KIBOKO – czyli pożegnanie z Afryką

22 stycznia 2021
By

Ten tytoń zauważyłem podczas rutynowego uzupełniania zapasów. Rzut oka na sklepową półkę wystarczył żeby dostrzec opakowanie, którego dotychczas jeszcze nie spotkałem. Czerwony napis Kiboko i hipcio na etykiecie zaintrygował mnie do dalszego zgłębienia tematu. Skład lekko rozczarowywał. W środku miał być black cavendish i virginia, Wzmianka o BC na samym początku opisu składu już powinna uruchomić wewnętrzny system ostrzegania i alarmowania, ale chęć spróbowania czegoś nowego wzięła górę nad rozsądkiem. Generalnie nie mam nic przeciwko BC o ile jest on dodatkiem, a nie wiodącym składnikiem.

Skuszony jednak napisem „THE AFRICAN BLEND” wysupłałem nieco dodatkowego grosza
i już cieszyłem się z nadchodzącej okazji na spróbowanie czegoś co jak sądziłem przybliży mi afrykańskie smaki.

Byłem na tyle ogłuszony wizją doznań smakowych płynącą z nowego tytoniu, że nie doczytałem drugiego zdania z opisu zamieszczonego na odwrocie koperty, a ten głosił „Całość doprawiona aromatem kwiatów wiśni i liczi”. Nie jestem podróżnikiem, nie wiem czy w Afryce rosną wiśnie i liczi? – może, nie chciałem wnikać. Lekka obawa zaczęła nabierać kształtów zbliżającej się do ziemi asteroidy i to niekoniecznie małych rozmiarów.

Nie nabiłem jeszcze fajki, ważyłem w ręku torebkę z tytoniem. Łeb hipopotama na tle sawanny, prosta i nieskomplikowana grafika wieszcząca, że może być fajny tytoń wewnątrz i z drugiej strony BC i to dodatkowe „doprawienie”. Pomyślałem „nie otworzę i nie zapalę to nie dowiem się co tam w Afryce słychać”.

Jeśli na samym początku sądziłem, że ta mieszanka mnie zaskoczy aromatem suszonej, w beduińskiej chacie, wiśni czy liczi, albo przez pokój przetoczy się nagle piaskowa burza, czy chociaż w czoło dostanę berberyskim kapciem to grubo zostałem zwiedziony. Z otwartej torebki dostałem prosto w nos wiśniowym likierem, a potylicę Maria Skłodowska – Curie pacnęła mnie tablicą Mendelejewa. Wiśnię czuć bardzo mocno, tak, że zdominowałaby aromat moich wełnianych skarpet po maratonie. Liczi? Nie, no chyba, że wcześniej leżakowało w syropie z wiśni. Generalnie nawet wiśnia nie jest tak intensywna w smaku jak ten aromat i nie wiem ile należałoby jej zjeść żeby wyrównać skalę.

Sama mieszanka prezentuje się jak na załączonym zdjęciu. Koniecznie przed paleniem trzeba ją podsuszyć, jest mocno wytaplana w syropie. Na „szczęście” ilość użytego, do przeniesienia samku wiśni, katalizatora jest spora więc schnie piorunem.

W tym momencie już wiedziałem co mnie czeka w drugim kroku. Zważywszy, że żołnierz nigdy się nie poddaje, wyszperałem gliniankę od pana Parola – za co go serdecznie z tego miejsca przepraszam, ale gliniankę łatwiej pozbawić ewentualnego posmaku niż co innego z mojego arsenału fajek. Nabiłem „skazańca” porcją około 2 gram, wydałem wyrok na psa i wyszedłem z nim (właściwie z nią) na spacer.

Samo rozpalenie nie nastręcza żadnych problemów, tytoń zajmuje się ogniem od pierwszego przyłożenia niczym strzecha chłopskiej chaty od Kmicicowej pochodni.

Jedno co trzeba przyznać to, że po zapaleniu tytoń nie rozwija się, od razu dostajemy mocny strzał w język i nos. Tu nie ma czasu na omówienie warunków walki, pierwszy wdech i wiśniowy syrop obezwładnia jak gaz musztardowy – jest wszędzie, oblepia wszystko i choćbyś popił go domestosem – dalej czułbyś wiśnię. To jest jak wejście do klasy po dzwonku i zaraz za progiem woźna wita mokrą szmatą w twarz.

