Dlaczego „Royal Yacht” nie jest royal

7 stycznia 2013
By

Na wstępie pragnę przeprosić miłośników tegoż tytoniu za moją krytykę. Choć nie, wróć: nie przepraszam. Niech wiedzą, że są tacy, którzy się nie ekscytują nietykalną legendą. Najwyżej owi czytelnicy mnie ukamieniują, ale zaryzykuję linczem i stwierdzę „król jest nagi!”.

Jeden ze skeczy Monty Pythona rozpoczynał się  telewizyjnym talk-show, gdzie obok prowadzącego wywiad siedział równie elegancko ubrany dżentelmen z doczepionym gigantycznym piankowym nosem na twarzy.

– Moim dzisiejszym gościem jest pan Raymond Luksusowy Jacht.

– Nie tak się nazywam!

– … przepraszam, pan: Raymond Luksusowy YACHT.

 – Nie nie, tak to się pisze, ale wymawia się „Namorzyn Nieżyt Krtani”.

 

No właśnie, to samo czułem z dunhillowym Royal Jachtem (YACHTEM) – nazwa wykwintna i obiecująca, ale po dłuższym poznawaniu go okazuje się, że to Namorzyn Nieżyt Krtani. Co prawda w porównaniu do tańszych konkurentów to dość smaczna i niezła Virginia. Po wypaleniu połowy puszki nie korciło mnie aby oddać pozostałość znajomym (jak w przypadku No 1 Mac Barena), jednak… brak wyrazistego smaku Royal Yacht’u  zaczął mnie zdecydowanie nudzić i zmusił do mieszania go z innymi smakami.  Nie jest nijaki, a to plus jak na Va – jest neutralny. Neutralność ta jest przyjemna na początek dnia, kiedy jeszcze nie wiemy czy nowy dzień minie pozytywnie czy też nie. W związku z tym Royal Yacht dobrze sprawdza się jako tytoń po śniadaniu, podczas przeglądania porannej prasy. Świetnie komponuje się wtedy ze smakiem zaparzonej kawy, nie zakrywając jej smaku, a jednocześnie nie dając o sobie samym zapomnieć. Sugeruję pykać go jednakże w mniejszej fajce, dzięki czemu nie znudzi się tak szybko jak podczas palenia go w większych rozmiarach.

Room note? Cóż, zapach co prawda nie jest intensywny, acz reakcja otoczenia była najczęściej obojętna z tendencją raczej do wywietrzenia pomieszczenia. Sam tytoń dobrze się pali do końca i nie gaśnie, jednakże żaden z palonych przeze mnie Dunhilli tak szybko nie wysychał jak właśnie RY.

Możliwe, że to wina nowej produkcji Dunhilli. Być może – nie dane mi było porównywać obecnego Royal Yacht’u z tym legendarnym smakiem sprzed paru dekad. Ten obecny nie jest królewskim tytoniem. Jako rojalista czuję się zawiedziony. Na stronie Fajkowa opisano: „Nie bez kozery Royal Yacht kojarzony jest z imperialnymi klubami żeglarskimi – luksus i gentlemaństwo, nieco snobujący się na Izbę Lordów tytoń. Bogactwo w jednorodności, pycha z głębi skórzanego, klubowego fotela z podłokietnikami z woskowanej czeczoty”. Szczerze powiedziawszy, kiedy wspominam królewski klub żeglarski z „Buntu na Bounty”, widzę nadętych brytyjskich arogantów, pełnych werwy psotników skorych oddaniu się przygodzie i zakładom. W Royal Yacht tego nie czuję. Fakt, jest wspomniana pycha, ale to nie arogancja wynikająca z dumy, co raczej pretensjonalność angielskiego urzędnika obsługującego długą kolejkę w środowe południe. Brak smakowej dostojności, o której tyle słyszałem i tak bardzo się spodziewałem. Royal Yacht to dobry tytoń, ale nie jest to ani jacht, ani royal. To raczej ekskluzywna żaglówka, na której Leon Niemczyk z seksowną partnerką sunie po mazurskim jeziorze i co chwila pyka fajkę („Nóż w wodzie”). W filmie gra pewnego siebie snoba-szpanera, możliwe, że palącego właśnie Royal Yacht.

