Wszystko jest kwestią smaku

11 stycznia 2011
By

Każda informacja o tytoniu może być rozpatrywana od strony smaku. Każda, każdziusieńka. I to nie tylko ta dotycząca uprawy, suszenia, fermentacji, czyli produkcji tytoniu do palenia, ale wręcz lada jaki trop historyczny, botaniczny, geograficzny, czy nawet opowiadający o podróży surowca do kraju przeznaczenia. Nie wierzycie?

Fajkowe książki

To przypomnijcie sobie opowieści o historii tytoniu…

Najpierw był Jean Nicot de Villermain, poseł francuski na portugalskim dworze w Lizbonie, z zawodu lekarz… Wieloletni pobyt w kraju żeglarzy i importerów wszystkiego, co rosło w Nowym Świecie, pozwolił mu odkryć i rozpropagować tytoń wśród arystokracji całej Europy. To zielę oczyszcza podniebienie i głowę, usuwa zmęczenie, bóle zębów i bóle porodowe, zapobiega dżumie, przepędza wszy, leczy zakażenia, stare wrzody i rany – tak opisywano tabacum w książeczce o roślinach leczniczych z drugiej połowy XVI w. W 1571 roku profesor uniwersytetu sewilskiego Nicolas Monardes wydał książeczkę o medycznych właściwościach tytoniu, a przede wszystkim o zbawiennym wpływie soku wyciskanego z liści na bolące zęby.

Trudno się dziwić, że francuski lekarz i dyplomata zainteresował się tytoniem. Wówczas jeszcze jego krzewy hodowane były głównie jako roślina ozdobna i lecznicza w ogrodach portugalskich oraz hiszpańskich możnowładców. Ale już w ostatnich dekadach XVI stulecia lekarze i aptekarze działali równie nowocześnie i skutecznie jak dzisiejsze koncerny farmaceutyczne. Pod koniec wieku nie było już chyba choroby, której nie próbowano by leczyć za pomocą tytoniu. Doktor Nicot odnosił w takiej terapii spektakularne sukcesy, a że mógł lobbować w najwyższych kręgach i umiał barwnie opisywać rzeczywistość, to zafascynowana jego wiedzą królowa francuska, Katarzyna de Medici, odwołała go z lizbońskiej placówki do Paryża.

Bóle zębów i bóle głowy były wówczas powszechną chorobą trapiącą arystokrację. Nicot błyskawicznie zaczął zarabiać o wiele więcej niż na ambasadorskiej posadzie. O smak tytoniu nikt wówczas nie zabiegał, bo lekarstwo kojarzyło się wówczas z wykrzywioną od goryczy gębą.

Tytoń do świadomości europejskiej arystokracji oraz mieszczańskiego establishmentu trafił więc z zalecań prozdrowotnych, i to bynajmniej nie jako medykament importowany, a jako uprawa ogrodowa zajmująca sporą powierzchnię w klasztornych i pałacowych wirydarzach. Tu pewna ciekawostka – w założonym w 1625 r. 24. ha ogrodzie ziołowym Ludwika XIII ok. 5 ha zajmowały”zioła” przywiezione z Nowej Ziemi, w tym rośliny psiankowate, takie jak pomidory, papryka oraz… tytoń.

Francuz aplikował przeciwbólowy medykament w formie tabaki – jej zażywanie staje się wówczas obyczajem. Niucha królowa, kichają dworzanie, niebawem cały Luwr nosi po kieszeniach ozdobne tabakiery. Jej syn, Franciszek II oraz jego następcy „wziewny sposób” zażywania tytoniu utrwalają, a jako, że dwór francuski stanowi wzorzec dla całego eleganckiego świata, to cały elegancki świat leczy się tabaką. I smak zaczyna mieć znaczenie.

Nie tylko dlatego, że lekarstwa można zażywać w przyjemniejszej formie, ale głównie przez to, że tytoń trafiający do Starego Świata inną drogą zaczął szybko pokazywać różnorodność smaków. Do Anglii przywieźli go jako pobudzającą używkę marynarze. Brytyjczycy kolonizowali Amerykę Północną, importowali więc przy okazji popularną wśród Indian fajkę. To była inna, pozamedyczna droga tytoniu do Europy, odmienna także z socjologicznego punktu widzenia – palenie tytoniu stało się popularne wśród uboższych klas społecznych. Już w 1599 r. na murach londyńskiej katedry św. Pawła pojawiło się ogłoszenie o powstaniu szkoły sztuki palenia tytoniu… W kilka lat później pojawiać się zaczęły pierwsze poradniki drukowane. Na początku XVII w., można powiedzieć, fajkę paliła już cała Anglia i Szkocja.

