Palenie w ciemno: McClelland – Bulk No.2010 Classic Virginia

11 lipca 2014
By

Już po raz kolejny miałem przyjemność zostać poczęstowanym przez kolegę Janka specyfikiem rzadkim, niespotykanym, wręcz unikatowym. Dostępnym czasem w jednej z warszawskich trafik. Przesyłka dodatkowo zaskoczyła mnie przesympatycznym upominkiem z „innej branży”, za co Jankowi dziękuję, bo umilił mi (i synowi) strasznie dzień.

Jak się okazało potem, obie rzeczy miały ze sobą więcej wspólnego niż się spodziewałem…

usaf

Wygląd

Dość pokaźna próbka składa się z różnej wielkości kawałków, dość grubo ciętych flake’ów. Praktyczie bez luźnych śmieci i paprochów. W barwie przeważają odcienie ciemnego i średniego brązu, a wszystko to poprzetykane jest złocistymi wtrętami i żyłkami. Wygląd jest bardzo apetyczny, a w połączeniu z dość „tłustą” i jakby „ciągliwą” konsystencją, która mnie osobiście kojarzy się ze stygnącym karmelem z cukru, sprawia wrażenie bardzo spożywcze i zachęca do dalszej konsumpcji.

Tin note

„Nos” jest bogaty, naturalny i ciekawy. Przede wszystkim suszone owoce: rodzynki, figi, daktyle. Po chwilowym przewietrzeniu dochodzi druga, równie intensywna, warstwa: keczup, ocet, sos worchestershire. Całość uzupełnieją nutki słodu, kakao, no i oczywiście dobrego, dojrzałego tytoniu. Podczas podsuszania w pomieszczeniu daje się wyczuć troszkę octowo-keczupowego powiewu położonego na zapachu czystego tytoniu. Jakby zamoczyć papieroska (jeszcze nie palonego!) w keczupie. Nie mam zbyt dużego doświadczenia w tego typu mieszankach, ale na tyle ile miałem okazję pokosztować, pachnie mi to amerykańską czerwoną i złotą Va w połączeniu z Pq.

Moc
To jest kategoria, przy której odrobinkę się zatrzymamy. Dla mnie skale Synjeco, TR, czy nie wiem jeszcze jakie, nie przystają do tego tytoniu. Tutaj moc znamionową trzeba rozpatrywać w kategoriach energetyki przemysłowej, silników okrętowych i reaktorów do napędu radzieckich łodzi podwodnych. Nic, literalnie NIC mnie tak nie sponiewierało w mojej dotychczasowej karierze. Ani 1792, ani Bracken, ani Kendal Flake, ani Cannon Plug, ani inne paskudztwa przed, którymi ostrzegano: „POZOR – mocne”. Po wstępnej ocenie organoleptycznej, na wszelki wypadek zrobiłem przed pierwszym paleniem podkład ze śniadania, czekoladek i słowackiego wafla marki „Horalky”. Po tej pierwszej fajce (ach, żebyż to była fajka, to było 1/3 malusiej fajuni) szprychy mi popękały. Oczy się zaszkliły. Resztki mięśni zamieniały w trzymaną w upalny dzięń pod pachą plastelinę. Ameliniowe śrubki powypadały na podłogę. A nadwyżki wody wyparowały przez pory urwanej głowy. Trochę takie „Miękkie zegary” Salvadora na żywo. Potem było trochę lepiej, ale nadal o jakiejkolwiek porze, w czym, po czym i jak bym nie palił było mocno i bez kompromisów. Jazda bez trzymanki.

Spalanie
No tu niestety wychodzi albo słabość tego tytoniu albo moja indolencja. Zmaltretowałem ten wyrób chyba na wszelkie sposoby. Nie suszyłem.  Suszyłem pod żarówką, na biurku, na słońcu. Suszyłem trochę i suszyłem na pieprz. Nie rozdrabniałem. Rozdrabniałem w palcach, w młynku i scyzorykiem. Na ready rubbed, na „pył”, na „majeranek”, i na „brykieciki”. Paliłem bez filtra. Paliłem z filtrem. Paliłem ze skrapaczem. Paliłem ze skraplaczem i z filtrem (mam takiego wynalazka jednego). Paliłem w domu i na dworze. Przy wietrze i bez wiatru. Paliłem ze zwykłym ustnikiem i z P-lipem. Robiłem z tym tytoniem chyba wszystko. Nic. Leje. Kapie. Bulgoce nawet. Jak shisha. Gaśnie. A jak zgasnie i wystygnie i już się zapali to leje. I abarot na nowo…