Niemczyk Leon; Umecka Jolanta;

Tags: , , , ,

31 Responses to Dlaczego „Royal Yacht” nie jest royal

  1. Krzywy
    7 stycznia 2013 at 10:05

    Jak spotykamy na drodzę „legendę” to mamy jakieś oczekiwania. RY jako legenda też mnie nie zauroczył, ale jako dobry tytoń – owszem. Ja jednak wolę go w większej fajce. Ale co do kawy się zgodzę. Do kawy RY jest idealny.

  2. Jacek A. Rochacki
    7 stycznia 2013 at 11:20

    Gdyby tytuł był nieco inaczej sformułowany i wskazywał by jaśniej na subiektywne odczucia Autora, to wydźwięk tego sympatycznie, ze swadą napisanego tekstu byłby dla mnie inny. Do tego już na wstępie czytam o „ekscytacji nietykalną legendą”. Nie bardzo sobie wyobrażam spraw nietykalnych. Problemem natomiast może być: jak je dotykamy. A fascynacja legendą moim zdaniem raczej wskazuje na zamiłowanie do historii czy historii kultury, i absolutnie nie musi automatycznie aplikować się do moich indywidualnych wyborów i preferencji tu i teraz, bo to są, albo inaczej: często bywają, moim zdaniem, dwie różne sprawy. Do tego: każda krytyka jest potrzebna, sensowna, ale dobrze jeśli wskazuje na jakieś pozytywne rozwiązanie, wyjście z krytykowanej sytuacji.

    Przytoczona, znana fraza głosząca iż „król jest nagi” sugeruje podanie odkrytej uniwersalnej prawdy. Chyba trudno by przyjąć założenie, iż wszyscy amatory omawianego blendu od 101 lat są tylko i wyłącznie ofiarami znakomitych skądinąd umiejętności marketingowych Dunhilla.

    Może warto przytoczyć opisy historyczne, publikowany na stronach Johna Loringa:
    …[Pure shade grown Virginias, very soft smoking, particularly recommended in cases of delicate throat.-1917] [Lemon and Bronze Virginia leaves are carefully conditioned and are added to rich heavy body Virginias, a unique flavour is added to the final blend-1985]…

    tyle, że poza uzupełnieniem wiedzy, nie mają one wpływu na nasze subiektywne doznania. I samemu staram się zawsze przestrzegać tej zasady.

    Od zawsze jestem zdania, iż fajka, tytoń, palenie fajki ma dawać dobrą radość, i tak najtańszy, popularny blend (nie chcę wymieniać nazw) powodujący dobrą radość danej Osoby jest więcej wart, niż blend kosztowny, „legendarny” etc., który danej Osobie radości nie daje. Ale pozwólny Osobom o innych niż moje osobiste wrażenia cieszyć się obecnością króla w pięknych szatach koronacyjnych.

    @Autorze Miły: jest (jak przypomniałem powyżej) oczywiste, iż nie wszystko smakuje wszystkim. Z czystej ciekawości pragnął bym zapytać: czy smakują Panu inne a w podobnym charakterze stworzone blendy ? mam na myśli: St Bruno (lepiej w edycji Flake) i Condor (też lepiej w formie Plug – ale i bardziej dziś popularne edycje Ready Rubbed też dają odczytać charakter wspomnianych staroangielskich blendów).

  3. Jacek A. Rochacki
    7 stycznia 2013 at 11:38

    Ad Dendum:

    Przywołanie filmu „Nóż w wodzie” i tamże postaci granej przez Ś.P. Leona Niemczyka powoduje u mnie inne niż, jak podał Autor, skojarzenia. Gdyby bowiem rzeczywiście Leon Niemczyk palił Royal Yacht czyli typowy, staroangielski blend, bardzo by to dla mnie harmonizowało z udzialem Artysty w tzw. wysiłku wojennym w czasie WW II, z czasem Jego służby w Armii Amerykańskiej, etc. Samemu byłem wprowadzony w świat blendów staroangielskich (np. St Bruno Flake i inne) na Wyspach przez polskich ex combatants wiele lat temu.

