Timm No Name Grün – recenzja @MM

7 maja 2014
By

TNN

 

Zamiast wstępu: już zgłaszając się do akcji podejrzewałem, że dotyczyć ona będzie czegoś od Davidoff, lub że będzie to Gawith Hoggarth No 12 Mixture, względnie Balkan Delight od Gawitha Hogartha (tfu, Petersona…).

Pierwsze palenie: GH! Ręczę za to głową lub inną niepotrzebną mi częścią ciała. Nie znoszę prawie wszystkich tytoni od GH (wyjątek stanowią tu Latakie, które ledwo toleruję). Myślę, że firma mogłaby zatrudnić mnie jako testera; jeśli posmakuje mi jakiś ich wyrób to znaczy, że w przedsiębiorstwie źle się dzieje…
Wspominam o tym bo nie jestem w stanie odrzucić przekonania, że właśnie od GH tytoń pochodzi – i zdeterminowało to tak wszystkie palenia jak i samą recenzję.

Wygląd: idealnie pocięte paski; dominują dwa kolory: brąz i czerń – Virginia i Latakia.

Zapach: słodki, z bardzo wyraźnym “wytrawnym” akcentem, który dominuje wraz z ziemistością, skórzastością. Goździki i cynamon przychodzą mi do głowy. Bardzo mi się podoba, naprawdę bardzo. Ale posłużę się wymyślonym na tę okazję przysłowiem: nie oceniaj psa po ogonie.

Palenie: na początku tytoń jest bardzo delikatny. Najbardziej w zmysły uderza zapach wydychanego dymu, nie room note, a wciągany nosem dym, w którym dominuje aromat Virginii. W smaku najbardziej wyczuwalny jest ów element cechujący tytonie od GH, ta specyficzna Virginia, którą tu nie jest jednak mydlana, no może troszkę. Ale o dziwo nie za bardzo mi to przeszkadza.
Tytoń jest słodki, nawet bardzo słodki. Jeśli to rzeczywiście No. 12 to znaczna część z 45% Latakii trafiła chyba do kolegów. Gdyby nie moje założenie, co do pochodzenia tytoniu oraz jego wygląd, powiedziałbym, że to raczej Orientale, nie Latakia grają tu pierwsze skrzypce
Spalanie tytoniu jest poprawne. Ciężko mi to ocenić, gdyż uświadomiłem sobie ostatnio, że wypaliłem już pewnie ponad cztery tysiące fajek. Proszę mi wybaczyć nieskromność, ale dyskusja o spalaniu to raczej domena “niedzielnych palaczy”*. Poprawnie przygotowany i nabity dobry (!) tytoń: a) pali się, b) pali się dobrze, c) pali się bardzo dobrze. Ten po prostu się spala.
Moc tytoniu jest średnia, raczej niższa średnia.
Przegrzany przestaje smakować tak jak na początku, staje się lekko kwaskowaty. Pod koniec fajki smakuje lepiej niż w połowie, staje się bardziej “tytoniowy” a Virginia ucieka na dalsze tło, dopuszczając Latakię do głosu.

Podsumowując: prosty, nieskomplikowany tytoń. Nie zachwycił mnie, choć i nie zraził zanadto. Z pewnością znajdą się tacy, którym ten tytoń posmakuje. Na mnie wrażenia dobrego nie zrobił. Ot zwykły tytoń. Zaznaczyć chciałbym przy tym, że tytoń paliłem w sporych fajkach filtrowych. Bez filtrów palę dobre tytonie. Na taką formę spalania w przypadku tego tytoniu się nie zdecydowałem. Może, gdybym palił go w naprawdę dobrej fajce, bez filtra, z pietyzmem ocena byłaby inna. Lecz skoro nie zdecydowałem się na to po czterech fajkach to oznaczą, że nie jest tytoń dla mnie Na ocenę wpływa też to, że ostatnio zakupiłem w “jednej z warszawskich trafik” tytonie od GLP, i na ich tle recenzowany tytoń wypada naprawdę słabo.