Równie popularny stał się tytoń w Holandii, choć raczej w formie cygar – bo akurat tak używali tytoniu tubylcy na wyspach, które weszły później w skład Antyli Holenderskich. Jednak smak tytoniu we współczesnym rozumieniu, to dzieło Anglików, przypadku oraz podróży morskich…

Zanim jednak opowiem o brytyjskiej flocie, wrócę na chwilę do Nicota i botanicznej systematyki… Francuski dyplomata i lekarz dał tytoniowi własne nazwisko. Wszystkie odmiany tytoniu uprawiane przemysłowo na świecie pochodzą od dwóch gatunków – Nicotiana tabacum oraz Nicotiana rustica. Ten pierwszy, to tytoń szlachetny, z którego wyselekcjonowano odmiany stanowiące podstawę większości mieszanek fajkowych, domena Ameryki Północnej. Ten drugi to tytoń indiański, u nas znany pod nazwą machorka – przywieziony do Europy z Ameryki Środkowej oraz Południowej – z którego wyhodowano większość odmian cygarowych, niektóre mocne burleje, a także wyjątkowo mocne wirgińskie i orientalne. Może on zawierać nawet 10 razy więcej nikotyny od szlachetniejszych odmian. Ma też inny smak.

O ile „gatunki” wywodzące się od tabacum, to raczej łagodna, lekko pobudzająca używka, o tyle rusticą można się porządnie zaćpać. Aż po krawędź śmierci. Machora rzadko jest używana jako składnik mieszanek fajkowych, ale np. odmiany maryland a także niektóre mocne paraorientale uprawiane na Bałkanach i w Rosji za materiał wyjściowy mają właśnie rusticę…

Właściwie to z przeróbką tytoniu jest bardzo podobnie jak było z herbatą… Tzw. fermentacja została odkryta przez morskie podróże. W XVI i XVII w. transport do Europy obu używek trwał niekiedy 2-3 miesiące, a co najmniej parę tygodni. W tym czasie – na skutek różnicy temperatur, wilgotności oraz ze względu na sposób ładowania – w surowcu dokonywały się niezwykłe przemiany. Zmieniała się barwa, konsystencja oraz smak. Okazało się, że herbata oraz tytoń poddane takim przemianom są smaczniejsze dla europejskich podniebień. Kiedy więc wynaleziono szybszy transport – choćby sławne „wyścigowe” klipry herbaciane – to charakterystyczną dla drogi morskiej fermentację należało przenieść na ląd.

I przeniesiono – herbaciane fermentownie powstały w strefie azjatyckich monsunów, zaś „morską” fermentację tytoniu przeprowadzano w „stodołach” bezpośrednio przy plantacjach. Zanim więc surowiec trafił do ładowni statków, miał smak taki, jaki miewał kiedyś dopiero po długiej oceanicznej podróży. Przy okazji długotrwałej wyprawy lorda Cavendisha, kiedy załadowany na początku wędrówki transport tytoniu sfermentował w beczkach po rumie po raz drugi, odkryto procesy, które dla smaku oraz właściwości tytoniu fajkowego miały fundamentalne znaczenie.

Nikt, rzecz jasna, nie powtarzał długich rejsów po Karaibach, by tytoń fermentować, dosładzać i czynić łatwiejszym do palenia – po prostu kawendiszowanie także przeniesiono na ląd. Dzisiaj przeciętny duński, holenderski czy niemiecki tytoń aromatyczny to po prostu naśladownictwo i rozwinięcie XVII i XVIII wiecznego naturalnego cyklu przygotowania tytoniu do palenia – z dwiema długimi podróżami morskimi… Paradoksalnie, jedne z najbardziej naaromatyzowanych kawendiszy świata, czyli fajkowe tytonie amerykańskie, obydwie podróże morskie odbywają w głębi lądu, np. na zachodnich zboczach Appalachów, czy wschodnich nachyleniach Gór Skalistych.