  4. taraban
    7 stycznia 2013 at 13:48

    Mam wrażenie, że autor recenzji nie zabronił nikomu cieszyć się obecnością króla w pięknych szatach. Stwierdził jedynie, że w tym, co wielu uważa za szlachetny wzór na purpurze, on widzi plamy po kawie. Może nie aż tak, niemniej wyraził swoją nieentuzjastyczną opinię, do czego miał prawo. Nie każda recenzja musi być peanem. Recenzent opisuje swoje doznania, a że akurat RY mu nie smakuje tak, jak tego oczekiwał, że śladem Gałkiewicza nie włącza się w nurt głosicieli, iż „Słowacki wielkim poetą był”… Cóż, nie zachwyca go, i tyle. Nic nie stoi na przeszkodzie żeby inni czuli się zachwyceni, a nawet żeby ten zachwyt ubrali w formę kontrrecenzji czy choćby pochlebnego w stosunku do RY komentarza.

  5. Jacek A. Rochacki
    7 stycznia 2013 at 14:34

    I być może o to chodzi, gdyż, moim zdaniem, recenzja to jedno, a pean to chyba zupełnie co innego.
    Pisanie w kategoriach entuzjazmu czy uczuć przeciwnych jest dzieleniem się bardzo osobistymi preferencjami/zdaniem; teksty podawane publicznie chcąc nie chcąc wchodzą w rolę poradników. Nie pamiętam, abym kiedykolwiek kogokolwiek namawial publicznie na takie_czy_inne fajki – bo ja sam uważam je za bardzo dobre, albo abym wyraził swe negatywne zdanie na temat smaku takich_to_ a_takich_fajek; co najwyżej, nawiązując do procedur stosowanych w konkretnych czasach przez konkretne marki (np. bejcowanie „w kotle) wskazywałem na wpływ tego na smak/jakość tak traktowanych wyrobów.

    No i przepraszam, jeśli niejasno napisałem, gdyż chodzi mi właśnie o unknięcie dzialań w kategoriach zachwytu czy tegoż zachwytu przeciwieństwa, działań w kategoriach tekstów pochlebnych czy niepochlebnych. Chodzi mi o rozróżnienie: obiektywne-subiektywne i dobranie odpowiedniej formy do wyrażenia tego, czym się chcę publicznie podzielić. Być może gdyby to nie miała być recenzja, a indywidualne impresje Autora na dany temat, i to zamieszczone pod nie tak kategorycznie brzmiącym tytułem, sprawa wyglądała by w moim oglądzie inaczej.

    • Kamerling
      Kamerling
      7 stycznia 2013 at 18:36

      Pozwolę sobie tu odpowiedzieć na pytania. Pierwszym z wymienionych przez Pana tytoni byłem częstowany i owszem, był to flake (osobiście Va wolę w wersji Ready Rubbed). Niestety nie przedstawię swej opinii, gdyż popykanie raz czy dwa danego tytoniu to dla mnie za mało żeby wyrobić sobie zdanie. Po puszcze już wiem czy się lubimy czy nie ;)
      ś.p. Leona Niemczyka miałem zaszczyt i przyjemność znać osobiście, choć jeszcze jako gówniarz. Bardzo otwarty człowiek, wspominał mi raz o przygodach w armii amerykańskiej, typ uzdolnionego światowca, z pewnością miał do czynienia z Dunhillem ;)
      Pan jednakże źle zinterpretował moje porównanie: chodziło mi o postać przez niego graną, a nie samego Leona Niemczyka. Gra tam zamożnego prominenta ceniącego sobie to co ekskluzywnew młodej PRL: -zapewne Dunhill- w fajeczce, auto którym przyjechał na Mazury, jego łódź z radiem czy Johnie Walkerem w szafce no i Jolantą Umecką obok (mrrrr) – to symbole tamtego luksusu. Dziś Royal Yacht (o Jasiu Wędrowyczu nie wspominając) jest w stanie nabyć choćby student, a zdaniem starszych i bardziej doświadczonych fajczarzy nie jest to ten sam tytoń co pół wieku temu. Ja tak go odbieram i tak pojmuję tę legendę.