* określenie “niedzielny palacz” nie jest dla mnie pejoratywne – palacz taki to osoba, która fajkę pali dla przyjemności, nie choruje na nikotynizm. Zazdroszczę niedzielnym palaczom, sam chciałbym palić w taki sposób – wpłynęłoby to tak na stan mojego portfela jak i na moją oraz fajek kondycję.

2 Responses to Timm No Name Grün – recenzja @MM

  1. yopas
    8 maja 2014 at 09:54

    Hm… ja, jako niedzielny fajcasz mogę powiedzieć, że po ostatnich moich fajecznych przygodach z tytoniami „nabytymi w jednej z warszawskich trafik” lub tuż obok, bo w Radomiu, mam kompletnie niejednoznaczne odczucia, co do tego, ile smaku jest w tytoniu, a ile w samej o nim legendzie. Ile siły drzemie w marce i bezrefleksyjnym zaufaniu w moc sprawczą pewnych nazwisk, a ile faktycznie w poszczególnych blendach smaku, jakości i pomysłu. Aktualnie doszedłem do stanu pewnej konfuzji po zderzeniu się z blendami czołowych amerykańskich blenderów i moim o nich wyobrażeniu. Niestety.

    Nie dajmy się zwariować, że Europa zeszła na fajczarskie psy, bo dalej można tu znaleźć mieszanki wybitnem, a Ameryka to nasza Ziemia Obiecana, bo wśród tytoni podpisywanych „kultowymi nazwiskami” bez trudu można znaleźć również tekturę przysposabianą lnianym olejem.

    Oczywiście w tym miejscu można mi zarzucić kompletną bezczelność, bo co może wiedzieć o świecie, niewydarzony „młokos” bez obycia, który nie dość, że pali mniej niż raz w tygodniu, to jeszcze w fajkach dziwnej (często nieuznawanej w „Prawdziwie Fajczarskim Gronie”) prowieniencji (Tomku, Wojtku – przepraszam, że to napisałem, ale jesteście inteligentni, więc liczę, że odbierzecie przekaz właściwie).
    Ale akurat tutaj broni mnie wykształcenie, które ponad markę każe stawiać uzasadnienie. A uzasadnienie w tym przypadku nie wydaje się być logicznie ostateczne.

    UkłonY,

    Ach… Autora też przepraszam, że akurat tutaj, ale jakoś tak mi się skumulowało nieszczęśliwie w tym miejscu.

    • MM
      MM
      8 maja 2014 at 10:36

      Nie muszę chyba przekonywać, że moim celem nie było bezkrytyczne wielbienie tytoni amerykańskich, jednakże przyznać muszę, że stawiam je znacznie wyżej niż większość europejskich. Dlaczego? Bo są niedostępne! Tylko tyle i aż tyle. Zdaję sobie doskonale sprawę, że owa niedostępność to podstawowy filar niektórych działań marketingowych (choć wiem, że w przypadku tytoni niedostępność ma inne przyczyny). W każdym razie fakt, że większość z nas próbowała niewielką liczbę amerykańców, z reguły w śladowych ilościach, powoduje,że tytonie o zamorskim pochodzeniu nie są z reguły oceniane, o nich się mówi, czyta a może i marzy. I tyle. Nie ma czego oceniać, bo ich po prostu nie ma. Ja z pełną świadomością podchodzę właśnie w taki sposób do niedostępnych tytoni amerykańskich – wiem, gdzie tkwi siła ich oddziaływania na fajczarska wyobraźnię i godzę się z tym.

      Często zdarza się, że tytonie amerykańskie przynoszą rozczarowanie. Po prawdzie to prawie zawsze, przynajmniej wedle moich niewielkich doświadczeń w tej materii. Pamiętam na przykład Froga Mortona w wersji Frog Morton. Tytoń opisywany wielokrotnie, z świetnymi opiniami. Zapaliłem raz, drugi raz raz, trzeci raz – i od tego tytoniu zacząłem zamykać co poniektóre w słoikach, szumnie nazywając to leżakowanie. A pod nosem sobie mówię: fe, tfuj, świństwo….
      Choć są i takie amerykany (ta naprawdę to jeden), które mnie, mówiąc kolokwialnie, rozwaliły… ale o tym recenzja „się pisze” .

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


*