Nie można się wycofać – to dopiero pierwsze pufnięcie – reguły są oczywiste, trzeba ponieść konsekwencję wyboru, może to tylko takie pierwsze wrażenie, zaraz się uspokoi, wyrówna itd. Nie, nic z tych rzeczy. Co trzeba oddać to fakt, że jest to tytoń bardzo stabilny, nie tak jak dolar czy euro – bliżej mu do franka szwajcarskiego, każde pufnięcie to kolejna porcja – nawet o odrobinę nie słabszego – solidnego wiśniowego koncentratu. Tam nie znajdziecie szczypty virginii w smaku, tyle co widać jasne wstążki w składzie.

Po wypaleniu fajki, przez jakiś czas na języku zostaje wiśniowy posmak, w fajce też. Lubię wisienki, nie powiem, ale wszystko powinno mieć swój umiar. Ten co nadzorował dawkowanie aromatu chyba poszedł na urlop i przegapił termin, albo wyjechał na platformę wiertniczą
i zapomniał zakręcić kran. Co by nie dywagować długo, to aromatyzacja jest tu solidna (jak egipskie piramidy – stąd chyba nawiązanie do Afryki), nie czuć nic poza wiśnią i mocną chemią, aż szczypie w język. Jeśli miałbym go porównać do czegoś co już zdarzyło mi się palić to byłby to Mediterraneo od Dan Tobacco.

„Kiboko” to z Suahili znaczy hipopotam – nie mam pojęcia jakimi krętymi ścieżkami chodzą pomysły autora tego blendu żeby skojarzyć go z niewinnym zwierzęciem, są bowiem pewne granice. Szczerze mówiąc to nie jestem pewien czy dla tego typu mieszanek nie powinno się nadać nowej klasowej nazwy, ponieważ jest tak mocno potraktowany kompotem, że żaden Alsbo, Poniatowski, Biały Dom i im podobne nie umywają się.

Nawet w e-papierosach nie ma tak mocnych liquidów. Oczywiście otoczenie jest zachwycone zapachem.

Ja mam już to za sobą – pożegnałem się z Afryką – przynajmniej w tym wydaniu, a kto odważny, komu moskwicin nie straszny, niech swą odwagę w szranki z Kiboko wystawi.

Czy komuś bym polecił ten tytoń? … Nie, jeszcze mi nikt tak mocno nie zalazł za skórę żebym zarekomendował.

Z wyrazami szacunku dla Panów Braci – i smakiem wiśni na języku –

Artur

 

Tags: ,

6 Responses to KIBOKO – czyli pożegnanie z Afryką

  1. arasshater
    arasshater
    22 stycznia 2021 at 12:02

    Wspaniale mi się czytało Twoją recenzję (piękne porównania). Rzeczony tytoń raczej ominę szerokim łukiem, jeśli go gdzieś przyuważę. Lubię aromaty, ale nie chemiczne ulepy.

  2. Ged
    Ged
    22 stycznia 2021 at 16:48

    Pyszna recenzja ohydnego tytoniu. Bardzo dziękuję za literacką ucztę, chociaż recenzowanego tytoniu będę unikać :)

  3. Hagan
    23 stycznia 2021 at 09:26

    Super, recka odstraszająca :) Prosimy o dalsze. Kolejna nauczka żeby trzymać się sprawdzonych mieszanek.

  4. Smoker
    23 stycznia 2021 at 13:30

    Ciekawa recenzja i przyznam, że kupie ten ulep i sam spróbuję tego tytoniowego hipopotama upiec na wolnym ogniu. A że Karen Blixen i jej „Pożegnanie z Afryką” – podobnie jak film powstały na kanwie tego bestsellera – uwielbiam, to zrobię to rozmyślnie, szukając afrykańskich klimatów. I zapewne tu tkwi tajemnica nazwy tej mieszanki, bowiem Dan Tobacco – a to chyba tego producenta jest ów tytoń, – to niemiecka firma, która lubi robić „słodkie” blendy. Z Niemiec do Danii sa dwa kroki, więc zapewne „pożyczono” sobie z książki Dunki tego hipopotama, aby podnieść atrakcyjność tego Kiboka. A tekst wart uwagi. Gratulacje. :)

  5. ap
    24 stycznia 2021 at 22:13

    Nie namawiam do zakupu, ale czasami warto ryzykować, choć po stwierdzeniu „afrykański blend” oczekiwałem czegoś co w minimalnym stopniu odzwierciedli klimat. :)

  6. arasshater
    arasshater
    25 stycznia 2021 at 09:06

    Ja tam bardzo lubię od zawsze eksperymentować, ale uważam także, że wszystko ma swoje granice… a w tym przypadku wolę pozostać w wytyczonych przez siebie granicach.

Pozostaw odpowiedź Hagan Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


*