      Pozdrawiam ciepło

      • Jacek A. Rochacki
        7 stycznia 2013 at 19:30

        Autorze Miły: przede wszystkim bardzo pięknie dziękuję za respons. Mimo iż znałem wiele Osób z pokolenia Ś.P. Leona Niemczyka, to nie znałem akurat Jego osobiście. Ośmielony wszakże podzieleniem się uwagą natury osobistej niech i mnie będzie wolno wspomnieć, iż w świat blendów staroangielskich (pierwszym był bodaj St. Bruno Flake w edycji z lat ’60) tak naprawdę wprowadzili mnie polscy ex kombatanci w Szkocji (SPK Perth), a i przy tej okazji byłem przedstawiony gen. Stanisławowi Maczkowi.

        Przepraszam za pomylenie w moim pisaniu postaci Artysty z charakterem postaci granej przez Niego w przytoczonym filmie.

        O ile dobrze pamiętam, od bardzo dawna w w sieci sprzedaży dewizowej prowadzonej bezpośrednio przez PeKaO SA (potem przekształconej w Pewex) oferowane były blendy Dunhilla, acz pamiętam tylko te z udziałem Latakii. Pamiętam też sytuacje po tzw. „odwilży” 1956, kiedy to ci, którzy przeżyli i znaleźli się na emigracji zaczęli odwiedzać Przyjaciół w Starym Kraju. I tak niektóre blendy, w tym blendy staroangielskie, bywały (acz symbolicznie) obecne w niektórych kręgach polskich amatorów fajki; pamiętam spotkania powitalne – bo przyjeżdża X czy Y – a tenże X czy Y specjalnie przywoził kilka puszeczek lub funt dobrego tytoniu luzem (bulk) dla symbolicznego obdarowania Starych Przyjaciół.

        W pełni zgadzam się, z, cytuję: …nie jest to ten sam tytoń co pół wieku temu…aliści wolę tematu nie kontynuować, gdyż w obecnej – i to w skali świata – sytuacji były by to …”daremne żale, próżny trud”…no i nie konstruktywne podejście do tematu dobrych blendów osiągalnych A.D. 2013. Samemu palę z wiekiem coraz mniej, a do moich ulubionych tytoni należą od kilku lat produkty SG i G&H, co w żadnej mierze nie jest jakąkolwiek krytyką innych oferowanych dziś tytoni.

        Na zakończenie: mogę tylko żałować, iż wypaliłem już swoje zapasy z lat ’60 i ’70 blendów staroangielskich i nie mam jak poczęstować Sympatyczne a Zainteresowane tematem Osoby.

        Z pozdrowieniami pełnymi szacunku i serdeczności –

  6. wiadrowod
    wiadrowod
    7 stycznia 2013 at 17:27

    ktoś wie jakiej firmy to fajka ?

  7. Jacek A. Rochacki
    7 stycznia 2013 at 17:40

    @wiatrowod: o jaką fajkę chodzi ?

  8. wiadrowod
    wiadrowod
    7 stycznia 2013 at 17:45

    tą ze zdjęcia z filmu „nóż w wodzie” którą pali L.Niemczyk, tak się zastanawiam właśnie bo jakoś mi znajomo wygląda.

  9. Jacek A. Rochacki
    7 stycznia 2013 at 17:54

    – a to by trzeba mieć aparat Roentgena jakiś, i do tego możność powiększeń dla odczytania oznakowań występujących na owej fajce; przecież, jak widać na zamieszczonym zdjęciu, znaczna część fajki zasłonięta jest lewą dłonią aktora…

  10. wiadrowod
    wiadrowod
    7 stycznia 2013 at 18:15
  11. Jacek A. Rochacki
    7 stycznia 2013 at 18:25

    dzięki, fakt, na podanym zdjęciu fajka jest lepiej widoczna. Wszelako bez odczytania oznakowań i obejrzeniu dokładnego obiektu nie bardzo wyobrażam sobie wiarygodne ustalenie marki, zwłaszcza mając do czynienia z dość popularnym kształtem (pot). Bardzo z grubsza: białe (?)/jasne ustniki bywały popularne w latach ’30 i ’40 ale to jest bardzo nikły trop.