Smak
Tu pora na nawiązanie do jankowej niespodzianki, którą był gadżet Stali Rzeszów. Jakby kto nie wiedział, Stal Rzeszów to drużyna sportowa uprawiająca speedway, czyli tak zwany „żużel”. Ten tytoń jest jak żużel. Męski, mocny, głośny i powodujący drżenie portek. Nie ma czasu na rozpęd, taśma w góre i wio. Bez hamulców, bez skrzyni biegów. Kończysz na mecie albo na płocie (ewentualnie na innym zawodniku, ale zostawmy to na inną okazję). To porównanie ma jeszcze jeden wymiar: na pierwszy rzut oka – nudy. Ot, jakby to powiedziała nasza babcia „bzyncy, bzyncy, a w kółko sie krynci”. Ale przy minimum włożonego wysiłku potrafi pokazać swój urok, dynamikę, zmiennośc, czymś zaskoczyć. W ogólnym odbiorze mocnej, pikantnej, ciemnej Va potrafi na wirażu wyjść jakiś korzenny zawodnik, jakiś ziołowy junior, czasem na prostej górę bierze skondensowany karmelek. Pikanteria dla mnie raczej wynikająca z dużej zawartości nikotny, mniej z Pq. Może to kwestia mojej niewygarbowanej jamy, ale po 30-40 minutach miałem zazwyczaj dość. Czułem się przesycony intensywnością bazowego smaku. Nie należy tego mylić z gryzieniem w język – jest ostro, jest pikantnie ale bez przypaleń, pypci i innych uszczerbków na zdrowiu.

Zapach
Room note dość standardowy. Typowy dla mocnej Va, a więc troszkę fajki, troszkę papieroska, generlanie: akceptowalny.

Podsumowując

Tytoń u mnie dyskredytuje przede wszystkim moc. Jak mi się udało ustalić to chyba kwestia indywidualnych predyspozycji, bo Janka nie turlało po ziemi. Nikotyniści będą zadowoleni. Smakowo gratka dla fanów pełnych, mocno esencjonalnych mieszanek, raczej o ustabilizowanym smaku na przestrzeni palenia, z pojawiającymi się od czasu do czasu ciekawymi akcencikami. Kultura spalania w moim wykonaniu niska. Jednym słowem: żużel. Popatrzeć lubię, ale za Chiny Ludowe bym na ten motocykl nie wsiadł!

3 Responses to Palenie w ciemno: McClelland – Bulk No.2010 Classic Virginia

  1. golf czarny
    22 lipca 2014 at 11:23

    Spaliłem swego czasu odrobinkę.
    Ale znowu to nieodparte wrażenie czy to ten sam tytoń co w opisie . Bo na obrazku ten sam;). Ale przeciez subiektywizm…

    1) moc? Jaka panie moc? To jest blend stworzony dla osób, które na nikotynę są nadwrażliwe. Albo mają nadcisnienie, albo… lubią gigantyczne fajki. Warunek palić powolutku. ( trzeba pamiętać,że gdyby ubezpieczyciel przecietnego Amerykanina dowiedział się ,że palił ów Amerykanin coś SG najprawdopodobniej rozwiązałby polisę bez zwrotu składki ;)

    2) Kultura spalania. Bardzo dobra. Jak średnio podsuszony heretyk po samoumartwianiu. Pali się równomiernie. Gaśnie niezbyt często. I jakoś mi nie moczy. Pali się o wiele lepiej niźli Blackwoods.

    3) pojęcie smaku subiektywne, ale uważam ,że jest to typowy produkt codzienny, dlatego nie spodziewam się cudów. Mniej więcej smakuje jak pachnie ale bardziej ten smak jest wątły.

  2. Buldoger
    Buldoger
    9 października 2014 at 19:30

    Zyrg, a możesz zdradzić w jakiej warszawskiej trafice bywa czasami dostępny ten tytoń?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


*