Akcja recenzja – Timm No Name Grün

7 maja 2014
By

f375355d266548aff0570132bc661c85[1]

Jak wiadomo, akcja recenzja służy mi – poza celami oczywistymi – do podprogowego przekazywania różnych treści dodatkowych. Ponieważ felietonów pisać nie umiem, bo to i temat trzeba wymyślić i narażać się na takie tam różne komentarze nieprzychylne. A tu, proszę – akcja jest, wiadomo, że przeczytają, ale każdy będzie się spieszył do skomentowania tekstów właściwych, więc po moim prześlizgnie się wzrokiem, a ewentualną polemikę odpuści. A właściwy przekaz wypali się na siatkówce, wwierci w mózg i zostanie. Jest to druga najlepsza metoda sprzedawania propagandy*.

A teraz a propos samego tytoniu. Otóż oczywistym było, że w momencie, kiedy Fajkowo wprowadza do sprzedaży tytonie Davidoffa i zbiega się to w terminie z akcją recenzja do recenzowania wytypujemy tytoń Davidoffa. I równie logicznym było, że skoro to taki pewniak, to wiadomo, że go nie wybierzemy. W zamian wybraliśmy tytoń marki Timm produkowanej przez Dan Tobacco, która jest kojarzona głównie ze „sztandarowym” jej produktem, czyli „Białym” Timm No Name (TNN Weiß). Tymczasem cała linia Timm No Name składa się z dziewiętnastu bodaj różnych tytoni wprowadzanych do sprzedaży w różnym okresie – w katalogu DTM na rok 2014 mamy tych tytoni dziesięć. I są to różne tytonie – od podobnych „Białemu” (będącemu „numerem 1” całej linii) aromaty aż po czysto virginiowe płatki (z przewagą tych pierwszych rzecz jasna). To, co je łączy, to… opakowania, a dokładniej ich objętość. Znakomita większość oferowana jest wyłącznie w „budżetowych” dwustugramowych torbach (w katalogu piszą, że z uwagi na ich popularność zrezygnowano z mniejszych opakowań, ale pod „białym” figuruje jak byk opakowanie pięćdziesięciogramowa – ot niekonsekwencja). Dla każdego obeznanego choćby bazowo z rynkiem tytoniowym fajczarza jest to sygnał, że dana linia jest produktem budżetowym, do codziennego palenia, adresowana do odbiorców, którzy przywiązani są do konkretnego smaku i palą go codziennie po wielokroć. Co nie jest rzecz jasna żadną wadą, ale stanowi jasny sygnał, że fajerwerków spodziewać się nie należy, raczej czegoś, co stanowi „tytoń nasz powszedni”.
Dodajmy jeszcze, że recenzowany „Zielony” Timm jest jedynym tytoniem ze wspomnianej linii, który pretenduje do bycia klasyczną mieszanką angielską składającą się z Virginii i Latakii. Zrobiliśmy to specjalnie, żeby dodatkowo zmylić przeciwnika (skreślono, napisano: recenzentów).
Na ile sztuczka ta nam się udała – ocenicie czytając recenzje – a zatem, w kolejności:

Recenzentom dziękuję za wzięcie udziału i poważne potraktowanie tematu. Mam nadzieję, że to dobrze wróży na przyszłość i spowoduje, że akcja kontynuowana w niezmienionej formie.

*według drugiej należy to, co chcemy przekazać wpleść w ostatnie zdanie konwersacji, jak w antycznym dowcipie o Stirlitzu**

**Dla tych, którzy nie znają (i dla Tomka, który pewnie zna, ale i tak nie skojarzy):

Stirlitz wchodzi do gabinetu Müllera: – Nie chciałby pan pracować dla radzieckiego wywiadu? – pyta. – Nieźle płacą. – Zszokowany Müller patrzy podejrzliwie. Stirlitz zmieszany kieruje się w kierunku drzwi. Przystaje: – Nie ma pan przypadkiem aspiryny? – pyta. Wie, że ludzie zapamiętują tylko koniec rozmowy.

 

 

One Response to Akcja recenzja – Timm No Name Grün

  1. Buldoger
    Buldoger
    9 maja 2014 at 17:01

    ,,…aż po czysto virginiowe płatki” – KrzyśT, mógłbyś napisać jak nazywa się Va tej firmy? Po udanym/zachęcającym paleniu Timm No Name Grün, postanowiłem bliżej przyjrzeć się ofercie firmy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


*