  12. krycha371
    krycha371
    7 stycznia 2013 at 18:27

    Dla mnie RY był bardzo dużym zaskoczeniem. Smakował mi, a jakże, ale nie to tu mam na myśli. Za nim go zapaliłem nie sprawdziłem w necie co tam się w środku kryje- la, va czy cokolwiek innego. Zapaliłem go „na ślepo” i co ciekawe, byłem pewien, że to aromat. Dopiero po kilku miesiącach przypadkiem wytropiłem, że to czysta va… Nie mniej jednak bardzo smaczny, bardzo owocowy w moim odczuciu oraz, tak jak to autor ujął, szybko przesuszający się blend.

  13. KrzysT
    KrzysT
    9 stycznia 2013 at 20:36

    Cóż, ja bym jednak był o tyle optymistą, że te całe biznesowe przejścia i fuzje dzieją się jednak nader często nad głową blendera i innej załogi technicznej. Tym się różni rzeczywistość normalna od korporacyjnej, że te wirtualne twory potrafią mieć ograniczony wpływ na tzw. dół. Człowiek zmienia firmę cztery razy, a de facto siedzi przy tym samym stoliku i robi tę samą robotę przez 10 lat (rzekł Krzyś, któremu w ciągu ostatniego roku trzy razy zmienili sygnaturkę w mailu ;))

    Realnie to się zmienia, jak produkcję geograficznie przenioszą i wymienią cały zespół odpowiedzialny za technologię i dostawców.
    Oczywiście na pewno blendy Dunhilla zmieniały się na przestrzeni lat, ale na pewno nie tak jak struktura własnościowa firmy. Po prostu jedno na drugie nie ma aż tak prostego przełożenia i identycznej dynamiki. W każdym przypadku będzie dodatkowo jakaś inercja (zanim dojdzie do reorganizacji i zapasy się skończą chociażby).

    • krycha371
      krycha371
      9 stycznia 2013 at 21:14

      Mieliście okazje spróbować „tamtych” dunhilli? Jeśli tak to jakie są różnice?
      Tak w ogóle to skąd one się biorą? Ktoś sprząta piwnice i w pudle z gratami dziadka palącego fajki znajduje takową puszkę czy to producent ma jakieś zaskórniaki?
      Jeśli firma bazuje na jakiś starych zapasach, a polityka firmy(jak i większości) jest nastawiona na zysk ujmując tym jakości, to można się spodziewać, że te tytonie będą z czasem co raz gorsze. Niestety. Ci, którym one smakują ,nawet teraz, może powinni się zacząć zbroić i kupić z 10 puszek, i do szafki. Jak obecna puszka poleży sobie z 5/10 lat to czy to coś zmieni? Pozwoli się jakoś zbliżyć do tamtych czasów. Swoją drogą to trochę smutny przykład rozmienienia czegoś dobrego na drobne.

      • KrzysT
        KrzysT
        9 stycznia 2013 at 21:26

        Mieliście.
        I…. nie narzekam na obecne edycje.
        Faktem jest, że nie miałem okazji próbować dawnych edycji tych tytoni, które z obecnej produkcji palę.
        Ale próbowałem/mam: DSMM, Ready Rubbed, Aperitifa i (chyba) Aromatic. I nie, żeby źle, ale żeby jakiś straszny szał, to nie powiem ;) Pierwszymi dwoma mogę na spotkaniu poczęstować, jak ktoś jest chętny, to niech pisze, będzie można porównać.

  14. Jacek A. Rochacki
    9 stycznia 2013 at 22:37

    Przy głębszym drążeniu spraw porównań starych i nowych tytoni sygnowanych tą samą marką zawsze napotykam na spore trudności. Należą do nich:

    – świadomość, iż dokładne dane na temat: źródeł pozyskiwania materiału (liści), ich rodzajów, stosowanych procedur produkcyjnych są dziś nieznane (sporo archiwów/dokumentów firm spłonęło w czasie np. bombardowań Londynu w czasie tzw. Bitwy o Anglię), albo są objęte tajemnicą firmową. I tak ci z nas którzy w trybie rozmów bardzo prywatnych w odległych miejscach dowiedzieli się tego czy owego od byłych czy aktualnych wówczas pracowników a więc niejako z pierwszej ręki mogą co najwyżej opowiedzieć o tym Przyjaciołom przy przysłowiowym kieliszku, ale już nie w trybie pisania publicznie, i to nie z racji utrzymywania aury tajemniczości, ale z racji zwykłej odpowiedzialności za słowo, bo to, co mi p. X. czy Y. opowiedział prywatnie wiele lat temu nie jest w moim rozumieniu obiektywnym źródłem dla jakiejkolwiek, nawet kameralnej lecz mającdj być wiarygodną publikacji.

