wszystko, co powyzej napisane. I polemika pierwsza klasa!!! Gratis – szczodra garsz wiedzy na temat roznistych typow smakowych.
      m.

      • 9 marca 2010 at 22:44

        Coś mi się nie otwiera. Pewnie za długi. Czy umiesz wstawić link w krótkiej postaci?
        Pole komentarzy czyta znaczniki html, więc jeśli masz taki wielopietrowy odnośnik, warto go wpisać w takiej postaci – choć to trochę roboty:
        <a href="http://dłoooooooooooooooooogaśny link" >Nazwa, np. Tutaj! albo Klinij!< /a>

        • miro
          9 marca 2010 at 23:07

          … umiesz……. lenistwo…………wstydze sie…………..
          m.
          ps. jednakowoz – u mnie dzialalo jak trzeba
          m.

          • Alan
            Alan
            9 marca 2010 at 23:09

            Już poprawiłem, działa jak trzeba :)

            • miro
              9 marca 2010 at 23:11

              Zbawco :-)

  3. lgatto
    lgatto
    8 marca 2010 at 18:20

    Moim osobistym everydayem jest Smokers Pride Black Cavendish i w nosie mam z czego jest robiony. A z tego co widzę podczas nabijania na pewno nie jest z pierwszej klasy Virginii i dosładzany rumem ;) Ale cóż robić, za tą wędzonką do porannej kawy przepadam, a żona lubi zapach.
    Dla mnie Cav albo BC jest synonimem tego, że tytoń będzie słodki, dość lekki i będzie mi smakował.

    • Alan
      Alan
      8 marca 2010 at 18:39

      Z ciekawości: po czym poznajesz z jakiej jakości tytoni zrobiony jest ten cavendish?

      • lgatto
        lgatto
        8 marca 2010 at 19:02

        Kwestia praktyki w nabijaniu tytoniu do gilz ;)
        Po pierwsze trafiają się „elementy twarde”, czyli kawałki szypułek.
        Po drugie zastanawiam się jak osiągnięto ten niesamowity zapach wędzonki lub innej „szynki Babuni”.
        Lecz najbardziej podejrzany jest pojawiający się czasami ogień podczas podpalania, który pojawia się… po odjęciu zapalniczki od komina.
        Ale inna sprawa, że tytoń dobrze choć ciepło się pali i jest po prostu strasznie smaczny (dla mnie ;) ).

        • 8 marca 2010 at 19:14

          Może kostka smakowa Winiary?

  4. tomekS
    19 maja 2010 at 22:57

    A podobno pali się to co komu smakuje i ładnie pachnie a na temat gustów się nie dyskutuje i nie obraża się fajczarzy.Lubie Cavendish i pale nieraz nawet sam czarny i co nie jestem już fajczarzem hahhahaha

    • Oskar
      20 maja 2010 at 12:00

      Masz rację. Pali się to, co się lubi. Niestety część ludzi ma w naturze ewangelizowanie innych. I nie chodzi tu tylko o tytoń fajkowy. Tak samo sprawa ma się jeżeli chodzi o wina, garnitury czy samochody.
      Ja zacząłem od aromatów i jak na razie jest super. Próbuję sobie dalej i nie obchodzi mnie czy ktoś uważa mnie za fajczarza, czy też nie. Nie będę się napinał po to tylko, żeby palić coś innego niż większość ogółu.

      • Alan
        Alan
        20 maja 2010 at 13:32

        And that’s the spirit!

        • oskar
          21 maja 2010 at 10:08

          To chyba jakieś resztki punk rock spirit z lat młodości :-)

  5. JSG
    20 maja 2010 at 09:51

    Droga fajczarza, od aromatów do wirginii wydaje mi się tak naturalna jak od uwielbienia słodyczy w dzieciństwie i powtarzanego jam mantra na każdych imieninach „ze słodyczy to śledzie”
    Ale oczywiście są i emeryci lubiące szarlotkę ;)

    Przygoda Cavendisha, jest ciekawym punktem zaczepienia dla tych ktorz czy to z doniczki czy z allegro pozyskują liście wirginii. Przygotowanie wirginii takiej jaką znamy z fvf itp to proces wymagający troszkę technologii, a fermentacja tytoniu w foliowym worku, skropionego alkoholem, nie wydaje się być skomplikowane, a fajczarz który zrobi to sam, choćby z najbardziej podłej wiślicy i tak będzie palił to ze smakiem i z dumą częstował bo w końcu sam to zrobi :d

  6. jazz59
    20 maja 2010 at 14:04

    Paliłem BC , palę BC i będę palił BC tak długo , jak będę miał na to ochotę. A miał będę długo jeszcze.Po prostu lubię te smaki i zapachy.
    I prawdę mówiąc wkurza mnie ortodosyjne , bądź nawet snobistyczne podejście do tematu niektórych „miłośników prawdziwego tytoniu”…
    Powtarzam – niektórych , bo są tacy , którzy palą Latakię i dają palić aromaty innym bez „cennych” komentarzy i”światłych” porad.
    Szynka pyszna jest , ale dla niektórych lepsza jest z sosem tatarskim…
    Anarzucanie innym swoich smakowych preferencji jest dla mnie po prostu przejawem złego wychowania – i tyle.
    Dzięki Jacku za świetny artykuł.
    Pozdrawiam jazzowo
    Krzysztof

  7. pinkplato
    2 września 2010 at 02:12

    JA proponuję założyć partię Aromatic Tabbaco Association – która będzie skupiała większosć fajczarzy świata … trzeba być otwartym na nowe, a stare wstawić do muzeum i ksiażek historii, hehe.
    Nei może być tak,żeby mniejszość zatruwałanam aromaciarzom życie….. śmierć ortodoksom

  8. ben
    ben
    2 września 2010 at 18:47

    Śmierć ortodoksom?

    Uśmiałem się setnie. :D

    • jazz59
      2 września 2010 at 19:50

      Żyj i daj żyć innym…jak powiedział pewien grabarz…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


*