Nie koniec to jednak rozważań smakowo-historyczno-geograficznych… Do Niemiec np. tytoń zawędrował z wojskami angielskimi podczas wojny trzydziestoletniej (1618-1648). Mniej więcej w tym samym czasie tytoń stał się popularny w Rosji, gdzie dotarł z dwóch stron naraz – z Zachodu i z Imperium Otomańskiego.

A Turkami to jest w ogóle niesamowita historia – nasiona tytoniu trafiły do Konstantynopola za pośrednictwem brytyjskich i portugalskich żeglarzy pod koniec XVI stulecia. Anglicy przywieźli Nicotianę tabacum, Portugalczycy rusticę. Na słabych, górskich glebach Bałkanów i Anatolii oraz Kaukazu wielkolistne wirginie i cygarowe machorki wyrosły zupełnie inaczej – miały mnóstwo drobnych listków i były wątłe, za to niezwykle aromatyczne, bardzo słodkie. Osmańscy muzułmanie z wielką zapalczywością przyjęli używkę, której nie zabraniał Koran i nałogowi oddali się bez reszty. Po 30 latach powszechnie palono i uprawiano mnóstwo lokalnych odmian tytoniu od Maroka, przez kraje Lewantu, Bałkany aż po Chanat Krymski czy Siedmiogród i Mołdawię.

Dla tytoniowych smaków kilka garści amerykańskich nasion wsiane w otomańską glebę miało ogromne znaczenie – orientale przewróciły cały znany tytoniowy świat. Tzw. tytonie tureckie zmieniły też sposób myślenia o uprawach poza Ameryką. Te same odmiany – chociażby typowe, słodkie wirginie – uprawiane daleko od Wirginii stawały się niekiedy zupełnie innym tytoniem.

Inna jest Va z Pensylwanii, inna z Ohio, Inna z Tennesse, Georgii, obu Karolin czy Florydy… A jeśli wziąć pod uwagę cztery tytoniowe regiony Brazylii, 7 regionów afrykańskich, niemal 20 z Azji, Australii oraz Oceanii, to jest czego szukać, kiedy się chce kupić nowy tytoń. Nawet lakoniczne i oszczędne informacje geograficzne czy historyczne od producenta mogą zmienić się w długie opowieści o tytoniowych smakach. A jeśli poszpera się w innych źródłach, to skład prostej mieszanki może się przekształcić w epopeję.

A jeśli do fajczarskiej świadomości dotrą jeszcze informacje o procesach produkcyjnych i ich wpływie na smak, to po krótkiej wizycie na Tobacco Reviews otworzy się przed ciekawskimi niekończąca się opowieść o niemal każdym tytoniu na świecie.

Tags: , ,

5 Responses to Wszystko jest kwestią smaku

  1. heretico
    heretico
    12 stycznia 2011 at 14:40

    Jacku, artykuł przekozak !!

  2. TomaszG
    12 stycznia 2011 at 14:46

    Czytać Twoje teksty to prawdziwa przyjemność!
    Pisz Waść częściej, a najlepiej pisz i na papier przelej!

    Pozdrawiam,
    TomaszG

    • jalens
      12 stycznia 2011 at 17:13

      Tomku, żeby napisać w Polsce coś na papier w takiej niższy jak fajczarstwo, to trzeba być dość zamożnym człowiekiem. Ja jestem bankrut :)

  3. marcin szarywilk
    marcin szarywilk
    1 lutego 2011 at 17:18

    Jacku,
    przelewaj to wszystko do akrobata. Druk jest teraz tani (pracuję w drukarni, troszkę się orientuję), więc jeśli będziesz miał wszystko zebrane w całość to możliwości przeniesienia takiej książki w trójwymiar na pewno się znajdą (wydawnictwa, fundacje, sponsorzy, albo skarbonka fajkonetowa:)).
    Sam artykuł bardzo dobrze napisany, ciekawy, uwodzący tematyką, tylko kurcze mam niedosyt. Jakby to była tylko dziesiąta część tego co mógłbyś napisać. Co wiesz. Ten niedosyt pojawia mi się nie po raz pierwszy czytając Twoje artykuły. Zaszalej kiedyś, napisz tak jakby odbiorcami byli miłośnicy tematu, odporni na daty, wzory i dłużyzny ;-)
    Pozdrawiam
    marcin

  4. bogdan
    bogdan
    1 lutego 2011 at 17:55

    Kopalnia wiedzy. Gratuluję :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


*