    – na to nakładają się skutki częstej ostatnimi laty rotacji pracowników; niewielkie kilka lat temu na którymś z poważnych for angielskojęzycznych postawiono kwestię ustalenia daty zaprzestania przez Dunhilla stosowania tradycyjnego oil curingu, i z tym pytaniem zwrócono się kilkukrotnie – jeśli pamiętam – do firmy Dunhill. Pytały Osoby – oczywiście przedstawiając się z imienia i nazwiska, których nie wypadało zbyć tak, po prostu. Odpowiedzi udzielały z angielską grzecznością różni pracownicy Dunhilla, w tym młoda Pani która przekazała datę lat ’20 czy ’30. I tak już nikt o blendy nie pytał, a wszyscy wiedzą o zmianach smaku blendów sygnowanych tą samą marką w zależności od
    – zmiany producenta
    – zmiany miejsca prowadzenia produkcji
    – zmian miejsc pozyskiwania materiału i – najpewniej (?!) zmiany samego materiału. Jeśli o to ostatnie chodzi, to chyba wystarczy spojrzeć na mapę zmian świata w wyniku np. II wojny; zauważmy, jak wyglądały tzw. Bałkany przed wojną i po wojnie, czy jak wyglądał tzw. Orient. Zanotujmy też rozwój agrykultury w Afryce. Z winami jest inaczej – bo winnica jest wciąż ta sama, z tą samą glebą, umiejscowieniem geograficznym. Niestety nie aplikuje się to do miejsc pozyskiwania tytoniu i w dalszej konsekwencji do charakteru danego blendu.

    Do tego: wielcy producenci którzy już są podporządkowani generalnemu zarządzaniu koncernu w skład którego wchodzą (np. Orlik wchodzący w skład Scandinavian Tobacco Group), niezależnie od przekazania im receptury fermentacji i w ogóle curingu, choćby chcieli, będą prowadzili produkcję na swoich urządzeniach i swoją załogą. I często ma to wpływ na charakter produktu. Nie bez kozery wspomina się o charakterze – „duchu” Kendall, czy o charakterze „duńskim”. Materiałem do przemyśleń może być opublikowany w Pipesmagazine artykuł porównujący Escudo i Dunhill DeLuxe Navy Rolls. Nie chcę stawiać kropki nad przysłowiowym „i”, warto zapoznać się z tym tekstem:
    http://pipesmagazine.com/blog/pipe-tobacco-reviews/dunhill-escudo-navy-de-luxe-the-same/
    Obie te współczesne edycje są produkowane/blendowane przez Orlika.

    Gdy czytam kolejne wpisy z pytaniami o różnice, to właściwie nie mam na to odpowiedzi, bo w najlepszym przypadku będzie to tylko przekaz moich odczuć. A mimo wspominanych licznych kiedyś rozmów prywatnych nigdy nie wchodziłem w detale: z której farmy w jakich latach pozyskiwano taką czy inną Virginię, Latakię, czy taki lub inny tytoń orientalny.

    Bardzo wiele zależy od przyjętej, czy posiadanej perspektywy czasowej. I tu warto starannie poczytać wpisy Osób o kilkudziesięcioletnim stażu na obu poważnych forach angielskojęzycznych. A praktyczna porada na dziś: na pewno warto inwestować w tytonie dobrej marki, aliści lepiej nie widzieć sprawy w perspektywie lat 5, a co najmniej 20, lepiej więcej. Tak od lat postępuje na EBay użytkownik Pipestud, przypomina mi to nieco kupowanie win w prenumeracie acz to zupełnie inna jednak formuła.

    Należę do ludzi którzy odczuwają kapitalną różnicę pomiędzy starymi w współczesnymi edycjami tytoni, w tym Dunhilla. Czy zawsze in minus ? nie. Zgadzam się z opiniami, że niektóre blendy Dunhilla po przejęciu produkcji przez Murray’a były gorsze od edycji współczesnych robionych przez Orlika. Ale nie wiemy, jakie polecenia wyda zarząd Scandinavian Tobacco Group za kilka lat ; może produkcja zostanie przeniesiona do Indonezji ? a może – z czasem – do Chin ? . Dla mnie jedno jest pewne: współczesny świat jest światem szybkich zmian, co chyba nie zawsze wpływa dobrze na jakość podległych zmianom produktów.

    I – nie na temat: bardzo lubię tradycje jeśli to tradycja wysokiej jakości, nie lubię zmian, jakich doświadczyłem kiedy po trzech Toyotach Made in Japan jeździłem dwoma Toyotami Made in Gdzie Indziej. I tak, do tytoni wracając, gdy mam ochotę na tytonie blendowane w tradycji europejskiej, palę najchętniej produkty dwóch niewielkich firm z Wysp.

  15. maciej stryjecki
    20 stycznia 2013 at 01:05

    Papierosowy, sredni tytoń, spalający sie w trzy minuty, przygasający w połowie fajki. Na dodatek zdarzaja sie kołki, i to wcale nie rzadko, ktos sobie chyba jaja robi z tym „ręcznym blendowaniem”. Dla mnie w kwestiach smakowych bardzo, bardzo przeciętny. Mógłbym go porównać do Rattraysa, ale tamten ma jedna przewagę – nie jest duszący.
    Będe go mieszać z czekoladą McClellanda, albo czyms innym, palić w kukurydziance. Piszę to z bolem serca, bo wiedziony legendą kupiłem 6 puszek na zapas (darmowa wysyłka w Fajkowie) i wywaliłem kasę w przysłowiowe, choć markowe błoto.
    Jeżeli to jest aromat, to nie wiem, czym pachnie. Dla mnie bardzo podobnie do Marlboro.

    • Kamerling
      Kamerling
      20 stycznia 2013 at 02:16

      Z ciekawości podpytam odnośnie Pana hurtowego zakupu. Czym się Pan kierował: chęcią spróbowania „legendy” tak pro forma czy raczej chęcią posmakowania kolejnej – uchodzącej za wykwintną – Virginii?

      • KrzysT
        KrzysT
        20 stycznia 2013 at 09:29

        Co by nie mówić, to akurat RY jest typowym tytoniem typu „love or hate”. We wspólnej kategorii z Grousemoorem.
        Jakkolwiek co do jakości, to uważam, że porównywanie go z Rattraysami (czy ogólniej czymkolwiek, co produkuje Kohlhase & Kopp) uważam za krzywdzące. To K&K niezależnie od tego, co próbuje zrobić z Virginią nawet na licencji znanych marek zawsze uzyskuje szlachetny, sianowaty posmak ;)
        A RY zawsze możesz oddać Alkowi (@Julianowi). On, wyobraź sobie, bardzo to lubi ;) Pewnie się nie zna :>

        • Julian
          Julian
          20 stycznia 2013 at 15:32

          Co do RY, swego czasu napisałem w recenzji, że „stary” Yacht był wg mojej pamięci drobniejszy niż obecny, który jest czymś w rodzaju krótkich wstążek. Starego RY zapamiętałem jako shag. Dzisiaj natomiast znalazłem (na stronie thebackyshop.uk) prawdopodobne potwierdzenie tego wrażenia. Otóż piszą tam oni, że według obecnych przepisów shag nie może być CIEŃSZY niż 1,5 mm, a to dlatego, że średnica wstążek ma odróżniać go od hand rolling, przeznaczonego do papierosów i (uwaga) obłożonego wyższym podatkiem. A ponieważ ta różnica opodatkowania musi być świeża (tak jak świeże jest polowanie na palaczy), nowy też jest dziwaczny system produkowania „shagu” przypominającego ribbon.

        • maciej stryjecki
          20 stycznia 2013 at 15:57

          Eee tam, zna sie :) Jak się tylko spotkamy to go z pewnością uraczę :)Ja się chyba spodziewałem zbyt wiele, bo EMP ma w sobie coś innego niż pozostałe tytonie. Myslałem, że ta gładkość (o ile tam mozna to nazwać) jest generalnie cechą Dunhilla. Tu mi przeszkadza gryzący posmak i odczuwalna bardzo lekko (ale zawsze) gorycz na podniebieniu. papierosowy „sound” akurat mi nie zawadza, bo takie rzeczy tez lubię. Niemniej jednak, RY jest przewartościowany z punktu widzenia „zwykłego użytkownika”. Bo wiem, że dochodzi do tego tak zwana wartość brendu i pozycjonowanie na rynku. Rattrays jest niżej, ale HOTW jakos drastycznie nie odstaje. Gdybym nie wiedział, co pale, mógłbym wybrać ten drugi.

    • kusznik
      kusznik
      23 maja 2013 at 07:35

      Właśnie skończyłem puszkę i powiem krótko…nigdy więcej!Jedno z największych rozczarowań tytoniowych,jakich doznałem. A puszkę skończyłem tylko dlatego,że z uporem usiłowałem w nim znaleźć choćby cień tego,co sobie wyobrażałem! Paliłem w różnych konfiguracjach:rano,w południe,wieczorem,z kawą,z Jackiem D.,z „cup of tea”,na balkonie,w salonie,na Żony łonie…i nic!
      Jedyny pozytyw…faktycznie łatwo się go aplikuje do fajki i ładnie się spopiela.

      • Julian
        Julian
        23 maja 2013 at 08:40

        Ja mam teraz mieszane uczucia co do tego tytoniu. Spaliłem dwie czy trzy puszki jadąc do pewnego stopnia na wspomnieniach, smakował mi, ale teraz mam wrażenie, ze coś jest nie tak z materiałem, tj. że surowiec tytoniowy nie jest zbyt dobrej jakości. To wychodzi w momencie, kiedy tytoniu już jest mało w puszce i zostaje trochę zwietrzała resztka. Czuje się zbyt tani tytoń. Podobne wrażenie mam z współczesnym Erinmore. Zamówiłem puszkę RY z lat 80., ale dojdzie do mnie dopiero w sierpniu, wtedy porównam stary z nowym. Oczywiście stary będzie juz mocno odleżały.

  16. maciej stryjecki
    20 stycznia 2013 at 03:11

    Prawde mówiąc, i jednym i drugim. A najbardziej to tym, że myslałem – taki zacny tyton musi mnie usadzić. W fotelu, oczywiście.
    Problemu oczywiście nie ma (przewartościowany bardzo grubo, ale nie odrzucający), choc próbka za duża :)
    W każdym razie, chętnie wymienię.

  17. maciej stryjecki
    20 stycznia 2013 at 03:15

    Jak nie zdążę wypalić.

  18. drPo
    2 grudnia 2019 at 00:08

    Co do zagadki tytoniowej z filmu „Nóż w wodzie”, Niemczyk pali tam tytoń od J. Middelton’-a „Prince Albert” (i bez Rentgena widać to na jednym z ujęć” :) ). Czyli nic wyszukanego, zwykła mieszanka OTC. Choć wtedy, u schyłku lat 60., w PRL, z pewnością jak wszystko z drugiej strony kurtyny, uchodziła za prestiżową. Z pewnością nie jest to jednak kaliber prestiżu Royal Yacht, czy jakiegokolwiek tytoniu sygnowanego: Dunhill. Miło czasem rozwiazać zagadkę. Recenzję czytałem z 2 lata temu, a dziś obejrzałem film. Może ktoś zaśnie spokojniejszy, ja i owszem ;)…

    dr Po.

    • Kamerling
      2 grudnia 2019 at 12:37

      Gratuluję odkurzenia sprawy sprzed 6 lat i odkrycia prawdy :) a więc przez ten cały czas był to książę Albert…

  19. cortezza
    cortezza
    3 grudnia 2019 at 06:40

    Mam wrażenie, że ten zacny portal żyje jeszcze dzięki recenzjom Krzyśka i takim właśnie postom.

    • P_iter
      P_iter
      5 grudnia 2019 at 14:59

      To wegetacja a nie życie. Ale i tak zaglądam tutaj co dwa dni. Krzysiek publikuje recenzje na swoim kanale na YT i na FB. Tam jakoś szybciej mi w oko wpadają Jego filmy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


*